poniedziałek, 21 października 2013

Wojna domowa w Rosji (1): Przyczyny (1)

"Gdy car Rosji łowi ryby, Europa czeka. "
Aleksander III Romanow (1845–1894), na wieść o przyjściu depeszy dyplomatycznej w czasie wędkarstwa.

"(…) dokąd na Rosji będzie car i państwo tj. dokąd na wsi będą panować właściciele ziemscy, a w miastach kupcy i fabrykanci, na nic zdadzą się wasze prośby i modlitwy żadna Konstytucja i Ziemskie Sobory Wam nie pomogą."
"Wolna Wola", periodyk anarchistów rosyjskich, Nr 1/1903

Rosyjska Wojna Domowa jest tematem ciągle u nas w Polsce mało znanym. Coś nawet jest w podręcznikach, coś kołacze w głowie, ale tak naprawdę z całości wiemy tylko że bolszewicy dali łupnia białym (w końcu przedtem był ten okrutny, zły, straszny Car, a potem Ci dobrzy choć nieco brutalni bolszewicy - a po nich już od razu "epoka błędów i wypaczeń" Stalina). No i wiemy jeszcze, że później bolszewicy ruszyli do ataku na Polskę, już by ją zajęli, potem Europę i świat cały - ale Piłsudski, Najświętsza Maryja Panna i wszystko co się da, nas uratowało.  Taaak... niezaprzeczalnie Armia Czerwona dostała od nas solidnego kopa, ale niezaprzeczalnie też, pochłonięci naszym własnym grajdołkiem i wąskim spojrzeniem, ogólnie, jako naród, mało wiemy o Wojnie Domowej w Rosji 1917-1920. Co skutkuje tym, że nie rozumiemy Rosyjskich prób odzyskiwania przed-bolszewickiej tożsamości (zdarzają się, gł. filmy),nie rozumiemy białej emigracji i spłycamy ją do bolszewickiej propagandy, więcej nawet - fałszywie rozumujemy na temat Caratu, rządu bolszewickiego, alianckiej interwencji w wojnę domową, czemu wygrali wojnę bolszewicy... a także rzeczy istotnych dla naszych sąsiadów i - czasami, za poprzednich rządów, strategicznych sojuszników - czemu Estonia po wojnie domowej była niepodległa, a Gruzja nie? Czemu Finlandia tak, a Ukraina nie; czemu "Rosyjska Republika Rad" przetrwała kilka dziesięcioleci, a powstała w 1919 "Węgierska Republika Rad" przetrwała 19 tygodni (równo - 133 dni)?
I najważniejsze i zazębiające się z innymi: czemu to w Rosiji wybuchła rewolucja, i jakim cudem wygrała?

Postaram się na to odpowiedzieć - kiedyś. Na razie zaczynam od przedstawienia sytuacji w Carskiej Rosji - szkicowo, ogólnikowo (bo ja tu bloga piszę, a nie encyklopedię). Niechże więc czytelnik dowie się na początek, czemu słowa "opresyjny carat" piszę zawsze w cudzysłowiu.

*****
Krótkie porównanie "strasznego, opresyjnego caratu" z rządem bolszewickim Stalina.

Katorga. Wśród nas, Polaków, termin ten kojarzy się ze strasznymi mękami i dożywotem syberyjskim, końcem światu za caratu. Cóż, łagodnie to tam może nie było - ale na przykład na katordze na Sachalinie (ponoć najgorszej w Caracie) więźniowie w więzieniu mieli prawo wychodzić do ustępu bez pozwolenia i pytania cała dobę; w ciągu dnia zaś do miasta (po poinformowaniu kogo trzeba, oczywiście). Za Stalina, po ponownym wprowadzeniu jego własnej, autorskiego pomysłu, upgradowanej katorgi (w 1943) więźniowie harowali nominalnie 12h, plus czas na dojście do roboty i powrót, oraz plus kradzieże drobnego czasu z życia - np. wyczytywanie więźniów numerami. Zasnąłeś w baraku i się nie zgłaszasz - karcer! Wyczytywanie więźniów do posiłku - wymiana talonów na jedzenie. Potem dodatki żywnościowe - tak, wyczytywanie osobno. Potem rozdawanie talonów na dzień następny... i tak, z 12h odpoczynku, robiło się 4h. Leżenia na pryczy w nieogrzewanym namiocie (na Sachalinie mieli murowane więzienie) w czasie syberyjskiej zimy, po całodniowym ryciu ziemi kilofem. 
Cóż. W stalinowskim Norylsku, po roku zmarli już wszyscy katorżnicy z pierwszego transportu, 28 tysięcy osób (wróć! numerów. Nadawano im literę alfabetu i numer, od 1 do 1000). Relację o katordze znamy raczej z tego co opowiedzieli następnym i relacji kryminalistów, których zatrudniano w kuchni i innych służbach pomocniczych, gdzie mogli katorżników do woli okradać.
Za czasów Czechowa, który zrelacjonował "nieludzkie warunki życia katorżników na Sachalinie", żyło tam 5905 katorżników, przysłanych na przestrzeni wielu lat i mających się dobrze. Ah, ten straszny carat...

Zesłanie. Tutaj omawiać będę carskie dane z XIX wieku - wtedy kurs złagodzony został, zresztą to w tamtych czasach był najbardziej powszechny mit strasznego zesłania...
W ciągu całego XIX wieku caratu zesłano pół miliona ludzi. Jasne, mieli ubogie środki transportu, ale jednak - 2 do 6 tys ludzi w ciągu przeciętnego roku, w rzadkich latach 10 tys. Cyfry określające zesłanie były ścisłe, przynajmniej jeśli chodzi o maksymalny wymiar kary - a i dożywotnie zesłanie często przestawało obowiązywać po 10 [nawet czasem 6] latach, o ile zesłaniec zachowywał się "godnie". I mógł wtedy jechać gdzie chciał, byle nie do swego poprzedniego miejsca pobytu. Ważną cechą carskiego zesłania jest to, że zsyłano indywidualnie, a nie całe rodziny albo i narody. Zesłanie kryminalne było dość ciężkie... ale polityczne...
eh! Żadnych konfiskat majątku. Żadnych ciężkich obostrzeń. Żadnego przymusu pracy. Za to państwo dawało im możliwość tej pracy - w Jakucji zesłańcy polityczni otrzymywali 15 tzw. dziesięcin ziemi (wedle Sołżenicyna, 65 razy więcej niż stalinowscy kołchoźnicy); rewolucjonistom nie bardzo się chciało ją uprawiać, ale Jakutom i owszem, toteż ją wynajmowali. Do tego państwo dawało zesłańcowi politycznemu 12 rubli miesięcznie "strawnego" i 22 ruble rocznie na ubranie. Czy to było mało? Hm... Za 5 rubli miesięcznie można było się utrzymać (tyle zesłaniec Martow płacił gospodarzowi za wikt i zamieszkanie); dobry, solidny dom kosztował 12 rubli. Anarchista A.P. Ułanowski wspominał, że na zesłaniu posyłał pieniądze zamieszkałej gdzieś w Rosji dziewczynie i z reszty, która mu pozostała, starczyło mu, by pierwszy raz w życiu spróbować kakao. I to niejeden raz. I taką kase otrzymywali wszyscy zesłańcy polityczni. Cóż tu mówić, dzięki tym państwowym dotacjom Lenin mógł przez 3 lata studiować do woli teorię rewolucji, nie troskając się, skąd brać na utrzymanie albo jak się wyżywić.
Zesłańcy za przestępstwa pospolite mieli gorzej - pieniędzy do ręki za bardzo nie dostawali, ale dostawali bezpłatnie od ręki zimową i normalną odzież. Przez pierwsze 2-3 lata (kobiety całe zesłanie) 200g mięsa dziennie, oraz 3 funty chleba (1.2 kg chleba). Rokrocznie dostawali też kożuszki, półkożuszki i obuwie. A na dodatek carskie władze, by nakłonić zesłańców do produkcji, kupowało od nich produkty po specjalnie zawyżanych cenach... nic dziwnego, że Czechow twierdził, że Sachalin nie jest kolonią karną dającą pieniądze Rosji, a  raczej jest przez Rosję utrzymywany.
Mówiąc o Czechowie: pojechał on na Sachalin bez żadnych oficjalnych pozwoleń, pisemek, listów. I otrzymał dostęp do archiwów państwowych, non problemo.

