czwartek, 30 maja 2013

Politpoprawność i pseudotolerancja (1): "Homofobia"

"Zanim jeszcze udali się na spoczynek, mieszkający w Sodomie mężczyźni, młodzi i starzy, ze wszystkich stron miasta, otoczyli dom,
wywołali Lota i rzekli do niego: «Gdzie tu są ci ludzie, którzy przyszli do ciebie tego wieczoru? Wyprowadź ich do nas, abyśmy mogli z nimi poswawolić!»
Lot, który wyszedł do nich do wejścia, zaryglowawszy za sobą drzwi,
rzekł im: «Bracia moi, proszę was, nie dopuszczajcie się tego występku!
Mam dwie córki, które jeszcze nie żyły z mężczyzną, pozwólcie, że je wyprowadzę do was; postąpicie z nimi, jak się wam podoba, bylebyście tym ludziom niczego nie czynili, bo przecież są oni pod moim dachem!» 
Ale oni krzyknęli: «Odejdź precz!» I mówili: «Sam jest tu przybyszem i śmie nami rządzić! Jeszcze gorzej z tobą możemy postąpić niż z nimi!» I rzucili się gwałtownie na tego męża, na Lota, inni zaś przybliżyli się, aby wyważyć drzwi. (...)
A wtedy Pan spuścił na Sodomę i Gomorę deszcz siarki i ognia od Pana <z nieba>.
I tak zniszczył te miasta oraz całą okolicę wraz ze wszystkimi mieszkańcami miast, a także roślinność. "
Biblia Tysiąclecia (Rdz, 4-9, 24-25)

Ten wpis miał się inaczej nazywać. Moją pierwszą myślą było dać jako podtytuł  "Sodomici". Ale jak to trzeźwo zauważył mój kolega, potem przylgnie do mnie smród od inkwizycji tolerancyjnej (dla niepoznaki nazywanej Kampanią Przeciwko Homofobii) i będą mnie nękać po wsze czasy...
Zresztą, dobrze że mogę to zauważyć już na wstępie. W ramach wylewania żółci na kolejne problemy swego świata, wylewam ją niniejszym na tak zwaną "tolerancję". Na tak zwaną "polityczną poprawność". Na to, że jak kogoś biblijnie nazwę sodomitą, to jeden na mnie wrzaśnie, że jestem homofobem, drugi powie że Biblia jest homofobiczna i trzeba wszystkie spalić, a trzeci powie że się mylę, bo tak naprawdę w Sodomie to mieszkali sami księża katoliccy-pedofile (i gorzej) i to na nich zesłano ogień, a nie na kogokolwiek innego, broń nas Leninie.

W tym momencie wstępu z góry dziękuję wszystkim których krew zalewa, a nadal mnie czytają. Wiem, Szanowni a Czcigodni, że Wam (niektórym z czytelników) obrazują się w głowach inwektywy. Że jestem nietolerancyjny. Że jestem moherem. Że jestem konserwatystą...! Tfu! Konserwą! Że jestem homofobem. Faszystą! Nazistą! Teistą! Mięsożercą! I tak dalej.
No cóż. Wszystko zależy od definicji. Ale chciałbym żebyście jednak się uspokoili i spróbowali przeczytać ten wpis spokojnie, "tolerancyjnie".

Homoseksualizm na przestrzeni wieków: w poszukiwaniu tolerancji
Jak zawsze, najpierw subiektywny wstęp historyczny

Początki zjawiska pociągu do siebie osób tej samej płci nikną w ciemności Prehistorii. Co prawda archeologowie nie odnaleźli jakoś dowodów na kulty homoseksualne czy oznaki chwalenia się aktami homoseksualnymi w zamierzchłej przeszłości... Uprzedzając jednak pytania: kulty płodności istniały już baaardzo dawno temu, żeby wspomnieć tzw. Wenus z Willendorfu, a dowodem na akty heteroseksualne jesteśmy my, populacja całej Ziemi zusammen do kupy. Nas jednak nie interesuje życie intymne przodków, a ich podejście do pewnych zjawisk, wiec w poszukiwaniu  braku dowodów przejdźmy parę tysiącleci...
 
"Wenus z Willendorfu" - przykład kultu płodności
 
... i przejdźmy do kultur basenu Morza Śródziemnego, bo to na nich jest podbudowana cywilizacja tzw. Zachodu. Więc pierwsze poważne wzmianki o podejściu do homoseksualistów napotykamy w czasach Starożytnej Grecji. Homoseksualizm był w świecie antycznym, nie ukrywajmy, powszechny. I dość luksusowy (biedacy nie mogli sobie pozwolić na fanaberie filozofów); co prawda istniał pogląd, że prawdziwa "więź" może zaistnieć tylko między dwoma mężczyznami, młodszym ("uczniem") i starszym ("mentorem"), ale i tak prawie każdy posiadał żonę, w celu przedłużenia rodu i zaistnienia nowych małych greków. Ówczesny charakter homoseksualizmu męskiego jednocześnie przejawiał się niezbyt pozytywnym stosunkiem do kobiet, uważanych za gorsze - właśnie z uwagi na pogląd o "wyższości" męskiego rozumu kobiety z definicji nadawały się tylko do rodzenia dzieci i siedzenia w kuchni, przez co na sympozja kobiety nie miały wstępu... poza, oczywiście, heterami (tzn. kobietami lekkich obyczajów). Kult męskiego ducha sprawiał też, że częstokroć zawodowi wojownicy, jak np. hoplici Tebańskiego "Świętego Hufca" utrzymywali stosunki nie tylko towarzyskie, ale i homoseksualne, co sprzyjało nawiązywaniu braterstwa broni... przy czym i tak posiadali (słowo celowe) żony mające w życiu cele dostępne wyłącznie dla miałkich kobiet.
Oczywiście, sytuacja ta powodowała też rozwój związków lesbijskich - których nazwa nota bene bierze się od poetki Safony, która zamieszkiwała na wyspie Lesbos. Związki takie zazwyczaj nawiązywały się jednak za młodu, między pannami, których ojcowie z pewnością między palcami patrzyli na podobne igraszki, które były dla nich znacznie bezpieczniejsze niż podobne znajomości jakie mogłyby panny nawiązywać z młodzieńcami... podkreślam, że lesbijkami bywały raczej kobiety młode, ponieważ w wieku starszym tylko mężczyźni takowe związki utrzymywali w  sposób mało skrępowany, a kobieta, jako niższa istota miała słuchać domowego tyr... szefa i pilnować kuchni gdy ten idzie na "sympozjon filozofów" albo do heter.

No. I tak wyglądała tolerancja wobec związków homoseksualnych w Starożytnej Grecji: płynęła z rozdziału społeczeństwa. U innych nacji stosunki homoseksualne były mniej powszechne (tam nie było ideologii) i spotykały się czasem z ograniczonym prześladowaniem - na przykład ortodoksyjny Judaizm (w starożytności był to jedyny judaizm) traktuje seks analny jako złamanie jednej z 613 micw, czyli przepisów religijnych. Jest to pewna różnica wobec greckiej gloryfikacji, ale to w końcu byli pogardzani w świecie hellenistycznym Judejczycy, którzy żonom nawet z kuchni pozwalali wychodzić i odbywać podróże (patrz: rola kobiet w Biblii. Maryja mogła odbyć - sama! - odległą podróż do swojej krewnej Elżbiety).
Żydzi byli dziwni, nie to co patriarchalne hellenistyczne społeczności... zaraz, Wam na historii mówili, że Grecy byli tolerancyjni i postępowi i tak dalej? Ludzie! To że wymyślili że Najwyższa Rasa Panów (Helleni płci męskiej) może rządzić się demokratycznie, nie oznacza że byli tolerancyjni...