A za Stalina, Ojca Narodów...
Utrzymanie było problematyczne. Zapomogi początkowo też zesłańcom utrzymano, choć nie "kontrrewolucjonistom", a socjalistom, eserowcom i trockistom. Stale jednak je obliżano. W 1927 zapomoga wynosiła 6 rubli dla zwykłych sojalistów, 30 dla trockistów; nie były to jednak już carskie ruble, a nowe, sowieckie; za wynajęcie skromnej izdebki trzeba było bulić 10 rubli... W 1933 politycznym płacono 6 rubli i 25 kopiejek. Sołżenicyn wspomina, że pamięta cenę chleba z tego samego roku - 3 ruble za kilogram żytniego, nawilgłego (cięższy od wody, a sprzedaż na kilogramy). A zapomogi sowieckie to już nie carskie, wydawano tylko nie mającym pracy (za Caratu wydawano wszystkim jak leci, do pracy zachęcano). A jak ktoś chciał (musiał) pracować to i to nie było prosto - jakie przedsiębiorstwo by przyjęło zesłańca (wszystkie państwowe, wiedzieli, że oni też mogą dostać wyrok)? Poza tym lata 20-30 to czas w Rosji Sowieckiej galopującego bezrobocia. praca była dla nieskazitelnych politycznie, a nie skazańców politycznych, nawet jeśli fachowców... Dość rzec, że polityczni nagabywali śledczych (1934, Kazań) "a czy nie szykuje się jakiś procesik? Bo moglibyśmy za świadków..." Taaak... To juz nie było wygodne kakałko i studia nad rewolucją, tylko walka o byt. Chcieliście państwo socjalistyczne, to macie.
Co sprawiało, że za Caratu tak się troszczono o zesłańców, a za Sowietów już nie? Opinia publiczna, moi drodzy. Za Lenina, opinię publiczną zastąpiła opinia zorganizowana, więc nie było komu się wzruszać (głośno) nad zesłańcami. Niech no się tylko wzruszy, odczyta list kolegi co na zesłaniu - fruu, już z fabryki sam jedzie na zesłanie.

A kto, poza ww. socjalistami za Sowietów szedł na zesłanie (polityczne)? To tak - inteligencja bezpartyjna. Duchowni. Chrześcijanie zwykli, ale głęboko wierzący. I spirytyści, i okultyści. A nawet młodzież, za... "fokstroty" (foxtrot - taniec towarzyski amerykański, co w Europie był jednym z przebojów Międzywojnia). Za Caratu - przypomnijmy, za działalność faktycznie wywrotową, nie za wywoływanie duchów albo tańczenie.
Warto dodać, że za Caratu zesłanie nie było przyczynkiem do nowej kary - a za komunizmu i owszem, zesłaniec mógł się spodziewać dalszej roli w czymś co Sołżenicyn przepysznie nazwał "Wielkim Pasjansem Rewolucyjnym" (czemu Pasjans? Bo Stalin rozkładał sobie przeciwników od tych najdalszych ideowo, aż do najbliższych, a rozkładał ich kolejno zesłanie-> więzienia->Gułagi-> śmierć. Czasem z przeskokiem. Anarchista Dymitr Wenediktow w 1937, po upłynięciu (kolejnego) trzyletniego zesłania został aresztowany za "nieprzychylny stosunek do władzy sowieckiej" (każdy zesłany za poglądy na pewno jest bardzo przychylny do zsyłających) i za "rozpowszechnianie pogłosek, że będzie rozpisana nowa pożyczka" (w sensie, pożyczka rządowa. Rozpisywano ją co roku i w przeciwieństwie do naszych obligacji, należy ją traktować raczej jak podatek - 1) kto nie wziął, tego szybko zamykano za "sabotaż gospodarczy" albo "działalność kontrrewolucyjną", 2) było coroczna, regularna, jak wiosna po zimie 3) rzadko była oddawana. Sołżenicyn takiego przypadku nawet nie wspominał). I co dostał anarchista za te dwa zarzuty? Rozstrzelanie w ciągu 72h. Fajnie być zesłańcem za Stalina, nie to co za opresyjnego Cara. 

Zresztą, za Sowietów zesłanie niektórych specyficznych grup miało je zabić. W ten sposób załatwiono ogromne rzecze średniozamożnego chłopstwa rosyjskiego; Sołżenicyn wylicza ich na 15 milionów (i to nie liczymy do tego innych pomysłów Ojca Narodów, jak Wielki Głód na Ukrainie). Ciężko teraz powiedzieć, ile naprawdę tak się "pozbyto", ale faktem jest, że planowano się pozbyć. Na przykład chłopów wyprowadzano na zaśnieżoną tajgę i odgórnie im mówiono gdzie mają postawić osadę i czym ma się trudnić: na przykład - nad brzegiem rzeki, ale na wysokiej skarpie (daleko nosić trzeba było wodę) i o profilu wyznaczonym przez oficera MWD, nie znającego się na rolnictwie. Nic dziwnego że zazwyczaj wymierali do jednego... ale czasem nie. Nad Obem, w głuszy, wyrosła osada, z której wywodził się Burow (jedno ze źródeł osobowych Sołżenicyna). Przepływała kiedyś tamtędy wierchuszka powiatowa, która oczy przecierała ze zdumienia, że ludziom się tu dobrze wiedzie, ba! lepiej im się wiodło niż kołchoźnikom (może dlatego, że "na górze" myślano że wymarli i się nie wtrącano za bardzo?). Efekt? Po kilku dniach przypłynęli strzelcy NKWD, mieszkańcom wsi kazano spakować się w godiznę i z tym co wzięli w  ręce wysiedlono ich dalej, w głąb tundry syberyjskiej.
Niech za los typowego zesłańca chłopskiego, kułaka, posłuży Tragedia Wasjugańska. W 1930 roku 10 tysiecy rodzin (wedle ówczesnych, chłopskich norm - 60-70 tysięcy ludzi) przewieziono do Tomska i za Tomskiem pieszo - a była to zima - w dół Obu, a potem w górę Wasjuganu. patrzyłem na mapę - wychodzi lekką ręką ponad 500 kilometrów, a to wszystko w trakcie syberyjskiej zimy; mieszkańców wsi przydrożnych kazano potem wiosną i latem grzebać ciała dzieci i dorosłych, które wyrzucała rzeka. Zesłańców porzucono w środku bagien Wasjugańskich, bez narzędzi i zapasów, w środku zimy. A niedługo potem przyszła odwilż i odcięła obszar bagien od świata, poza dwoma ścieżkami - na Tobolsk i w stronę Obu. Obie ścieżki obsadzono czatami z karabinami maszynowymi. Czaty nikogo nie przepuszczały; podchodzili zdesperowani chłopi, błagali by ich wypuścić - witano ich kulami. W końcu, gdy na rzekach znikła kra lodowa, w Tomsku wydano polecenia i wysłano pomoc z miejscowego Integrałsojuzu (Związku Spółdzielni Spożywczych), mąkę i sól. Okazało się jednak, że Wasjugan jest w niektórych miejscach wartki i barki wyładowane towarami nie mogły przepłynąć; zawróciły w końcu.
Wymarli wszyscy wysiedleńcy, 10 tysięcy rodzin, około 60 tysięcy ludzi. Podobno kogoś nawet za te wydarzenia pociągnięto do odpowiedzialności i rozstrzelano. Jedną osobę - ale i tak nie chcę się wierzyć (w kraju sowieckim? Za odkułaczenie?). Zresztą, gdyby nawet - licząc tymi proporcjami, za wysiedlenie na śmierć całego Wrocławia (mojego ojczystego miasta) rozstrzelano by 10 osób. Za załatwienie w ten sposób całej Polski, wedle ostatnich szacunków liczbowych - 642 osoby. takie to są bolszewickie proporcje - zakładając że kogokolwiek za tą tragedię skazali.
O tej sprawie wiadomo (a i to niezbyt szeroko) dzięki pełnomocnikowi Integrałsojuza - Stanisławow prowadził nieudaną ekspedycje z mąką i solą.
O ilu zesłańcach sowieckich nic nie wiadomo? O ilu zapomniano? Rodzin, wsi (kozackich), a za późnego Stalina- i całych ludów?