Po przykładzie greckim, lecimy do Starożytnego Rzymu i jego podejścia. A było ono (mówimy o czasach Wczesnego Cesarstwa) pewnym fenomenem. Wyobraźcie sobie, że tam nie tylko przyjęto model grecki, ale wyrzucono z niego ideę kobiety przy garach! Skok umysłowy! Oczywiście, prawdziwi Rzymianie uważali poświęcanie całości swych, ekhm, sił, na kochanków za groźną degenerację, ale i tak było wesoło. Może nie wspominajmy o degeneratach, jak cesarz Tyberiusz (lubił zarówno chłopców jak i dziewczęta. Ale tylko w młodym wieku) czy Kaligula (który z kolei gwałcił i mężatki i panny i "młodzieńców szlachetnych rodów", jak podaje m.in. Swetoniusz), ale mówiąc o rzędzie moich ulubionych Cesarzy... Spośród tzw. Pięciu Dobrych Cesarzy (dynastia Antoninów), kolejni: Trajan, Hadrian i Antoninus Pius mieli zamiłowania do chłopców. A po nich był Marek Aureliusz, który nie miał takich zamiłowań. I jak to się skończyło? Po kolei, każdy z Pięciu Dobrych cesarzy był adoptowany (każdy z nich miał żonę - taki Trajan i żona jego, Marcia Furnilia tworzyli "wzorcowe" stadło. Choć, ciekawe, bezdzietne), tylko że Marek Antoniusz już miał syna, Kommodusa. I Kommodus już żadnym "dobrym" cesarzem" nie był, bo był idiotą.
Trzeba przyznać, że cesarz o skłonnościach homoseksualnych ułatwia wybór następcy poprzez adopcję i wybór na władcę kogoś nie będącego kretynem. No ale cóż, o systemach sprawowania rządów będę pisal później. A o czym to ja...
 
Antinous, młody kochanek cesarza Hadriana, po śmierci deifikowany.

... A! Więc w Rzymie I i II wieku n.e. przykład szedł z góry. Cesarz Trajan lubił młodych chłopców, zaś cesarz Hadrian miał kochanka, Antinousa, młodszego odeń około 30 lat, co to zmarł w wieku kilkunastu lat utonąwszy w Nilu, a Hadrian w rozpaczy przeprowadził jegoż deifikację (kul Antoninousa przetrwał kilka wieków). W obliczu takiego przykładu trudno się dziwić, że i wśród warstw wyższych zapanowała moda na młodych kochanków, bowiem
"chłopcy dostarczają spokojnej rozkoszy, która nie porusza duszy, podczas gdy namiętność do kobiety pogrąża wolnego mężczyznę w przykrym niewolnictwie."
Chłopców tych do pasywnych roli homoseksualnych przystosowywano od 7 roku życia (sic!). Trzeba powiedzieć, że już w dawniejszych czasach uważano w społeczeństwie tylko pasywny homoseksualizm za hańbiący (Juliuszowi Cezarowi stawiano w zarzut, że pewien czas "był kobietą"... Gajusz Juliusz Cezar był wtedy młody i robił karierę, bo to było z samym królem Pergamonu. Dlatego też opinia publiczna mu wybaczyła), a aktywny już nie. Co nie zmienia faktu, że w kontekście ani moich, ani dzisiejszych definicji tolerancji nie można tego nazwać tolerancją; a późny rozwój tego modelu, już po wczesnym to była raczej dekadencja, a nie cywilizacja.
Z drugiej strony patrząc, kobiety od początku miały niewątpliwie lepiej. Kobieta miała znacznie większą swobodę niż w Grecji (choć stosunki heteroseksualne pozamałżeńskie i dla mężczyzn i dla kobiet były karalne z ustaw o publicznej moralności. Przykładową - łagodną - karą było nakazanie kobiecie dożywotnie ubierania się w stroje zarezerwowane obyczajami dla prostytutek). Kobieta mogła posiadać majątek i nim rozporządzać (w każdym wypadku, własnym posagiem; wdowy, całym majątkiem, zwłaszcza bezdzietne). Kobiety mogły samotnie podróżować. Mogły chodzić na uczty (w Grecji, jak pamiętamy, tylko hetery). Mogły chodzić do łaźni - były osobne sale lub osobne dni obsługi. Mogły... wiele mogły. Słowem: korzyści! 
Mogły też do woli uprawiać miłość lesbijską, nie zakazywaną ustawami cesarzy, którzy desperacko walczyli o moralność publiczną.

"Nie nazywaj mnie "Panem". Jestem Panią..."
Cesarz Heliogabal(204-222)
No cóż. Fakt, w Rzymie Cesarskim była pewna tolerancja. Nierównomiernie rozłożona, ale już było lepiej niż w Grecji. Ale doprowadziło to do, smutna sprawa, degeneracji. Przykładowo cesarz Heliogabal, który większą część swojego krótkiego życia słuchał najpierw mamy, a potem babci, w życiu prywatnym wykazywał pewne ekstrema dziwne nawet dla najbardziej dekadenckich rzymian, bo obciął sobie narządy rodne, sprowadził do siebie sławnego gladiatora i żył z nim. Jak żona z mężem.
Nie wpłynęło to dodatnio na opinię publiczną i szybko spowodowało utratę szacunku wobec neigo i utratę władzy.

A potem rzymską "tolerancję" (dekadencję) zmiotło chrześcijaństwo. Był to pierwszy przykład tego, co może zrobić religia niezbyt pozytywnie podchodząca do nadmiernie eksponowanego homoseksualizmu. Cóż, bo co czytelnik musi wiedzieć... to wszystko co pisałem o rzymskiej "tolerancji" dotyczyło prawie wyłączenie wielkich panów. Latyfundystów. Patrycjuszy. Cesarzy. A biedota to powiedzmy, do tych wynalazków tak nie bardzo pozytywnie podchodziła. Rzekłbym, że negatywnie. Jak i do całej reszty rzymskiej dekadencji. To i dekadencja poooszła, a wraz z nią tolerancja. I zniknęła z widoku publicznego.

Bo potem nastały okrutne, złe czasy chrześcijaństwa w Europie. Cóż, zgodnie z wykładnią tradycyjną wymienionego na początku tegoż wpisu cytatu ze Starego Testamentu, homoseksualizm był karalny. Oczywiście, różnie - wedle obecnej homopropagandy był to przede wszystkim stos, ale gdyby była to prawda, w czasie Średniowiecza na stosach by spalono więcej homoseksualistów niż heretyków... co jest bzdurą totalną. Bo z tą "karą" to różnie bywało.
Przykłady.
Karol Wielki dowiedział się ze zdziwieniem o tym, że istnieje ktoś tacy jak homoseksualiści (po usłużnym donosie na jednego z możnych). 
W 1051 Piotr Damani opisał oficjalnie a szeroko akty homoseksualne jakie mają meijsce w społeczeństwie włoskim i prosił papieża o wykluczenie z Kościoła osób dopuszczających się praktyk homoseksualnych. Papież Leon IX odmówił.
W 1102 synod biskupi Anglii wpisał na listę zakazanych praktyk homoseksualizm. ówczesny arcybiskup Canterbury, św. Anzelm (z pewnością homoseksualistą nie będący) wniósł o niepublikowanie tej "uaktualnionej" listy, z uwagi na szerokie istnienie praktyk homoseksualnych i niewiedzę duszyczek.
Kiedy w XIII wieku nadeszły reformy gregoriańskie, najczęściej "sodomici" będący księżmi byli propagatorami tych reform. Włącznie z zachowywaniem wstrzemięźliwości seksualnej (czyli pomimo skłonności).
Trzeba też powiedzieć, że szeroko rozpowszechnione były obyczaje takie jak dzielenie przez mężczyzn (nie mówiąc o kobietach ) łoża (!), czy powitanie dwóch żonatych panów, rycerzy, przez... pocałunek. Nie, nie w policzek, jak Breżniew z Honeckerem, ale w usta.

Konkretnie o tym, co tam w łóżkach panowie robili, albo poezji opisującej stosunki - nie było. Ale to po prostu znaczy, że homoseksualiści nie robili parad równości po ulicach, by im dano prawa, tylko je mieli (nieformalnie). Bez ostentacji. I nikt nikomu pod kołdrę nie zaglądał, póki z tego nie było nieślubnych dzieci - a jak wiemy, z homoseksualnych stosunków dzieci to tak nie bałdzo. 

Przypadki "prześladowań"... taaak, coś się znajdzie. Król Anglii Edward II miał często "faworytów", którym ulegał (pięknych dorodnych młodzieńców), którzy w późnym okresie jego panowania znacząco wpływali na jego rządy, jak Hugon Despenser młodszy (stręczony zresztą władcy przez ojca, Hugona Despensera Młodszego). Kiedy Edward II został obalony przez zbuntowanych baronów i... swoją żonę Izabelę (i jej kochanka Mortimera), czy to oznacza, że był nieudolnym władcą, którym manipulowano, czy oznacza że baronowie byli nietolerancyjni? A może Francja wsparła ten zamach stanu dlatego bo królowa (będąca siostrą króla Francji) była odsuwana, gardzono nią i na dworze publicznie ośmieszano, czy dlatego bo Francja była "nietolerancyjna"?
Ja tam się przychylam jednak do tego, że to było polityczne. No, najwyżej zemsta wzgardzonej kobiety... Tak samo jak kaźń Hugon Despensera Młodszego, którego wykastrowano a przedtem poćwiartowano (według niektórych królowa Izabela musiała patrzeć na tą kaźń z wypiekami na twarzy).

Na temat roli kobiet w średniowieczu, niech wystarczy  powyższy przykład "Wilczycy z Francji", Izabeli. Jak chciały, to mogły baaardzo dużo. Nie to co w Starożytnej Grecji.
 
Izabela Francuska, zwana też "Wilczycą z Francji". Taka niepozorna, a obaliła męża.
 
Stosy wobec homoseksualistów, drodzy czytelnicy, zaczęły się szeroko wraz z końcem "ciemnych wieków średniowiecza" i rozpoczęciem się Renesansu. Głównie z uwagi na Reformację. Takie coś, po czym powstał protestantyzm, a potem kalwinizm, co spowodowało reformę Kościoła Katolickiego, tak żeby mógł być bardziej twardy społecznie i wobec wszystkich warstw. Trzeba tutaj powiedzieć, że zarówno protestanci jak i kalwini mieli katolikom za złe, że za słabo się rozprawiają z "niemoralnością" homoseksualną i przebijali najlepsze starania Inkwizycji i podobnych ilościowo i jakościowo. Z paleniem czarownic zresztą też przodowali.
Kościół katolicki, owszem, był wówczas zdegenerowany (przeczytanie czegokolwiek życiu osobistym papieży z pierwszego półwiecza XVI wieku może budzić tylko absmak), ale szybko zabral się za nadrabianie zaległości by dorównać luteranom i kalwinom.

Cały problem z tym jest tylko taki, że gdy w epoce Oświecenia i później zaczęto szukać Wielkiego Wroga Postępu, to Kościół Katolicki był jak znalazł. Luterańskie i kalwińskie wspólnoty nie są tak zjednoczone jak katolickie, przez co moloch Kościoła można było glancko atakować i oskarżać o wszelkie zło w dziejach ludzkości, wszelkie stosy, mordy i klęski, szkoda że nie o dżumę ospę i cholerę (przyjdzie na to pora).

Analizę historii podejścia do homoseksualistów zakończmy tym, że pozytywne podejście do homoseksualistów jest czymś stosunkowo nowym, zwłaszcza w podejściu socjalistycznej lewicy. Nazizm  (Narodowy-socjalizm) homoseksualizm karał wysyłką do obozu koncentracyjnego, gdzie homoseksualiści mieli nawet osobny kolor pasiaka; w ZSRR homoseksualiści bywali raczej karani GUŁagiem lub więzieniem (Homoseksualizm mógł być oficjalnym powodem wysłania do łagru). Oczywiście, naczelnym powodem niechęci do homoseksualistów był fakt, że ze związku dwóch panów tudzież dwóch pań nie ma dzieci, co dawało mniej żołnierzy mogących walczyć za aryjską rasę/wolność ludu pracującego miast i wsi.

Od kilkudziesięciu zaś lat na sztandarach ruchów lewicowych - ale zachodnich, nie w dawnej ojczyźnie socjalizmu - są prawa "prześladowanej mniejszości homoseksualnej". Faktem jest, że od XIX wieku do połowy XX wieku przetrwały prawa anty-homoseksualne i obyczaje, które spowodowały że samobójczą śmiercią zmarły takie umysły jak Czajkowski albo Turing (przypomnijmy, że zwyczaje te i prawa powstały w wyniku rewolucji moralno-społecznej po mrocznych wiekach Średniowiecza). Od tego czasu ruchy walczące o tolerancję żądąją "tolerancji" w znaczeniu coraz szerszym... ale to później.

Na razie może: po co był ten cały wstęp?
Po pierwsze, by wybić z głowy szanownego Czytelnika parę bzdur dotyczących Starożytności, Średniowiecza i Nowożytności. To znaczy stereotypów, jakimi karmią nas mass-merdia, że jedno świetne, a drugie beznadziejnie ciemne i nietolerancyjne iście przysłowiowo. Pięknie i dźwięcznie brzmią te stereotypy, szkoda tylko że to Renesansowo-Oświeceniowa propaganda.
Po drugie, zbudowanie obrazu sytuacji osób homoseksualnych w dziejach miało dać pewien kontekst na temat istniejącej obecnie sytuacji.
(Choć ta chęć wbicia szpili wszystkim piewcom greckiej wolności i Mroków Średniowiecza grała tu główną rolę, nie ukrywam...)


Homofob - któż jest zacz? 
Definicja LGBT

Homofobia to w ustach "bojowników o tolerancję" ostatnio coraz bardziej modne słowo, można powiedzieć nawet: słowo klucz. Co mówią o tym owi bojownicy?
- "irracjonalny lęk o podłożu socjalnym i religijnym" (Georg Weinberg, twórca tegoż słowa)
-"przekonanie, że heteroseksualizm jest jedyną akceptowalną orientacją seksualną oraz jako strach i nienawiść do osób homoseksualnych" (Warren J. Blumenfeld)
-"nieuzasadniony lęk i niechęć wobec homoseksualizmu oraz osób homoseksualnych, biseksualnych i transseksualnych, oparte na uprzedzeniach podobnie jak rasizm, ksenofobia, antysemityzm i seksizm." (Parlament Europejski. Tak, też się tym zajęli! I to już w 2006 roku).
Dodatkowo, niektórzy działacze tzw. LGBT (Lesbians, Gays, Bisexuals, Transgenders) postulują by zaliczyć homofobię do chorób, względnie do zaburzeń psychiatrycznych. 

Homofobem wedle tej definicji jest człowiek który się boi homoseksualistów. Albo jest niechętny. Na podłożu religijnym lub socjalnym.
Lęk. Niechęć. A nie działanie.
Wyartykułowanie tego jest już w 12 krajach UE "Mową Nienawiści". Co więcej, w UE to ma być standardem, do którego dążą eurokraci.

Oznacza to że każdy, kto zgodnie ze swoją wiarą uważa że homoseksualizm np jest grzechem, można uznać to za Mowę Nienawiści wedle tych definicji homofobii. Na tej podstawie w Szwecji zamknięto kilka szkół prowadzonych przez luteran, w których, jak inspektor spytał o stosunek do homoseksualizmu, dyrektor otwarcie powiedział "według Biblii jest to grzechem". 

Wszystko jasne.
Idę sobie ulicą, zobaczę całującą się parę homoseksualną i skrzywię się z niesmakiem - jestem homofobem!
A może idąc tym tropem, to jak pójdę ulicą i obejrzę się za ładną kobietą, to jestem "potencjalnym gwałcicielem"? 
Albo lepiej: idąc ulicą zobaczę brzydką kobietę i się skrzywię. I to będzie zaburzeniem! Nie wiem, foedatofobią (foedatis - brzydota)? Może to też będzie karane? Ludzie powinni się uśmiechać na swój widok, być szczęśliwi i kochać się, a nie krzywić! Wymuśmy to prawnie, czemu nie!