O Narodach - zsyłaniu choćby Estończyków - pięknie napisał Sołżenicyn. Cytat godny zapamiętania (dotyczy "specprzesiedleńców" [parę milionow ich było, tych "spec"], którym z góry wyznaczano prace w miejscu zesłanie):

"Co zaś do zarobków, to w ogóle nie można się zorientować, na jakiej zasadzie je obliczano: w ciągu pierwszego roku pracy w kołchozie Maria Sumberg otrzymała za każdą dniówkę 20 gramów ziarna (byle ptaszyna boża więcej sobie nadziobie na wiejskiej drodze!) i 15 stalinowskich kopiejek (czyli 1,5 kopiejki chruszczowowskiej). Całoroczny zarobek wystarczył jej na kupno... aluminiowej miski.
Jak więc utrzymywali się przy życiu?! A dzięki paczkom żywnościowym z kraju. Przecież nie cały ich naród został zesłany.
A kto posyłał paczki Kałmukom? A krymskim Tatarom?... Przejdźcie się po cmentarzu, zapytajcie."

(A. Sołżenicyn, "Archipelag GUŁag 1918-1956, próba dochodzenia literackiego", Księga VI, Rozdział IV)

I jak tu w ogóle zakwalifikować zsyłanie kalek, owoców "Wielkiej Wojny Ojczyźnianej" (po naszemu: II Wojna Światowa), których tuż po wojnie zebrano w przeważającej mierze zesłano na Daleką Północ; by nie kazili Wielkiej Ziemi (Rosji) swoją obecnością, rzecz jasna. Na marnym wikcie (kalecy, nie pracują) i raczej bez prawa korespondencji (raczej, bo wiadomo od nich właśnie z tych nielicznych listów co się przebiły).
Co tu o tym mówić?! O "obrońcach sowieckiej ojczyzny", co się dali dla niej okaleczyć i gdzieś marnie bidowali potem daleko? Oni i taki mieli dobrze. Mieli zapewnione jedzenie. Zsyłani "kułacy" i zsyłane całe narody już nie.

Odpowiadanie za cudze przestępstwa. Dla kogoś żyjącego w praworządnym (choćby z grubsza kraju) oczywistym jest, że odpowiada się za swoje czyny, nie za czyny krewnych albo znajomych. Pod tym względem, od Carskiej Rosji wiele krajów - w tym nasz! dziś! - mogłoby się wiele nauczyć. Brat Włodzimierza Iljicza Lenina, Aleksander, bral udział w zamachu na cara Aleksandra II. Udanym (piąty z rzędu bodajże). Jak można się domyślić, ów brat Lenina został za to rozstrzelany; a Lenin, co? Był bratem spiskowca! A Lenin nic. Został w tym samym roku przyjęty na Uniwersytet w Kazaniu; wydalono go w tym samym roku, ale za działalność polityczną, nie za czyny brata!
A za Stalina? Cóż, moim ulubionym przykładem jest pewien generał MWD (NKWD). Miał on syna, z poprzedniego małżeństwa (rozwiódł się), z którym nie utrzymywał żadnych stosunków, tak samo zresztą jak z żoną (matką owego syna); gdy syn został aresztowany i wysłany do GUŁagu za "działalność kontrrewolucyjną" (a za Stalina można było to dostać za nic), ojciec, generał MWD, napisał oficjalne pismo w którym odcinał się od "działalności" syna i w którym go potępiał, a i tak został zdegradowany. Strach się bać, co by było, gdyby ktoś przeprowadził zamach na Stalina...
(na temat zamykania "za nic" jest pewna anegdota. Gdy Stalin z radości zwycięstwa nad III Rzeszą wprowadził nowy kodeks karny, dający możliwy wymiar kary już nie, jako najwyżej 10 lat łagru, ale 25, sierżant eskortujący jedną z pierwszych grup z "ćwiarami" nie wytrzymał z ciekawości - podczas marszu zagadnął ojcowsko jednego z konwojowanych "Przyznaj się, za co dostałeś tą ćwiarę?"; widać konwojenci sami byli ciekawi tych nowych kar... więzień odpowiedział zgodnie z prawdą "Za nic!", na co przemiły konwojent odpowiedział "Łżesz, za nic dostaje się dychę!" (10 lat). I to mówi konwojent MWD do konwojowanego.)

Cóż tu mówić już o pomocy uciekinierom! Za Cara nie karano za pomoc uciekinierom z zesłania, katorgi czy więzienia (gdzie jako pomoc kwalifikujemy trzymanie pod dachem, dawanie jedzenia i podobne). I dlatego taki Lenin z zesłania uciekał pięć razy: ludzie pomagali, bo traktowali to jak sport. Za ustroju sowieckiego pomoc uciekinierowi powodowała lądowanie w GUŁagu, o ile nie od razu "czapę".

*****
Więc jaki był Carat?

Jak widać z mojego mizernego i bardzo szkicowego powyższego tekstu, widać że rządy Cara, wbrew powszechnemu mniemaniu, nie były nawet o włos bliskie terrorowi bolszewickiemu, a "ucisk" był pod wieloma względami lepszy niż nasze obecne prawodawstwo i podejście. W sensie dla więźniów, bo podejście do więźniów "politycznych" było tak łagodne, że człowiekowi znającemu metody Stalina, Hitlera, ba! Pinocheta albo Piłsudskiego! ... metody te wydają się raczej łagodne. Nietrudno oprzeć się wrażeniu, że mit strasznego Caratu stworzyli bolszewicy, żeby wyjaśnić młodemu pokoleniu, że teraz jest lepiej niż było za Cara - a i tak im mało kto wierzył. Słusznie zresztą.
U nas w Polsce Carat ma znacznie gorszą prasę z uwagi na pozycję głównego "żandarma" tłumiącego dążenia narodowościowe, ale i to porównując z innymi naszymi (przyszłymi) oprawcami - gdzie jest nić podobieństwa? Z niemieckimi nazistami, którzy w Wielkopolsce i na Pomorzu prowadzili szeroką zakrojoną akcję eksterminacji elit? Z Sowietami sprzed 1941, którzy wywozili naszych masowo zresztą - kto nie słyszał o Katyniu... a może choćby z komunistami pochodzenia polsko-ruskiego (na lepsze określenie z mojej strony nie mogą liczyć, biorąc pod uwagę, że Ludowe Wojsko Polskie składało się w latach 40. w większości z Rosjan - nie mówiąc już o bezpiece. Machamy panu Baumanowi) z okresu po ekhm "wyzwoleniu" w 1944? No tak, za tych ostatnich można było przynajmniej po polsku mówić (bez szykan) a za Cara to bywało że niet. Za to za Cara nie lądowałeś na ławie oskarżonych za to, że brat był w lesie, albo za to że powiedziałeś kilka przykrych słów o Carze. A o Stalinie to, jak mówi stary dowcip, "jak rzekł <<Sralin>> zamiast <<Stalin>>, to już jechał na Sachalin".