Według wielu obrońców "wolności", wolność moja kończy się w momencie gdy ja naruszam wolność Czyjąś.
Owszem, przyznam, palenie na stosie albo chłostanie pokrzywami (kara prawosławna) homoseksualistów niewątpliwie naruszało ich wolność. 
Ale karanie mnie grzywnami za powiedzenie (hipotetyczne) "sodomia, rozumiana jako stosunek homoseksualny, jest według mnie grzechem, czyli czymś złym"  również oznacza naruszenie mojej wolności.

Tolerancja - moja definicja

Problem z całym tym ambarasem jest taki, że obecna definicja "tolerancji" jest rażąco jednostronna. Tolerancja, jak odnoszę mniemanie czytając/słuchając/oglądając niektóre wykwity społeczne, staje się ostatnio sztandarem i płaszczykiem mającym okrywać tylko jedną stronę dyskusji. Człowiek, który przykładowo, mówi że wedle niego osoby tej samej płci nie powinny móc zawierać małżeństw bo... i już argumentów nie może wymienić, bo go zakrzyczą że nietolerancyjny. A jak ktoś po drugiej stronie barykady spali Biblię, to jest jego "wyraz ekspresji artystycznej", a nieoficjalnie dziki chichot przedstawicieli lewicy, którzy chętnie patrzą na tolerancję jednobiegunową.
"Tolerancja" według LGBT to jest bicie czołem pokłonów wobec homoseksualistów. No bo wieki krzywd i tak dalej, trzeba im wynagrodzić. A jak jesteś przeciwko, jak cokolwiek powiesz przeciw - to jestes homofobem!
To zresztą podobnie jak z antysemityzmem, przy którym jest tak, że jak dawniej antysemitą byl ten, kto nienawidził Żydów, to teraz antysemitą jest ten którego Żydzi nie lubią. Fakt, że może ich lubić, ale się nie zgadzać z ich polityką nie ma nic do rzeczy, no parasan!

Czym więc jest "tolerancja"? Dla mnie tolerancja się wywodzi od TOLEROWANIA.
Toleruję. To znaczy, jeśli idę ulicą i hipotetycznie rzecz ujmując mam ochotę przywalić w czyjś łeb - dlatego bo jest durniem, bo podejrzewam że jest kłamcą, bo nie lubię go jako człowieka - to się powstrzymuję, zaciskam zęby idę dalej. Jak widzę homoseksualistów ściskających się na ulicy, to najwyżej odwrócę wzrok. Jak zobaczę gejowską reklamę porno, to zwymiotuję, ale to nie będzie demonstracja homofobii, tylko zniesmaczenie sięgające, że tak powiem, głębi trzewiów.

Tolerancja nie oznacza, że wszyscy się kochają, klepią się po główkach, i "wszyscy ludzie będą braćmi" i srelele-lele, srutu-tutu, bo to jest niemożliwe. Po prostu. Jeśli społeczeństwo jest różnorodne, to muszą być podziały. Albo jednolite-albo różnorodne. Tolerancja jest jeśli strony wspólnej klatki na siebie warczą, a nie się gryzą.
I to chyba tyle na temat tolerancji.

Problem z politpoprawnością w kontekście sodomitów
Zapis celowy. Sprawdzam, czy tylko warczycie, czy już piszecie na mnie donos.
Cóż, ja mam swoje poglądy jasne, wyrażone i wyargumentowane. Pytanie tutaj, czemu nie zgadzam się więc by sodomici mogli zawierać związki małżeńskie, adoptować dzieci i tak dalej, skoro nie mam najmniejszych ambicji zaglądać im do alkowy i patrzyć co porabiają po domach (bo to mnie brzydzi), skoro to toleruję?

Więc, problem jest (stosunkowo) prosty. Abstrahując od religii - nigdy dobrym katolikiem nie byłem, więc motywacji religijnych celowo tu nie użyję - problem jest w tym, po co jest małżeństwo. Po co małżeństwo ma ulgi prorodzinne? Po co małżeństwo ma pewne ułatwienia prawne, niezależne od posiadania dzieci?
Dlatego, bo celem małżeństwa jest potomstwo. Mówiąc wprost, by państwo miało nowych podatników, a ZUS nowych płatników do skarbca emerytur. Trzeba pamiętać, że państwo się rozwija, gdy obywateli jest coraz więcej, a nie coraz mniej; emerytury są wypłacane ze składek które wpłaca obecne pokolenie, więc by je wypłacić też trzeba nowych płatników (abstrahuję od sensowności bezsensownych emerytur: jaki system mamy, taki mamy, a nikt się nie kwapi by go zmieniać; analizuję sytuację więc na tym, co mamy).
I dlatego małżeństwo ma pewne przywileje. Małżeństwo ma pewną pozycję społeczna i (według niektórych przynajmniej) prestiż. Przywileje nadane związkowi dwojga ludzi tej samej płci się deprecjonują. Przywilej, który ma większość społeczeństwa, już nie jest przywilejem, ale normą; przywileje mają nakłaniać do wstępowania w związki małżeńskie i pomnażanie potomstwa, a nie mają być dostępne dla wszystkich.

Owszem, w  tym modelu małżeństwa bezdzietne nie powinny mieć przywilejów. Ale heteroseksualne małżeństwa bezdzietne mają wedle mojej opinii większą szanse na zajście zjawiska zwanego ciążą niż podobne małżeństwa homoseksualne.
Owszem pewną opcją jest adopcja. Ale tutaj są istotne kontrowersje na temat tego, czy związek dwojga ludzi tej samej płci jest dla dziecka krzywdzący. Mi w tej kwestii ciężko wyważyć opinię, bo zarówno LGBT mówi że "badania dowodzą...", a z drugiej strony ludzie przeciwni takowym adopcją mówią "badania dowodzą...". Oczywiście, LGBT mówią że badania drugiej strony są "homofobiczne i nienaukowe" a druga strona dowodzi, że badania sponsorowane przez LGBT są robione tak, by uzyskać satysfakcjonujący ich wynik, zgodny ze z góry założony tezami. 
Osobiście żywię do ruchów nacechowany lewicowo pewną niechęć, może wyrażającą się tym że eksperymenty socjalistyczne zazwyczaj przynoszą złe owoce (i szczerze mi żal ludzi z LGBT, że mają takich orędowników), dlatego bym sie przychylił do tez prawicowych. Ale gdyby pominąć moje preferencje i przyjąć, że nie można na chwilę obecną rzetelnie przyjąć która strona ma rację (argument że jedną ze stron popiera Parlament Europejski to argument za czy przeciw...?), więc przyjmijmy: nie można stwierdzić kto ma rację!
I co wtedy nam zostaje? System wychowywania dzieci w tradycyjnej rodzinie, który się sprawdził (jakby nie patrzeć, na przestrzeni tysiącleci) i system eksperymentalny, z badaniami nie rozstrzygającymi korzyści.
Fakt, że system dotychczasowy działał, wedle mnie wystarczy by na szeroką skalę go stosować.

A pełna akceptacja adopcji homoseksualnych z całym pakietem "mowy nienawiści" da nam Wielką Brytanię, gdzie rodziny chrześcijańskie (deklarujące uważanie sodomii za grzech) nie mogą adoptować dzieci. Mowa nienawiści, sorry.

Czemu według mnie więc są na siłę forsowane rozwiązania LGBT? Jak we Francji, Szwecji czy Wielkiej Brytanii?  Ciężkie pytanie. Bo przy sprawie takiego kalibru, która działa na naszą cywilizację siłą próbując przekierować nasze rozumowanie z tolerancji na "tolerancję" i z poprawności na "poprawność polityczną", to są dwa warianty; albo jest to czystej wody głupota, albo sprytny spisek - innych możliwości nie ma.
Cóż. Z pewnością głupota nie jest klasom politycznym obca, ale już jedno spojrzenie na to, ile podatków obciąża różne rzeczy na raz może nam uzmysłowić, że powolne a niewątpliwie niecne intrygi nie są im tez obce.

***
Myślę, że "naprawianie" czegoś tak delikatnego jak społeczeństwo, na siłę, na przekór tradycji i obyczajom, jest na obecną chwilę bardzo niewskazane. Pamiętacie jeszcze wstęp historyczny? Chrześcijaństwo, młoda religia, miało podejście istotnie negatywne do praktyk "tolerancyjnych", jakie sie wytworzyły w rzymskim społeczeństwie. Rzym, dekadencki, upadł. podkopania jego wartości przez chrześcijaństwo nie sposób przeceniać, a silniejsze kultury wypierają słabsze...
A popatrzmy sobie na obecną Europę. Mamy islam. Dobrowolnie przyciągnięty do Europy. Albo bardzo silny u granic. On jest spójny kulturowo i z pewnością dla wielu ludzi może być atrakcyjny (tak jak jest atrakcyjny w USA, zwłaszcza w stanach południa). Jeśli wyrzucimy do ostatka tradycyjne społeczeństwo i zamiast niego będziemy (mówię, jak cywilizacja, nacja, kultura) nadal forsować rozwiązania politpoprawności, to powstanie próżnia kulturowa, w którą wejdzie islam; nie byłby to jedyny taki przypadek. Podczas upadku Cesarstwa Zachodniorzymskiego notable częstokroć przechodzili na stronę barbarzyńców, którzy dopiero tworzyli cywilizację, odcinając się od degenracji.
A jak nawet islam nie wejdzie w próżnie kulturowa, to materialną. Polityka LGBT, która postuluje brak odpowiedzialności za cokolwiek i przywileje dla mniejszości (za to że są mniejszością) powoduje wyludnianie się krajów, na przykład naszego. Może Islam nie będzie musiał nas podbijać? Ani na szeroką skalę nawracać kulturowo?
Może muzułmanie po prostu wejdą na puszcze, jakie porosną nasze wymarłe kraje, wywieszają na latarniach ostatnich sodomitów, "Ludy Księgi" obłożą podatkami i tyle tego będzie?

Ale o Islamie napiszę później. Już niedługo...

Tymczasem proszę czytelnika o zadanie sobie pytania: czym jest tolerancja? I czy stosuję ją w tej definicji wobec wszystkich, czy wybiórczo?
I gdzie nas zaprowadzi ta ścieżka tolerancji?

"Nie będę spacerował z postępowymi małpami, wyprostowany i mądry po promenadzie, która wprost do przepaści prowadzi."
John Ronald Reuel Tolkien (1892–1973)

 
To Gruzińska reakcja na pierwszą "Paradę Równości", jaka miala się odbyć w Tibilisi, stolicy Gruzji. Pierwszy szereg to popi (prawosławni duchowni), dalej - inni demonstranci. Po drugiej stronie było wedle relacji "kilkadziesiąt osób". Warto dodać, że cześć kontrdemonstrujących miała w rękach pokrzywy, stosowane do tradycyjnych prawosławnych kar za grzech sodomii. Nie, nie wiem na czym stosowanych.
 
 Z drugiej strony, Islam każe gejów śmiercią za to, co dokonują w sypialni. Na zdjęciu: egzekucja dwójki homoseksualistów przyłapanych w łóżku, Iran. W innych krajach (Arabia Saudyjska) wciąż popularne jest też efektowne ścięcie szablą.

sobota, 25 maja 2013

Leniwe marzenia i pobożne życzenia, czyli: Czemu nie jestem pacyfistą?

"Historia jest pełna wojen, o których każdy wiedział, że nie wybuchną."
John Enoch Powell (1912-1998), brytyjski polityk.

Jestem na krawędzi swojej zdrowotności. Poważnie! Przez prawie miesiąc starałem się unikać co bardziej głupich tez powodujących jeszcze głupsze pomysły, jakimi raczą nas różnej maści politycy, entuzjaści głupoty czy nieumiejętnie udające obiektywizm merdia. Niestety, ilość głupoty jaka się przesączyła przez moje filtry przekroczyła wszelkie progi krytyczne i czuję się zmuszony z nią walczyć.
Głupota ta, która powoduje załamanie mojego zdrowia z powodu skoków ciśnienia i ryzyka zawału w młodym wieku, dotyczy przede wszystkim trzech spraw: Islamu (i polityki wobec niego), pacyfizmu i tzw. teorii gender (oraz płynącej z niej "tolerancji"). Wszystkie te sprawy są połączone wspólną polityką jaką wpajają nam mass-merdia, czyli środki społecznego ogłupienia, jaką forsują nam politycy, jaką wreszcie popiera szeroka (zbyt szeroka, jak na mój gust) część społeczeństwa.
Żeby uporać się z problemami zdrowotnymi, zamierzam po kolei wylać żółć z siebie, pisząc o nich.
Ten wpis poświęcam pacyfizmowi, rozumianemu jako pogląd
"W obecnych czasach wojna to przeżytek (blebleble, pitu pitu) jesteśmy w NATO, NATO nas ochroni, NATO radzi, NATO nigdy nas nie zdradzi".

Jak zwykle, trzeba od czegoś zacząć; zacznę więc od początku.

***

Krótka historia człowieka z punktu widzenia militariów
Jest to moja wersja historii człowieka. Uproszczenia są celowe: w szkole też nie zaczyna się lekcji fizyki od opowiadania o kwantach i kwarkach.

Historia ludzkich militariów zaczyna się w czasach praludzkich, gdy małpy człekokształtne zamiast używać wyłącznie zębów i pazurów, wpadły na genialny pomysł, by rozłupywać kości kamieniami, a czaszki maczugami. Trzeba jednak wiedzieć, że od początku proceder ten skierowany był bardziej w stronę innych małp człekokształtnych, którym rozbijano czerepy przy użyciu kości udowych antylopy, by potem te czerepy zjadać. Tak, nasi przodkowie byli kanibalami. Jeśli ktoś nie pamięta, co oznacza słowo "wszystkożerny", niech sobie teraz to uzmysłowi z pełną mocą. Warto też wiedzieć, że współczesne nam szympansy też z radością piorą się po czerepach, a  zwycięskie stado włącza część drugie stada, a część zjada: a zjada, konkretniej, małe szympansiątka (młode mięso jest smaczniejsze); można się domyślać, że nasi przodkowie mieli podobne zamiłowania kulinarne i wzbogacali dietę osobnikami z innych stad, w tym młodymi.
I to był początek konfliktów zbrojnych.
Nasi przodkowie jednak po pewnym czasie odeszli od kanibalizmu. Granica jest stosunkowo płynna, ale nastąpiło przejście z zasobu ludzkiego w wymiarze bardzo materialnym, na wojny o terytoria łowieckie. Po nastaniu neolitu - również o dobre pola uprawne, o zapasy (rolnicy gromadzili i gromadzą wciąż zapasy - a myśliwi pod tym względem są bardziej żyjący z dnia na dzień, co w wypadku ataku na rolników dawało szanse na większe zyski. Zwłaszcza że myśliwy ze swej natury lepiej pierze po gębie niż rolnik).
Potem, gdy rolnicy zaczęli się gromadzić w kupach i tworzyć cywilizacje, coby im myśliwi wszystkiego nie zeżarli, łebscy władcy co silniejszych grup rolników wpadli na genialny pomysł, by się wzbogacić kosztem sąsiednich grup rolników - czy to łupiąc bezpośrednio, czy to zajmując ich tereny. Niektórym to zajęcie tak się spodobało, że na stałe zajęli się zawodowym rozłupywaniem czaszek i łupieniem; względnie chronieniem przed takimi zawodowcami.
Tymczasem inni, nie mniej łebscy myśliwi i rolnicy, którzy jeszcze tak nie bardzo byli z cywilizacją po drodze, zazdrościli bogactwa tym bardziej cywilizowanym. Co prawda my, w  XXI wieku wiemy już że zazdrość częścią Ciemnej Strony Mocy jest, ale i tak nie możemy sie powstrzymać - a co dopiero oni? I też wpadali na genialne pomysły - mianowicie wchodziło takie mniej cywilizowane, ale za to lepiej walące po czaszkach plemię, sprzątało kastę wojowników i zarządców - kilku z ich ewentualnie zostawiając, jeśli byli sprytni i stosowali legitymizm władzy, żeby poddani czuli się mniej obco, harując na polach - resztę zasadniczo zostawiając po staremu. Klasycznym przykładem takiego podejścia jest Mezopotamia, która pierwsza doświadczyła najazdów obcych najeźdźców, którzy dopiero jak się wygodnie rozsiedli na tronach, zabierali się za modyfikacje praw i obyczajów - no ale wtedy już sami byli "obrońcami", a nie gapiącymi się z rozdziawioną gębą barbarzyńcami, co to nie mogli się napatrzeć widząc kanały, pola i zigguraty...
... zresztą Egipt tak od I tysiąclecia też tak miał: każdy kolejny najeźdźca, czy to Pers, Grek, Rzymianin czy Arab, tylko najwyżej lekko podnosił podatki. Do czasu nadejścia chrześcijaństwa to po prostu zmieniano faraona, później władca już nie był Bogiem a tylko jego żyjącym namiestnikiem (czy to Rzym, czy Kalifaty...), a niech fellachowie [egipscy chłopi] sobie pracują, coby ten tam rządzący mógł sobie postawić piramidę, kanał, albo poprowadził wspaniałą wojenkę gdzieś hen na krańcu świata.