Co więc można powiedzieć o Rosji Carskiej? A to, że był to kraj kontrastów. Ogromnych kontrastów, widocznych w każdej dziedzinie życia.
Z jednej strony kraj zacofany, gdzie ponad 4/5 ludzi mieszkało na wsi; przemysł w powijakach, bywały wsie (np. na Białorusi - obszar bagien Prypeci) gdzie ludzie jeszcze żyli jak tysiąc lat temu słowiańscy przodkowie. Kraj w którym brakowało dróg kołowych i linii kolejowych - i mowa tu o Rosji przed Uralem, nie o Syberii, gdzie Kolej Transsyberyjska powstała w ostatnich latach Caratu - zmieniając kompletnie strategiczne znaczenie regionów syberyjskich i Dalekiego Wschodu (przed jej powstaniem, Rosja mogła najwyżej pomarzyć o mieszkaniu się w sprawy Dalekiego Wschodu, np Chin).
Z drugiej strony, niektóre miejsca cechował zadziwiający standard techniczny - jak moskiewską kanalizację, albo niektóre budowy: inżynier hydrolog Włodzimierz Aleksandrowicz Wasiliew budował w 1912 roku kanały w Siedmiorzeczu (Kirgizja), mając między innymi 6 elektrycznych koparek - w latach 30. pokazywano je na wystawach jako wielki triumf "sowieckiej myśli technicznej"... a w tym samym okresie na świecie przez jeszcze wiele lat na polach robót królowały koparki parowe, takie same, jakimi inż. Lesseps dziarsko wykopał Kanały Sueski i Panamski.

Z jednej strony pańszczyzna nie była wcale tak odległym wynalazkiem, a z powodu wpływu Cerkwi stosowano wciąż kalendarz Juliański (w reszcie Europy stosowano od dawna zreformowany gregoriański), a ludność chłopska nie mogła liczyć na zbytni awans społeczny własnym pomysłem - ot, najbystrzejsi mogli się wybić na obrotnych kupczyków i komiwojażerów, ale nie wyżej.
Z drugiej strony, Sergiej Prokudin-Gorski opracował własną metodę robienia zdjęć kolorowych; były równocześnie inne metody, ale znacznie bardziej skomplikowane i mniej wyraziste (dopiero w 1936 roku firma Kodak wynalazła proste w obsłudze klisze kolorowe). Konkretniej, polegały na robieniu naraz trzech zdjęć przez trzy filtry; przy pokazywaniu zdjęć, Produkin-Gorski wyświetlał filmy naraz (trzy klisze, każda z lampą innego koloru). Jakości jego zdjęć można pozazdrościć - podobne efekty w tamtych czasach dawało tylko... robienie zdjęcia czarno-białego i kolorowanie.
Robią wrażenie. A to ten zacofany kraj, Carska Rosja...
Obserwacja zaćmienia słońca w górach Tien-Szan, 1 stycznia 1907 roku.

Pinchas Karlinskij (84 lata!), nadzorca śluzy w Czernihowie, rok 1909

Parowóz "Kompound", rok 1910.

Z jednej strony, Armia Carska na progu I Wojny światowej była zacofana jak żadna inna: regulaminy były przestarzałe, myślenie XIX-wieczne, sposób kwaterowania żołnierzy - niedorzeczny (Armia Carska nie znała de facto "koszar" - oddziały armii lądowej kwaterowały w ziemiankach, pod namiotami, albo na kwaterach w domach prywatnych. Inne armie cywilizowane już tak nie miały od dawna, chyba że w warunkach polowych...). Artylerii, broni maszynowej - mieli nasycenie zdecydowanie mniejsze niż armia choćby Austro-Węgier. Żołnierze w progu I Wojny Światowej stosowali jeszcze... strzelanie salwami! Wspomina o tym Józef Piłsudski w "Moje pierwsze boje", opisując bitwę pod Limanową i wyjaśniając bardzo niskie straty swoich żołnierzy mimo wielokrotnej przewagi Rosjan (a Piłsudski prawie nie miał tam artylerii i w ogóle broni maszynowej). Laikom wojskowym już wyjaśniam: strzelanie salwami, czyli na komendę, w określonym kierunku, bez większego mierzenia, do celów odległych i leżących (prawie nic nie widać, poza czasem kawałkiem twarzy albo lufą) jest doskonałym sposobem na nie-trafienie; salwami się strzelało za Napoleona, bo wtedy ze skałkówki na 100 metrów trafiało się co najwyżej w stodołę - w 1914 ze stu metrów to się trafiało w głowę albo oko (o ile się celowało, zamiast salwami).
Z drugiej strony, Carat znacznie... chętniej przyjmował nowinki techniczne, niż, na przykład Armia Brytyjska. Carska Marynarka Wojenna jako jedna z pierwszych zaczęła stosować łodzie podwodne (nasz rodak Drzewiecki się kłania - no ale gdyby był choćby i Einsteinem, a ktoś myślący by nie wyłożył funduszy, to mógłby sobie myśleć). A Carskie Siły Powietrzne Rosji były jednymi z pierwszych sformowanych oddziałów lotnictwa, bo bo utworzono je w 1910 i od razu de facto niezależne (podlegały korpusowi Inżynieryjnemu), a od 1915 de iure niezależne; w Wielkiej Brytanii siły powietrzne powstały w 1912, niezależne - w ramach armii albo floty i dopiero w 1918 zostały połączone w jedno; w armii II Rzeszy (Niemiec) siły powietrzne powstały w 1913, do 1916 podporządkowane armii... Cóż - dość by rzec, że w chwili wybuchu I Wojny Światowej Императорский военно-воздушный флот России były drugimi w Europie pod względem wyszkolenia, wyposażenia i wielkości (po Francuskich).

Z jednej strony było to państwo w którym rewolucjonistów usuwano z uniwersytetów za dyskusje o socjaliźmie, prześladowano prawnie działalność polityczną socjalistyczną, ba! nawet liberalną i wszelakie dążenia demokratyczne, prześladowano też narody nie-rosyjskie i starano się wynarodowić.
Z drugiej strony - czego innego można było się spodziewać, w kontekście walki z wywrotowcami (pardon: bojownikami) socjalistycznymi w państwie, gdzie rządził Car, autokratyczny samodzierżawca? Pierwszy cytat z początku wpisu doskonale oddawał podejście carów do świata i jego okolic. Zresztą, większości Rosjan inny świat wydawał się niemożliwy. Eh, poza tym, co tu dużo mówić - i dziś państwa demokratyczne prawnie walczą z tymi którzy chcą się zamachnąć na państwowość, zwłaszcza jeśli popierają to ulotkami, organizacjami i zamachami - jak to robili socjaliści w Rosji. przypomnijmy, Car Aleksander II zginął w zamachu. Stracono zamachowców. Partie socjalistyczne były i tak zakazane, ale nie wzięto prewencyjnie podejrzanych i nie wysłano na Sybir jak leci, za to że mają podobne poglądy albo że są spokrewnieni z zamachowcami (jak Lenin, co wspominałem).
Nie wiem czy periodyk anarchistów (drugi cytat z początku wpisu) ukazywał się legalnie - raczej nie - ale poniższy rysunek satyryczny był drukowany legalnie. Od ręki można wymienić dziesiątki obecnych państw, często uważanych za "cywilizowane" i "pro-zachodnie" (coś takiego ostatnio widziałem na Onecie na temat Arabii Saudyjskiej i przecierałem oczy ze zdumienia), w których by za taki rysunek wpakowano człowieka do paki zanim by rzekł "satyra!".
"Pisać, ale o czem???: W redakcji warszawskiej gazety" - rysunek satyryczny W. Wojtkiewicza, 1907. 
(Wybaczcie jakość, skan z własnych zbiorów)

Rosja carska wreszcie był państwem de facto wciąż jednak tkwiącym korzeniami w myśleniu i porządku feudalnym, wersja wschodnia/ Czyli autokratycznym. To wciąż był kraj z ogromną władzą Cara, bogactwem nielicznych posiadaczy ziemskich i fabrykantów, dominująca rolą armii. To był wciąż kraj, mający protektoraty nad krajami quasi-feudalnymi w Azji Środkowej, kraj w którym jedyna prawdziwa kariera dla chłopa była możliwa w armii (jeśli go wszy nie zjadły). Coś takiego w krajach zachodnich - Francja, Wielka Brytania, II Rzesza - było nie do pomyślenia; nawet Austro Węgry były mniej zacofane od Caratu!