W każdym razie, powstanie cywilizacji zrewolucjonizowało wojny: od tej chwili zyski znacząco rosły, zwłaszcza dla barbarzyńców. Dzisiejsi ludzie sobie mogą mówić o powrocie do natury i starych, dobrych, barbarzyńskich czasów jedności z naturą, ale tacy Germanie z III wieku swoje wiedzieli: siedzenie w zimnej i ciemnej chacie z bali, gdzie wieją przeciągi, duża śmiertelność niemowląt, kiepskie żarcie i jeszcze gorsze piwo, słuchanie kiepskiego wycia kiepskich bardów, bajających o dawnych bohaterach i bóstwach, a także harówka z radłem na polu, która zazwyczaj dawała kiepski dość plon... gdy pod bokiem mamy cywilizowane państwo, gdzie są dobre drogi, akwedukty, łaźnie, dobre żarcie, niezłe wino, czasem dobre piwo, miasta pełne udogodnień: amfiteatrów, wygodnych domów, domów publicznych... nawet wpaść tam tylko na chwilkę, złupić, zażyć życia i zwiać z powrotem, zanim przydreptają legiony - było miłe.
Barbarzyńcy zazwyczaj się długo nie zastanawiali - napadali gdy tylko wyczuli że cywilizowany sąsiad nieco osłabł i można mu łacno w  łeb przywalić. Czasem, gdy nie osłabł a sytuacja ich zmuszała, też napadali - co duże grupy zdesperowanych barbarzyńców potrafiły zrobić, pokazało się w IV/V wieku na przykładzie Cesarstwa Zachodniorzymskiego, które część przybywających migrantów załatwiło (np. Tajfalowie. Nie słyszeliście? No cóż... byli jednymi z pierwszych i Rzym się nimi zajął porządniej), ale wszystkim nie dało rady (nec Hercules contra plures...).

Oczywiście, cywilizowane państwa miały z wojen mniejsze zyski, zwłaszcza jeśli je prowadzili przeciw barbarzyńcom. Rzym nie dlatego nie podbił północnej Europy, bo nie mógł tego zrobić, ale dlatego bo krótkofalowo było to nieopłacalne (zresztą, długofalowo też). Pierwsza próba (z przyczyn ekonomicznych) zakończyła się w Lesie Teutonburskim, druga (podjęta już raczej z powodu germańskiej chętki na rzymskie dobra materialne) zakończyła się z ... Kommodusem, który zamiast ugruntować rzymski pokój na terenach obecnych Węgier, Czech i Słowacji, spieszył się na igrzyska i - łagodnie rzecz ujmując - olał zdobycze swego ojca. Można powiedzieć, że zniweczył długofalowe owoce wojny Marka Aureliusza; kto wie, może gdyby Kommodus był mniejszym idiotą, kolejni cesarze podjęliby wojny mające na celu nie zdobycze finansowe, a długofalowy pokój? Niestety, pierwsze szeroko zakrojone misje stabilizacyjne skończyły się jak skończyły...

Przejdźmy jednak dalej. Wraz z coraz większym rozwojem cywilizacji, wojny stawały się coraz bardziej opłacalne. Rycerstwo zresztą, zawodowa kasta obrońców, zajmowało się z radością łupiestwem i wojowaniem, dla chwały, z nudów albo z braku gotówki. Warto tutaj wspomnieć, że zazwyczaj nawet jeśli rycerz głośno mówił o tych pierwszych dwóch, miał zawsze jednak na myśli to trzecie. Nawet na Krucjatach idealiści byli jednak rzadkością - a częstsza była specyficzna mieszanka idealizmu i żądzy gotówki; dość by rzec, że w Outremer osiedlali się i "bronili Ziemi Świętej" prawie zawsze drudzy i trzeci synowie, gołodupcy którzy w Europie za bardzo nie mieli do czego wracać, a w Ziemi Świętej śmiertelność rycerstwa umożliwiała łatwą rotację i szybkie zdobycie majątku (i jeszcze szybszą śmierć, np. z powodu pogardzania higieną osobistą).

Rozwój technik gospodarowania sprawiał że można się było szybko wzbogacić na handlu albo manufakturach, nie tylko na wojaczce... ale nadal wojna była dobrym elementem wzmocnienia swojego budżetu - rzecz jasna bardziej długofalowo, ale jednak. Im społeczeństwa były bogatsze - tym
najazd był bardziej opłacalny. Spektakularne zajmowanie cudzych ziem przez ubogie acz bitne państwa co prawda powoli odchodziło w cień (choć tacy Mandżurzy w XVII wieku (data graniczna: 1644) załatwili Chińską rodzimą dynastię Ming i zaczęli panować, zarówno jako plemię jak i jako dynastia (Qing). Ale byli jednymi z ostatnich). Zamiast tego rozwinięty został model: silniejsze państwa połykają mniejsze. Rzeczypospolita Obojga Narodów była przykładem na to, że odpowiednio słabe, ale duże państwo może zostać skonsumowane nie przez połknięcie (Rosjanie próbowali, ale się zadławili), a przez pokrojenie na kawałki i połkniecie mniejszych. Powody? Rzeczypospolita była słaba armią, słaba władzą (bardziej anarchią niż władzą), słaba brakiem odpowiedzialności za państwo rządzących. Miała za to bogactwo gospodarki - może nie wszędzie, ale i tak była bogatsza niż silniejsza. Złe połączenie...
... Nie martwmy się. Teraz mamy tylko słabą armię, słabą władze i głupich polityków, gospodarki jak wtedy już nie mamy. Może nikt się nie skusi.
Nie cieszmy się tak bardzo - Rzeczypospolita Obojga Narodów nie była wyjątkowa. W XIX wieku zajęto się odpowiednio Chinami, dzieląc je na "strefy wpływów". Niby były niepodległe (w większości, choć np. Rosjanie "wydzierżawili" Port Artur na 100 lat), ale jednak dużo do gadania nie miały... na własnym terytorium. W obecnych czasach ten model kolonializmu też jest stosowany, w przeciwieństwie do dawnego. Eleganckie.