Moja diagnoza na temat największej słabości Rosji jest taka - było to Imperium uciskające, ale niedostatecznie, bez konsekwencji. Było to państwo represyjne, ale jego represje stanowiły klasyczne zaprzeczenie idei "nie zadawaj wrogowi małej rany". Było to państwo praworządne i modernizujące się, ale robiące to zdecydowanie powoli - zdecydowanie sobie nie radząc z problemem robotniczym i chłopskim (akurat z robotnikami to nikt sobie wtedy nie radził, ale z chłopami... cóż, w Rosji stracili dobre 100 lat).
Było to państwo w którym cała władza opierała się na dwóch rzeczach: autorytecie cara i sile oraz lojalności armii. Gdy car najpierw stracił większość pierwszego - w  oczach ludu - a potem w trakcie Wielkiej Wojny wykruszyło się oparcie w armii, Carat upadł.

Czemu i jak ten niestabilny dwójnóg zmienił się w jednonóg, a potem  z hukiem runął - przedstawię w następnych wpisach, dalej wprowadzających w przyczyny Wojny Domowej w Rosji.

Miało dziś być jeszcze o wojnie 1904-1905 i Rewolucji 1905, ale i tak się przeraziłem patrząc na objętość...

sobota, 5 października 2013

Powstanie Warszawskie: Koniec i Krótka Przypowieść

Koniec. Finis.

Koniec - podsumowanie strat
Podziękowania i prośba do czytelników
Krótka Opowieść - pióra Normana Daviesa

*****
Koniec


5 października z Warszawy wychodzą ostatnie oddziały powstańcze - poza batalionem osłonowym, który miał nadzorować dalszą ewakuację i złożył broń niejako osobno, 9 października.
Kolumny Powstańców kierowane są do Ożarowa, skąd jeńcy wywożeni są pociągami towarowymi do stalagu 334 Lamsdorf (Łambinowice) na Śląsku Opolskim. Powstańcy otrzymują tam numery jenieckie, po czym rozsyłani są do obozów jenieckich na terenie Niemiec i Austrii. Tylko ze Śródmieścia wychodzi do niewoli niemieckiej 11668 żołnierzy, z Komendantem Głównym AK gen. Tadeuszem Komorowskim „Borem” oraz pięcioma innymi generałami: Tadeuszem Pełczyńskim „Grzegorzem”, Antonim Chruścielem „Monterem”, Tadeuszem Kossakowskim „Krystynkiem”, Kazimierzem Sawickim „Prutem” i Albinem Skroczyńskim „Łaszczem”.

Bilans strat po stronie polskiej: ok. 18 tys. poległych Powstańców, ok. 180 tys. zabitych cywilów i ok. 3,5 tys. poległych żołnierzy 1. Armii WP; ok. 25 tys. rannych Powstańców, w tym 6,5 tys. ciężko. Do niewoli dostaje się łącznie ok. 16 tys. Powstańców. 

Po stronie niemieckiej – ok. 9 tys. żołnierzy poległych, ok. 7 tys.  uznanych za zaginionych; rannych  9 tys. (straty niemieckie są czasami podawane za raportem von dem Bacha do Himmlera, mówiącym o 1,5 tys zabitych; zapomina się przy tem, że von dem Bach objął dowodzenie dopiero 5 sierpnia, nie znał więc strat niemieckich z pierwszych dni Powstania, gdy Niemcy ponieśli je największe; nie znał też strat niektórych jednostek, które były wyjęte spod jego dowództwa).

Od ogłoszenia godziny „W” minęło sześćdziesiąt sześć dni. „W”… to był skrót od „Wolność”.

II Rzeczypospolita nie została przywrócona. W zniszczonej katedrze św. Jana nie odśpiewano Te Deum.  Miasto zostało zniszczone, a specjalne oddziały saperskie Wehrmachtu niszczyły je jeszcze przez 3 miesiące.
Wolności nie było.

***
Podziękowania (i prośba)

W tym wpisie kończę wraz z następnym podrozdziałem (będącym w całości cytatem z „Powstania ‘44” Normana Daviesa) kończę swój cykl pisania o Powstaniu. Kto czytał choć część, temu dziękuję i ufam, że niniejsze wpisy wniosły coś do jego wiedzy o historii Polski, tej zapominanej, czasem zakłamywanej, którą niektórzy by chcieli wymazać na zawsze z kart naszej historii. 

Tych, którzy nie czytali, a przypadkiem czytają ten wpis, zachęcam do przeczytania choćby części poprzednich.


Bo jak powiedział Józef Piłsudski:
„Naród, który nie szanuje swej przeszłości nie zasługuje na szacunek teraźniejszości i nie ma prawa do przyszłości.”

Pamiętajmy o tym. Pamiętajmy o Powstaniu Warszawskim. Pamiętajmy o Bohaterach. I jaką odpłatę za swe bohaterstwo dostali.


***
Krótka Przypowieść

„Być może w tym miejscu nie od rzeczy byłaby przypowieść. Otóż pewien człowiek wchodzi do rzeki, żeby zmierzyć się ze zbrodniarzem. Decyduje się na to, ponieważ ów zbrodniarz od lat bije, morduje i upokarza jego rodzinę i ponieważ sam należy do grupy, która postanowiła wymierzyć mu sprawiedliwość. Co więcej, uzyskał od przywódców tej grupy zapewnienie, że wszyscy będą działać ramie w ramię, i wybiera moment, gdy na przeciwnym brzegu pojawiają się tłumnie „przyjaciele przyjaciół”, od których oczekuje się pomocy. Wtedy wszystko zaczyna iść nie tak, jak powinno. Zbrodniarz, zamiast rzucić się do ucieczki, podejmuje walkę. „Przyjaciele przyjaciół” trzymają się z daleka. Człowiek zaczyna się rozpaczliwie miotać, ale nie rezygnuje. Dowódcy grupy wołają z daleka, prosząc o pomoc. Krzyczą bez przekonania, a ich głosy mieszają się ze sobą. „Przyjaciele przyjaciół” nadal trzymają się z daleka. Ponawiane nawoływania nie przynoszą żadnej reakcji. Wreszcie do wody wchodzi tylko jeden z niedoszłych ratowników, który szybko sam znajduje się w opałach. Po długiej walce zbrodniarz zaciska ręce na gardle człowieka i wpycha go pod wodę. Człowiek tonie.

Kogo należy winić? A kogo pochwalić?”

piątek, 4 października 2013

Powstanie Warszawskie (65): Losy powstańcze

Powstania już nie ma, ale od wybuchu już mija 65 dni.