Rewolucja Francuska przyniosła nowy model wojen - wojny "ideologiczne". Oczywiście, to był tylko płaszczyk pozorów. Wojskom kontrrewolucyjnym chodziło tylko o to, by nieco zrabować we Francji - bogaci byli, choć dług publiczny mieli procentowo taki, że nawet III RP się do nich nie umywa - a także mieć pewne zdobycze terytorialne; acz niezaprzeczalnie, chodziło jednak też o powstrzymanie "zarazy rewolucyjnej", która groziła ich aktualnemu stanowi posiadania. Zresztą, słusznie się bali: Rewolucja gdy zaczęła wygrywać, zaczęła wprowadzać wszędzie nowy porządek, co dawało też kontrolę nad ekonomię "bratnich Republik" Francuzom. Warto też dodać, że rabowano nawet z większym entuzjazmem - i w sposób zinstytucjonalizowany; przykładowo, region mediolański w 1796 miał dostarczyć 2 tys. koni, 15 tys surdutów, 50 tys kurtek, 50 tys spodni, 100 tys koszul i 20 tys kapeluszy - oraz, dodatkowo, duże sumy na wsparcie wysiłku wojennego i utrzymanie francuskich garnizonów w tym regionie.
Taaak, wojna o ideały, ale żyć trzeba.


I nadszedł wiek XIX...

... a wraz z wiekiem XIX, nadeszła tzw. wojna nowoczesna. Te dwa słowa oznaczają, że teraz częściej zabijano strzelając niż siekąc, oraz że więcej ludzi ginęło na polu walki, niż np z powodu złego żarcia i chorób. Ponadto, w zorganizowanym mordobiciu pomagały w sposób wydatny koleje. Żołnierzy mogli być szybko dowiezieni na miejsce walki (jak w wojnie francusko-pruskiej z 1870-1871), co więcej: mogli mieć szybko i tanio dowiezione jedzenie i niezbędny sprzęt na miejsce walki, przez co wojny mogły trwać długo nawet w odległych miejscach.
To jednak mowa tylko o metodach. Nadal w wojnach chodziło o to, by zabrać bliźniemu, co najeźdźcy by było miłe... A że większość wojen XIX wiecznych była prowadzona raczej z prymitywnymi przeciwnikami (Zulusi nie byli trudnym przeciwnikiem nawet dla Burów, a co dopiero dla Brytyjczyków), Biały Człowiek uznał że wojna odeszła w niepamięć, tam gdzie Biały Człowiek bytuje. Fakt, toczą się wojny tam gdzie czarne muriny bytują, ale w samej Europie konflikty są raczej krótkie i rzadkie, niezbyt potrzebne w erze pokoju.
Wojna nowoczesna pełną gębą. Brytyjscy wojacy obsługują karabin maszynowy Vickers w maskach p-gaz.
A potem przyszła I Wojna Światowa. I nie było wesoło: wyciągnęła cały arsenał "wojny nowoczesnej", poczynając od karabinów maszynowych, łodzi podwodnych, artylerii, broni chemicznej i ataków na morale ludności cywilnej - jak bombardowań Londynu przez niemieckie sterowce, albo Paryża - przez pierwsze bombowce.
Była to jednak wojna stosunkowo, hm, "rycerska". Co przez to rozumiem? Wojny były wypowiadane - mniej więcej od czasu zakończenia I Wojny Światowej coraz częściej państwa o wybuchu wojny dowiadują się od swoich służb granicznych,a  nie od dyplomacji. Dowódcy polowi starali się oszczędzić ludność cywilną: bombardowania "celowały" w fabryki (a że nie trafiali, to inny problem). Jeńcy wojenni byli traktowani zgodnie z konwencjami. Były rozejmy, nie zrywane z błahych przyczyn.

A potem była II Wojna Światowa, która wyciągnęła jeszcze więcej środków. I już nie była taka rycerska. Ludność cywilna teraz czasem była głównym celem działania, nawet niekoniecznie wroga, wystarczy że np. obrzezana. Instytucjonalizowano nie tylko zabijanie na polu walki, ale też mordowanie cywilów. Równano celowo z ziemią miasta. Zawierano rozejmy tylko po to, by je łamać; mordowano jeńców, używano ich jako żywych tarcz, itd. Front Wschodni jest tutaj doskonałym przykładem wolnej amerykanki obu stron, obie bowiem strony nie przebierały w środkach by pognębić przeciwnika. Czasem przeciwnikiem była nawet własna ludność cywilna...
Pchnięto do przodu technikę tak, że do dziś się właściwie opieramy na zdobyczach techniki jakie udoskonalono za pieniądze wydane na polepszenie skuteczności działań wojennych - począwszy od odrzutowców, poprzez komputery, na całym przemyśle kosmicznym skończywszy. O "ujarzmieniu" atomu nawet nie wspominając.
 Sztuka wojenna poszła do przodu, jak widać na tym zdjęciu znad Hiroshimy

II Wojna Światowa była bezkonkurencyjna też w innej dziedzinie - o ile Wielka Wojna (jak na Zachodzie nazywa się I Wojnę Światową) spowodowała wręcz destrukcyjny pacyfizm głównie u Francuzów (jak się to dla nich skończyło, można przypomnieć sobie na przykładzie kampanii wiosennej roku 1940), o tyle II Wojna Światowa zakończyła się paniką szerokich mas społecznych na myśl o jakiejkolwiek wojnie. Jest to reakcja zrozumiała i całkiem uzasadniona biologicznie; poza tym była spotęgowana przez wynalazek broni jądrowej, która stała się podstawą strategii MAD - (Mutual Assured Destruction - ang. wzajemnie zagwarantowane zniszczenie), która była z kolei powodem dla którego Zimna Wojna pozostawała zimną.
Strategia MAD istnieje wciąż. Wciąż utrzymuje pokój - przynajmniej między mocarstwami atomowymi. Ale strategia MAD zakłada, że obie strony są przy zdrowych zmysłach.
Poza tym, atom broni tylko te narody które go mają, ewentualnie bliskich ich sojuszników. Innych - nie.

Sytuacja obecna 

Jak jest więc teraz? Europa - bo nią się przejmuję głównie (w niej żyję i wojna w niej mnie będzie dotyczyć, powiedzmy, bezpośrednio) - ma okres bardzo długiego pokoju, przerywanego tylko konfliktami lokalnymi. Nie napiszę tutaj że jest to pokój "bezprecedensowy", bo juz były takie okresy historyczne. Dwa.
Pierwszy - wczesne Cesarstwo Rzymskie. Dwa wieki Pax Romana, gdy wojny odbywały się w rejonach pogranicznych lub an obcych terytoriach - ewentualnie były domowe. Wraz z wiekiem III n.e. przyszły znacznie większe i właściwie bezustanne wojny domowe, a także, wynikające z osłabienia państwa najazdy barbarzyńskie; po nich był kolejny okres pokoju, ale krótszy. Nie zmienia to faktu że był to okres, kiedy większa część obywateli mogła przez całe swoje życie cieszyć się względnym pokojem i dobrobytem, rzeczą niespotykaną w innych wczesnych czy późnych czasach (co bardzo dobrze tłumaczy wielowiekową późniejsza nostalgie za Imperium Romanum). Okres ten zakończył się w rezultacie dekadencją cywilizacji rzymskiej i jej upadkiem pod naporem barbarzyńców.
Drugi - XIX wiek. Schemat podobny; co prawda nie było jednego państwa, ale właściwie od czasów Napoleona nie było wojen na skalę wielu krajów, zbyt krwawych. owszem, były takie jak Wojna Krymska albo francusko-pruska z 1870-1871, ale były to konflikty lokalne; nawet wojna krymska była lokalna, bo co prawda objęła Rosję, Turcję, Francję i Anglię, ale nie objęła przecież obszarów działań wszystkich tych państw, tylko część Rosji i Turcji.... Warto zauważyć, ze dla nas, Polaków, XIX wiek kojarzy się raczej z powstaniami, ale my byliśmy jednym z mało pokojowych wyjątków; zresztą, poza Powstaniami, przez ziemie polskie się nie przetoczyła żadna wojna od Napoleona aż do I wojny Światowej.
Okres ten zakończył się Wielką Wojną, a w następstwach pokoju po niej i dogrywki - II Wojną Światową.