Dziennik - przygotowania do ostatniej prostej
Przyczyny upadku Powstania - na podstawie raportu spisanego przez generała "Niedźwiadka" dla NKWD.
Losy powstańcze na Zachodzie i na Wschodzie - krótka opowieść

*****
Dziennik

4 Października pierwsze oddziały AK składają broń i opuszczają miasto - konkretniej oddziały ze „Śródmieścia-Południe”.

W eter płyną ostatnie audycje powstańczego Polskiego Radia i radiostacji „Błyskawica”. Przed jej mikrofonem zasiada tego dnia szef techniczny, Jan Georgica „Grzegorzewicz”. Wspomina warunki pracy i podaje parametry techniczne radiostacji. O godz. 19.30 nadaje na pożegnanie „Warszawiankę”, po czym młotem niszczy nadajnik.

Wydane zostały ostatnie, pożegnalne numery pism powstańczych i konspiracyjnych: „Dziennika Radiowego”, „Robotnika”, ”Wiadomości Powstańczych” i nr 102 „Biuletynu Informacyjnego”.

„Bór” podpisuje ostatnią depeszę do Londynu, nadaną następnego dnia rano.

***
Przyczyny upadku Powstania


Przyczyny upadku powstania były różne, lecz można wyszczególnić (za spisanym na życzenie NKWD raportem gen. Okulickiego „Niedźwiadka”) następujące główne:
- Całkowite wyczerpanie żywności. Pod koniec Powstania porcja dzienna dla żołnierzy wynosiła dwie garście jęczmienia dziennie; zachodziły nawet przypadki odbierania żywności cywilom, do czego dowództwo AK nie chciało  - w  szerszej skali  - dopuścić.
- Prawie całkowite pozbawienie wody.
- Bardzo ciężkie położenie wojskowe, a wskutek wstrzymania natarcia Armii Czerwonej, utraty Żoliborza i Mokotowa - beznadziejne.
- Obawa przez zmasakrowanie ludności cywilnej w wypadku militarnego zniszczenia enklawy na Śródmieściu.
Co ciekawe, sytuacja amunicyjna była dobra - były zapasy pozwalające na prowadzenie „intensywnej walki przez kilak dni” (wedle cytowanych słów gen. „Montera”)

Dobrze zresztą powody kapitulacji odmalowuje przemówienie wicepremiera, delegata rządu RP na kraj „Sobola”, który wygłosił je podczas ostatniej dyskusji cywilnych i wojskowych przywódców Powstania nad kapitulacją.
„Dalsza walka jest bez najmniejszego celu, jest szaleństwem. Niemniej jednak politycznie zyskaliśmy bardzo wiele. Ponieważ jednak nie uzyskaliśmy pomocy tej, na jaką oczekiwaliśmy, trzeba więc ratować to, co mamy najdroższego, a tym jest biologiczna substancja Narodu. Jest to tym więcej ważne, że w warszawie zgrupowała się cała elita kulturalna i naukowa społeczeństwa. Warszawa według zapewnień generała von dem Bacha będzie terenem walk między Sowietami a Niemcami, będzie do reszty spalona, niewiele z niej uda się uratować. Trzeba więc dążyć do uratowania przynajmniej ludzi. Wicepremier jest za tym, by walka była zakończona.”

***
Losy Powstańcze: na Zachodzie...

Po wojnie różnie się układały losy powstańcze; ale można wyróżnić dwie podstawowe ścieżki: albo wpadli w ręce Sowietów, albo zostali (wyemigrowali) na Zachodzie.

Los tych, którzy porozjeżdżali się po świecie, był lepszy, choć tylko w niektórych aspektach.

Nie byli torturowani, nie byli rozstrzeliwani. Za to byli traktowani z zupełną obojętnością - a po pewnym czasie nawet wrogością. Żołnierze Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie jeśli wracali do kraju… to czekały na nich aresztowania, więzienia i katownie łaknęły ich jak kania dżdżu. Jeśli zostali, to zmagali się z rosnąca na Wyspach niechęcią do Polaków, o których mówiono „czemu oni nie wrócą do SIEBIE?” - pamiętajmy że były ciężkie czasy powojenne i niechętnie patrzono na tysiące „obcych”. Więc niektórzy wyjeżdżali - do Australii, Argentyny, USA czy Kanady. W dużej mierze niezależnie od wykształcenia przez długi czas pracowali fizycznie, bo np. w Australii wszelki element emigracyjny traktowano jako dobrze płatnych, ale jednak robotników fizycznych. 



Ryszard "Jerzy" Białous, dowódca batalionu "Zośka", trzykrotnie odznaczony Krzyżem Walecznych i raz orderem Virtuti Militari V klasy, po wojnie (w 1948) wyemigrował do Argentyny. Nadzorował budowę lotniska w Quillen, przez wiele lat pracował przy budowie dróg i mostów. W 1963 zbudował i został następnie dyrektorem uzdrowiska w Caviahue, potem przez wiele lat był na kolejnych ważnych stanowiskach w zarządzie prowincji Neuquen; od 1976 roku dyrektor Uzdrowisk termalnych tej prowincji. Znany jako jeden z pierwszych badaczy Indian Araukanów (oni sami nazywają się "Mapuche"). Założył pierwszy w Argentynie klub biatlonowy. W Polsce był tylko raz, na 30 rocznicy wybuchu Powstania. Zmarł 24 marca 1992 w Neuquen (miasto, stolica prowincji o tej samej nazwie); pochowany na tamtejszym cmentarzu.
"Ludzie, którymi miałem zaszczyt dowodzić, to nie wyspa oderwana od społeczeństwa ani cierpiętnicy, dla których było ideałem polec za Ojczyznę, lecz świadomi swych obowiązków młodzi obywatele Rzeczypospolitej, dla których ideałem było żyć dla Niej i pracą przyczynić się do Jej świetności." - słowa Ryszarda "Jerzego" Białuousa o jego podwładnych z batalionu "Zośka"




Inni zostawali w Brytanii. Jedni mogli przetrwać dzięki misjom humanitarnym, bo żyli w nędzy; inni żyli dzięki swej pomysłowości. Byli generałowie pracujący jako kelnerzy. Byli sędziowie i profesorowie, harujący w fabrykach pasty do butów. Byli bohaterowie wojenni, którzy musieli pokornie słuchać poleceń i harować na nocną zmianę w najbardziej podłych placówkach przemysłowych czy handlowych. Nie dziwota, że wielu z nich zasiliło też szeregi wędrownych grajków, artystów i chorych umysłowo… Doskonałym przykładem ogólnego losu jest tutaj tzw. „Srebrna brygada”, grupa polskich oficerów w wysokiej randze zajmująca się czyszczeniem sreber w hotelu Ritz przy Picadilly. Albo taki generał „Bór” Komorowski, który ostatnie dwadzieścia lat życia przeżył w typowym domu robotniczym, żyjąc z pieniędzy zarabianych przez żonę na szyciu firanek.

Gen. "Bór" Komorowski na emigracji, Londyn 1956.
"Gdybyśmy zachowali się zupełnie biernie, Warszawa nie uniknęłaby zniszczeń i strat. Musieliśmy się liczyć z tym, że jeżeli stolica stanie się polem bitwy i walk ulicznych między Niemcami a Sowietami, może ją czekać los Stalingradu. Ani na chwilę nie mam zamiaru uchylać się od osobistej odpowiedzialności za decyzje, które podejmowałem jako dowódca Armii Krajowej." - pierwszy...
"Musimy jednak pamiętać o jednym: opór zbrojny i walka orężna wobec najeźdźcy nie były narzucone społeczeństwu przez jakiś rozkaz z góry. Ta decyzja została podjęta przez cały naród samorzutnie, nie w sierpniu '44 roku, ale już we wrześniu '39." - i drugi ciekawy cytat z gen. "Bora". Z pewnych przyczyn, jako dowódca AK, często był pytany o Powstanie Warszawskie.


Ironią losu jest to, że żołnierze AK nie otrzymywali ani pensa rent czy emerytur; szczątkowe otrzymywali członkowie Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie… ale mimo wielkich wysiłków Brytyjczyków i Amerykanów, które podjęto by opinia publiczna na całym świecie przyjęła do wiadomości, że członkowie AK byli członkami armii sprzymierzonych, mimo tego że Trzecie Rzesza nawet przyjęła to do wiadomości, dwie instytucje nie przyjęły tego nigdy do wiadomości:

NKWD i brytyjskie Ministerstwo Rent i Emerytur.

... i na Wschodzie

Tych co zostali w kraju, czekała gehenna. Przykładowo, gen. Okulicki „Niedźwiadek”, gen Fieldorf „Nil” i prawie wszyscy wyżsi rangą oficerowie zginęli, albo zabici po kryjomu, albo skazani z pełnym majestatem stalinowskiej parodii prawa. Inni zginęli w walce, znani dziś jako „Żołnierze Wyklęci”, nie godząc się na koniec walki z sowieckim okupantem i komunistami… którzy zresztą ogłaszali regularnie amnestie dla partyzantów - by potem ich aresztować od razu lub później, pod jakimś pretekstem.

Inni przeżyli długoletnie więzienia i upokorzenia, by po minięciu terroru czasów stalinowskich słyszeć same negatywne słowa o AK, słyszeć peany o AL i wojskach sowieckich… by czekać na właściwe uhonorowanie losów powstańczych kilkadziesiąt lat.

Zacytuję fragment wspomnień Waldemara Pomaskiego „Klawego”, z jego książki „wspomnienia ze szlaku Warszawa-Kołyma”:
„(…)Potem były obozy: w Ożarowie, Landsdorfie, Lukenwalde, Zorall. Wyzwolenie przez oddziały radzieckie i kontakt z armią radziecką (…).
Rosjanie zaczęli wybierać spośród nas ludzi starszych, znających jakiś fach: mechaników, hydraulików itp. To nam się nie bardzo podobało. Chcieliśmy sformować jakiś pułk osobny do walki. Po około dziesięciu dniach wezwali nas w nocy, po apelu do komendantury - „po odbiór listów” dla około dwunastu osób z naszej grupy. Było to z 10 na 11 marca 1945 roku. Jak poszedłem po te listy, to przyjechałem dopiero w 1954 roku, w styczniu. W trakcie tej prezentacji pytano nas o wszystko, nawet o to, co robiliśmy w konspiracji. Później nastąpiło normalne śledztwo, w czasie którego zarzucano nam, że jesteśmy dywersantami, szpiegami itp. Byliśmy już poza obozem - w ziemiankach. W zależności od przesuwania się 1. Frontu Białoruskiego zmienialiśmy miejsce „postoju”. W Landsbergu (…) był sąd wojskowy. Znalazł się tam osobnik, w mundurze zbliżonym do polskiego, (…) który przetłumaczył nam wyrok. Z początku straszono nas karą śmierci, ale potem z łaski Wielkiego Wodza skazano jedenaście osób na dziesięć lat IŁT, a jednego na piętnaście lat. Był to paragraf 58, punkty 6,9,14 (odpowiednio: szpiegostwo, dywersja, sabotaż).”


Jak to napisał K.K. Baczyński, mając coś w rodzaju wizji przyszłości:
„Jakie szczęście, że nie można tego dożyć,
Kiedy pomnik ci wystawią, bohaterze,
I morderca na nagrobkach kwiaty złoży.”

czwartek, 3 października 2013

Powstanie Warszawskie (64): Kapitulacja + Raporty Tielegina (3) + Niedźwiadek

Powstania już nie ma - ale od wybuchu minęły 64 dni.

Dziennik - Powstanie już umarło, trzepocze w agonii...
Kapitulacja - warunki
Raporty Tielegina (3) - ostatnia porcja smakowitych kąsków raportów NKWD
Niedźwiadek - Jego los po Powstaniu symbolicznym losem AK

***
Dziennik


3 Października rozpoczął się eksodus ludności cywilnej; jednocześnie żołnierze AK od rana usuwają barykady i przygotowują się do złożenia broni. Wypłacony został żołd ze zdobycznych pieniędzy dla żołnierzy; żołnierze rozpoczęli ukrywanie części broni (gdy nie mogli się z nią rozstać - cześć zostawiali sobie na wymarsz, lecz część ukrywali by ich ukochana broń „nie wpadła w ręce szkopów!”).  Chowana jest również część dokumentów.

Gen „Monter”, dowódca AK okręgu warszawskiego, wydaje ostatni, pożegnalny rozkaz.

Rada Jedności Narodowej (niezorientowanym: stronnicy rządu londyńskiego) wydaje Odezwę do Narodu Polskiego.

Ogłoszona zostaje też (przez RJN) żałoba narodowa w okresie dwóch tygodni z powodu klęski Powstania Warszawskiego.

***
Kapitulacja

3 Października od godz. 5.00 obowiązuje zawieszenie broni. 

Podpisany zostaje akt kapitulacji na następujących warunkach:
- przyznanie Powstańcom, także tym, którzy dostali się do niewoli od 1 sierpnia 1944 poczynając, uprawnień wynikających z Konwencji Genewskiej z dnia 27 sierpnia 1929, dotyczącej postępowania z jeńcami wojennymi;
- Powstańcy nie będą ponosić odpowiedzialności za działalność wojskową i polityczną przed Powstaniem;
- oddziały Armii Krajowej mają opuszczać miasto dla złożenia broni w dniach 4 i 5 października;
- wobec ludności cywilnej, ewakuowanej z Warszawy, nie będą wyciągane żadne konsekwencje w związku z działalnością we władzach i administracji cywilnych.
Przestrzeganie Konwencji Genewskiej… ewenement na froncie wschodnim. Trzeba powiem pamiętać, że Niemcy konsekwentnie nie stosowali Konwencji Genewskiej i jej praw wobec Sowietów - a Sowieci to jej nawet nigdy nie podpisali.

To był koniec Powstania Warszawskiego - nie był to jednak koniec działalności władz i porządków powstańczych, które zakończyły się w kilka dni później. Nie jest to więc też, na razie, koniec naszej opowieści.

 
***
Raporty Tielegina (3)


Tymczasem na prawym brzegu Wisły generał Tielegin wciąż obserwował. W swoim raporcie z 3 października zauważył m.in. że powstańcy zamierzają skapitulować. W jego aresztach szybko przybywało jeńców, a on nadal starał się dowiedzieć, jak się ma AK do AL. Pod względem wpływów i liczby żołnierzy. Jednocześnie po kilku spotkaniach z oficerami AK, starał się zweryfikować ich twierdzenia, że spotkania z oficerami sowieckimi - i próby ustalenia warunków współpracy - sięgają aż do 14 lipca. 
Poza tym nadal twierdził,  że cała „agitacja” AK jest skierowana nie na walkę z Niemcami, a z Sowietami. Hasło AK wg. niego brzmiało:
„Niemiec rozbity. Pozostał znacznie silniejszy wróg - bolszewik.”  (czyli coś czego spodziewał się paranoik Stalin)

Według tegoż raportu ludność Pragi uważała inaczej. Cytuje zdanie jednej z mieszkanek dzielnicy, niejakiej Jadwigi Woźniackiej:
„Niech Pan Bóg da długie życie panu Stalinowi dla dobra ludzkości.” (sic!)

Potem został na Pradze do połowy października, a  może i dłużej (raporty pochodzą jeszcze z dni 5,6 i 10 października). Jest to ciekawe spojrzenie na powstanie oczyma sowieckimi/prosowieckimi. Usłyszał relację kpt. Kołosa zgromadził parę faktów… i nie zrozumiał elementarnych faktów.
Podaje w wątpliwość fakt, że „Bór” był kiedykolwiek w warszawie, stwierdza też że nie da się ustalić tożsamości delegata na kraj i innych przywódców przysłanych z Londynu; nie waha się tez przed najdziwniejszymi plotkami. Na przykład że oskarża Korpus Bezpieczeństwa AK o wymordowanie wszystkich Ukraińców, Żydów i sowieckich jeńców znajdujących się w mieście. Przytacza rzekome słowa oficera AK:
„Rozstrzeliwaliście nas w Katyniu, to teraz my będziemy strzelać do was.”