Teraz mamy trzeci okres pokoju. Jak się on zakończy?
Nie będę tutaj zbyt oryginalny, gdy zauważę, że każdy pokój się kiedyś kończy, a nawet więcej - kończy się nieodmiennie wojną (wiem, geniusz). Jak można też zauważyć, im dłuższy pokój, tym większa późniejsza wojna.

Abstrahując od wyżej wymienionych przykładów, to można zauważyć że przed Rewolucją Francuską, Francja przeżywała okres de facto pokoju na kontynencie - utarczki graniczne, szturchanie się z Anglią, ale właściwie to kisili się w pokojowym sosie własnym. Skończyło się ponad dwudziestoma latami wojen napoleońskich.

Sprawa jednak jest taka, że o ile w czasach Rzymu ludzie zdawali sobie sprawę z naporu barbarzyńców - choć podchodzili doń pogardliwie - a w XIX wieku ludzie zdawali sobie sprawę z możliwej wojny - choć ją idealizowali - o tyle w obecnych czasach popularny jest pogląd pacyfistyczny.
Jak to nasi rodacy (a może nawet ty tak mawiasz, czytelniku): "Po co nam ta armia", "Wojen już nie będzie", "wojny się nie opłacają", "jesteśmy w NATO, NATO nas obroni" i.t.d.

Cóż... na temat tego że wojen nie będzie, już się mocno wypowiedziałem, ale jeszcze jedna analogia do XIX wieku. Za wielki autorytet tamtych czasów jest (i był wtedy) uważany Lew Tołstoj. A powiedział on słowa oddające ducha epoki:

"Wkrótce wyrośniemy także z wojen, które są w gruncie rzeczy pojedynkami narodów... gwałt rodzi tylko nowe gwałty ze strony człowieka, na którym został popełniony; Miłość natomiast rodzi miłość..."
Lew Tołstoj (1828-1910)

A w 1914 roku wybuchła I Wojna Światowa.

Owszem, większość ludzi ma nadzieję, że pokój będzie trwał jak najdłużej; powiem więcej, nawet ja, zadeklarowany militarysta, wolę pokój, głównie dlatego bo jednak dość lubię swoje życie.
Z drugiej strony, pokój nie jest czymś, co się dostaje i ma na wieki. Pokój trzeba bronić. A jedyne co może go obronić, to jest armia... w końcu przecież bezpieczeństwo na ulicach też samoistnie się nie tworzy, bo wbrew twierdzeniom anarchistów jedyne co samoistnie może wytworzyć grupa ludzi, to łajno, a nie ład społeczny. Na ulicach też byśmy nie mieli bezpiecznie, gdyby nie taka czy inna forma policji (albo, gdyby jej nie było, straży obywatelskiej).
Tak samo jest między państwami - gość w garniturze, chodzący bezbronny i zadowolony z siebie w końcu skusi bandytę który mu przyłoży w łeb.

A czemu sceptycznie się odnoszę do naszych "sojuszników" z NATO?
Po pierwsze, sojusznicy muszą chcieć nam pomóc. A już było tak kiedyś, że Francuzi nie chcieli umierać za Gdańsk.
Użyję porównania do życia społecznego - jeśli masz 2 przyjaciół, to czy możesz na nich liczyć? Zazwyczaj tak. A jeśli masz 28 przyjaciół?

Po drugie, nawet jeśli zechcą, to musimy mieć armię która umożliwi danie im czasu na reakcję. Jeśli nie stawimy najeźdźcy (hipotetycznemu) oporu, to widząc zajęty kraj i "zaprowadzony (wreszcie) ład", sojusznicy mogą najwyżej wystosować protesty dyplomatyczne. A może, oh, jej, ONZ wystosuje sankcje. Straszne, naprawdę, straszne. Myślę że gdyby ONZ istniał w V wieku i zakazał importu bursztynu z Germanii, germanie też by się przejęli jakoś podobnie jak hipotetyczny najeźdźca.

Po trzecie, może nas najechać "sojusznik". Chciałbym przypomnieć, że Prusom w latach 90. wieku XVIII nie przeszkadzało to, że mieli sojusz z Rzeczpospolitą Obojga Narodów; tzn nie przeszkadzało we wzięciu udziału w rozbiorze. Wot, polityka. To może teraz nagle postawimy się Niemcom, powiedzmy że zaczną nam poprzez Brukselę i inne "instytucje europejskie" wciskać na siłę takie przepisy, że będziemy chcieli opuścić ich klubik... Może na prośbę jakiejś naszej rodzimej partyjki (...wybaczcie mi bardzo wszyscy zwolennicy Palikota - jeśli to jacyś czytacie - ale kiedy piszę te słowa, nieodparcie nasuwa mi się oblicze Palikota...) wpadnie do nas "z braterską pomocą" ktoś z Bundeswehry?

Po czwarte, sojusznicy mogą, ujmując rzecz kolokwialnie, nie mieć takich coyones by nam pomóc - bo jeśli, powiedzmy, wpadnie do nas z wizytą jakiś korpusik z Rosji, to wszyscy sojusznicy mogący nam potencjalnie pomóc będą robić w portki ze strachu z uwagi na rosyjski gaz, z uwagi na rosyjską broń atomową i z uwagi na rosyjskie siatki wywiadowcze w ich krajach

Przedstawione powyżej możliwe ataki są hipotetyczne, ale są to dwa możliwe (w obecnej chwili) zagrożenia; bo Czechy i Słowacja się rozbrajają, Litwa jest krzynkę za mała, atak Białorusi=atak Rosji za pośrednictwem satelity, a Ukraina jest nieco zbyt rozdarta (choć się plasuje wedle mnie zaraz jako trzecie zagrożenie, jeśli tam banderowcy dojdą do władzy, a bieda skłoni ich do szukania wroga na zewnątrz. A nacjonaliści ukraińscy są znacznie silniejsi niż u nas ich charakterologiczne odpowiedniki).
Zwłaszcza możliwy jest scenariusz rosyjski. Pamiętacie wojnę rosyjsko-gruzińską? Był tam niby konflikt, że wolność Abchazji, Osetii Południowej i inne takie, ale w praktyce chodziło o rosyjską hegemonię oraz interesy ekonomiczne (konkurencyjny wobec rosyjskich rurociąg z gazem - tylko że Azerbejdżańskim). Dodatkowo chodziło o odwrócenie uwagi rosyjskiego społeczeństwa od problemów wewnętrznych.
Nietrudno wyobrazić sobie realny konflikt ekonomiczny między nami a Rosją, a także że będą szukali wroga zewnętrznego. Ktoś może powiedzieć: to róbmy jak każą, nie wychylajmy się! Odpowiem tak: to przy ilu-krotnie wyższych cenach gazu wyjdziesz na ulicę i zmusisz nasz rząd do postawienia się Rosjanom? 5? 10? 15?

*****

Małe dzieci, a czasem nawet duże mają specyficzny odruch obronny - czasem na widok niebezpieczeństwa wolą zamknąć oczy albo ukryć głowę, uważając że jeśli one niebezpieczeństwa nie widzą, to tak nie jest.

Czasem mam wrażenie, że szeroka rzesza ludzi mi współczesnych nie dorosła. Najczęściej właśnie przy problemie wojny.

Qui desiderat pacem, praeparet bellum
(łac. Jeśli chcesz pokoju, przygotuj się do wojny. Wegecjusz).


Wojna Rosyjsko-Gruzińska 2008.A obawiam się, że z uwagi na teren operacji wojennych i tak gruzini stawili silniejszy opór niż stawiałaby nasza armia. Może dlatego że oni nie wysyłają żołnierzy za granicę, a przygotowują wojska do obrony kraju?

 Niektórzy Gruzini zapewne też myśleli, że wojna to już przeżytek...