Ponadto Tielegin pozyskał jeszcze opis kapitulacji i opis cywilnych postaw ludności cywilnej - oczywiście tak, jak przedstawili mu je przedstawiciele AL i pewien lewicujący dziennikarz („Leszko Pogoński”). Że wybuch Powstania przyjęto z entuzjazmem, po fiasku rozmów Mikołajczyka w Moskwie nastroje pogorszyły się diametralnie; że dowództwo AK dyskryminowało AL i PAL; że fabrykowało kłamstwa godzące w PKWN ; wreszcie, że zasłużyło sobie na „nienawiść narodu”.
Właściwie, to sądząc z jego raportów, nie rozmawiał z żadnym informatorem związanym z  AK i ani razu nie napisał do Moskwy o poglądach i motywacjach czołowej siły powstańczej. Taaak…

Ciężko na takich podstawach właściwie wywnioskować coś o prawdziwej postawie i poglądach Stalina. Właściwie na podstawie posiadanych informacji, można zauważyć trzy możliwe scenariusze.

Pierwszy, że Stalin zdecydował w połowie sierpnia, że pozwoli na stłumienie powstania, a  teraz tylko symulował ruchy i czekał z założonymi rękami.
Drugi, że pozwolił na ograniczoną pomoc dla powstania w formie desantu oddziałów Berlinga, a  teraz dziwił się, że ten poniósł klęskę.
Trzeci, że Powstanie zrodziło zbyt wiele niepewności przy pustce informacyjnej, by Moskwa mogła podjąć jakąkolwiek spójną politykę - a wszystkie ruchy miały tylko zamaskować niepewność.

Pierwszy scenariusz zakłada swego rodzaju spisek i niecne  a konkretne plany Stalina. Drugi i trzeci scenariusz zakładają mniej diabolicznych knowań, za to sugerują niemałą serię pomyłek.  Niestety, brakuje dokumentów które pozwoliłyby na ostateczną ocenę, więc czytelnik może wybrać sobie opcję, jaką chce.

Faktem jest, że Stalinowi nie były obce bezwzględne a niecne knowania, a także że - jak można było zauważyć czytając wpisy o Sierowie, Kołosie i Tieleginie - był iście stworzony do pomyłek. Zresztą równie dobrze mogło zajść połączenie kilku czynników - trochę knowań, dużo pomyłek i wyszło jak wyszło.

Niemniej jedno jest bezsporne: Rokossowski się nie ruszył; ani w sierpniu, gdy były przeszkody militarne, ani pod koniec września, gdy problemy zostały usunięte, a Niemcy nie zrobili jeszcze z Warszawy fortecy.
Wydarzenia, jakie będą opisane w kolejnym wpisie, mówić będą o tym, że jakie nie były plany Stalina w czasie Powstania, później znacząco się usztywniły i stały się zdecydowanie diaboliczne. Nie znaczy to oczywiście, że taką decyzję podjął już w sierpniu ’44 - znaczy to, że jakich wahań czy łagodniejszych planów nie miał wcześniej, ostatecznie przyjął kurs zdecydowanie przeciwny ugodom czy układom.

***
Niedźwiadek

Również 3 Października żołnierze i oficerowie, którzy nie zdecydowali się pójść do niewoli, rozpoczęli opuszczanie miasta wraz z ludnością cywilną - między innymi desygnowany na następcę „Bora” w dowodzeniu AK, gen Leopold Okulicki ps. „Niedźwiadek”.

Oto pokrótce przedstawione losy gen. Okulickiego po Powstaniu: 26 października zakończył akcję „Burza”, 19 stycznia rozwiązał AK (w celu zapobieżenia represjom stalinowskim - nie pomogło); 27/28 marca 1945 zaproszony wraz z członkami Delegatury Rządu na kraj (przedstawicielami cywilnymi rządu londyńskiego) na rozmowy polityczne; w rzeczywistości wraz z innymi został porwany do Moskwy. Tam w czerwcu 1945 odbył się tzw. Proces Szesnastu (ew. proces przywódców Polskiego Państwa Podziemnego).
Zarzucano aresztowanym następujące winy:

1. Organizację podziemnych oddziałów zbrojnych Armii Krajowej na tyłach Armii Czerwonej (sic! Armia Czerwona wtedy była daleeeeko)
2. Utworzenie podziemnej organizacji wojskowo-politycznej "NIE",
3. Działalność terrorystyczno-dywersyjną i szpiegowską podziemnych oddziałów zbrojnych AK i NIE,
4. Pracę nielegalnych radiostacji nadawczo-odbiorczych na tyłach Armii Czerwonej,
5. Plan przygotowania wystąpienia zbrojnego w bloku z Niemcami przeciwko ZSRR. (!!!)
Skazani otrzymali różne wymiary kary, Okulicki otrzymał najwyższy - 10 lat więzienia (za nieustępliwą postawę).

Reakcja Zachodu? Nie mogę się powstrzymać od cytowania. Ambasador brytyjski:
„nikogo nie skazano na śmierć, oskarżeni mogli się bronić” (i dlatego ocenił pozytywnie!)

Z dopisku do raportu ambasadora brytyjskiego do Londynu:
„Było, jak sądzę, rzeczą konieczną, aby Polakom pokazać raz na zawsze, że (...) ideę orientacji polsko-niemieckiej należy natychmiast wykorzenić, prawdę mówiąc, Rosjanie powinni z całą brutalnością użyć swojej siły.”
Oho. Jak czytelnik mógł zauważyć przez ostatnie dwa miesiące, tacy ludzie jak „Niedźwiadek” to tylko by kolaborowali z Niemcami. Wręcz z pasją i zacięciem. To tak a’propos tej wiary dowódców AK w pomoc brytyjską i odpowiedzialność międzysojuszniczą.

Times z 22 czerwca:
„wyrok nikogo nie powinien dziwić, kto śledził antyradziecką działalność rządu polskiego.”
Prawda? (A może „Prawda”?)

Jak zwykle jednym z niewielu którzy się donieśli krytycznie do ZSRR był George Orwell, który napisał krytyczny komentarz do „Tribune”:
„Polacy zostali oskarżeni o to, że usiłowali zachować niepodległość własnego państwa, jednocześnie przeciwstawiając się narzuconemu ich krajowi marionetkowemu rządowi, jak również o to, że pozostali wierni rządowi w Londynie, który był w tym czasie uznawany przez cały świat, wyjąwszy ZSRR.”

Trzech ze skazanych zmarło w więzieniach, w tym gen. Leopold Okulicki. Oficjalnie (wedle relacji władz ZSRR z 1955r.) zmarł w więzieniu na Łubiance 24 grudnia 1946 „na skutek ataku serca i paraliżu”, a jego zwłoki zostały spalone. 

Zakwestionowali to Adam Bień oraz Antoni Pajdak, także oskarżeni w Procesie Szesnastu, twierdząc iż Leopold Okulicki został zamordowany - obaj bowiem słyszeli jak L. Okulicki  został wyprowadzony z celi nr 62 na egzekucję w Wigilię 1946.
Nie był to pierwszy ani ostatni z żołnierzy polskiej Armii Podziemnej zabitych przez sowieckich czy polskich komunistów w czasach wojny i okresu powojennego. Ale z pewnością jego losy były znamienne i symboliczne.
 
gen. Leopold Okulicki „Niedźwiadek“, po upadku Powstania Warszawskiego dowódca (ostatni) AK.