niedziela, 28 lipca 2013

Wołyń - do dupy z taką polityką! (+18)

Do wsi Mosur spędzono wszystkich mieszkańców okolicznych miejscowości z toporami i widłami, którym „druże” Zuch wyjaśnił, że pod przewodnictwem jego uzbrojonego oddziału pójdą do wsi Ziemłica, aby rozprawić się z Polakami, i wymagał od nich, żeby byli bezlitośni wobec wszystkich, kogo zastaną w tej miejscowości. W nocy okrążono wieś, a o świcie zebrali wszystkich mieszkańców w centrum wsi. Starców, dzieci i chorych, którzy nie mogli samodzielnie poruszać się, zabijali na miejscu i wrzucali do studni. Spędzonym do centrum kazali kopać dla siebie groby, a następnie przystąpili do ich zabijania przez uderzenie siekierą w głowę. Tego, kto próbował uciekać, zabijali z broni. Wszyscy mieszkańcy wsi Ziemlica zostali zlikwidowani, mienie zabrano dla UPA, budynki spalono...
Dowódca kurenia „Łysoho”, raport do kierownictwa OUN (Organizacja Ukraińskich nacjonalistów, polityczne zaplecze UPA), wrzesień 1943 r.

„W pierwszym zabudowaniu znaleźliśmy wstrząsający widok, obraz wbitego na ostry słup przy furtce kilkuletniego chłopca. Na parkanie był napis "Litak Sikorskoho" [samolot Sikorskiego - G.M]. Przed progiem domu okrutnie porąbanych siekierą leżały trupy mężczyzn i dwóch kobiet.” 
Jerzy Krasowski (za książką Grzegorza Motyki Od rzezi wołyńskiej do akcji Wisła)


Miałem pisać o czymś zupełnie innym, ale z uwagi na nie cierpiące zwłoki drążące mnie myśli musiałem napisać coś poważniejszego. Po prostu musiałem. Pewnie bym nie napisał, gdybyśmy byli mieli cokolwiek wartych polityków (lewa sejmowa, prawa sejmowa, who cares? Niektórzy nawet jak głosują przeciw, to tylko dlatego by na złość rządowi). Niestety, nie mamy i muszę napisać.

Zastrzegam na samym wstępnie, że wpis ułożyłem mniej więcej tak, by treści najbardziej drastyczne były na samym końcu. Zupełnie poważnie nie radzę po lub w czasie jedzenia czytać listy sposobów, jakimi Ukraińcy mordowali Polaków. Zupełnie poważnie ostrzegam przed drastycznymi zdjęciami na końcu. Zupełnie poważnie mówię, że w trakcie pisania wpisu musiałem czasem przerywać, zwłaszcza po zapoznawaniu się z materiałami źródłowymi (niektóre pominąłem całkiem celowo).
Ale przy tym wszystkim trzeba też pamiętać, że to się wydarzyło naprawdę; trzeba też pamiętać, że różnica miedzy Rzezią Wołyńską a wszelkimi zbrodniami "nazistów" jest taka, że Niemcy się do nazistów nie chcą przyznawać i mówią, że to były zbrodnie; Ukraińcy mówią zaś że banderowcy to byli prawdziwi patrioci i zawsze byli gites.


Czemu "muszę" napisać ten wpis? Z tego samego powodu, dla którego będę kiedyś pisał (a kiedyś pisałem w innych zakamarkach Internetu) o Powstaniu Warszawskim, o Katyniu i innych takich. Dlatego bo w nas, Polakach, po 1989 coś pękło, jakieś dźwignie i sprężynki się poprzestawiały i chyba nie jesteśmy do końca normalni. Bo przeciętny Polak kojarzy bez problemu "Jedwabne" i tzw. "polski antysemityzm", niektórzy kojarzą Pogrom Kielecki, z Ukrainy to może kojarzy jak to Jarema Wiśniowiecki na pale wbijał buntowników (... u Sienkiewicza...), ale na "rzeź Polaków na Wołyniu i w Galicji Wschodniej" raczej pomacha bezradnie głową, nie wiedząc o co chodzi; no chyba że jego rodzina była w gronie (wybaczcie eufemizm) "poszkodowanych". 
Słyszymy "Katyń" - no ile można o tym mówić! Tylko ten Katyń i Katyń! I pewnie jeszcze brzoza! (tak jakby to, k.mać połaczone w jedno było)
Słyszymy "Powstanie Warszawskie" - to nie była zbrodnia, więcej, to był błąd! po co oni to robili! To było niepotrzebne! (mogli sobie siedzieć na tyłkach i nic nie robić, prawda? Czekać aż ich wybiją i tak (bo by wybili - i tak). Czemu nie, byśmy dzisiaj mówili o "tchórzach z AK", zamiast "nieodpowiedzialnych").
Słyszymy "Rzeź Wołyńska" - i albo yyyy? a co to? A, tam my biliśmy Ukraińców? albo Nie możemy antagonizować Ukraińców! Trzeba im uporać ze swoją przeszłością! Don't disturb! (a oni i tak nas w dupie mają).

Nauczyliśmy się (ukłon w stronę merdiów), że wszystko co polskie, to takie se niezbyt. Że jak zbrodnia na Polakach, to zapomnijmy, wybaczmy, nie przypominajmy - a fe! A ty czego trącasz! No już trącaj se Katyń, ale żeby coś jeszcze? a fe! - ale o naszych "zbrodniach", "przewinach" i innych takich mamy pamiętać, kajać się i zawsze innym przypominać płaczliwym głosem, że naprawdę to nie było tak, że Polacy sami by Żydów podczas II Wojny Światowej powybijali u siebie, gdyby nie to że Niemcy byli szybsi (Nazi matki, Nazi ojcowie).

Dlatego my mamy wybaczać! Mamy pomagać! Mamy nie przypominać! Bo się, k. obrażą!

... i tak jest z Rzezią Wołyńską.

Widzicie, drodzy czytelnicy, to co mnie do szewskiej pasji doprowadza, to nasi kochani politycy, którzy uznali że jest to "czystka etniczna nosząca znamiona ludobójstwa". O tak, a czemu Holocaust też od razu do tego nie wpakowali? Też czyścili etnicznie, jakby nie patrzyć!

A może chodzi o to, że ludobójstwo jest tylko wtedy, gdy się "wyczyści" na 95%? taka ustawa przekonująca figlarnie żyjących jeszcze zbrodniarzy, że się za mało starali?

Radosław Sikorski, w Sejmie:
- Czy chcemy pomóc Ukraińcom radzić sobie ze swoją historią, czy - tak jak oni to będą widzieć - nadmiernie przyspieszając ten proces, ich upokorzyć? (...)
- Mówimy nie o kontynuowaniu, ale zaostrzeniu stanowiska. Możemy albo eskalować definicję i Ukraińców upokorzyć, albo zrobić coś, co będzie służyło integracji Ukrainy z UE.
Panie Radosławie! A może Pan zauważy, że oni NIE CHCĄ sobie radzić z własną historią? Że bandera i banderowcy to bohaterowie narodowi Ukrainy? Że "bohaterowie" Ukrainy są patronami szkół i ulic, że stawia im się pomniki?
Że Ukraińcy nigdy nie przeprosili za Wołyń? I chyba tego szybko nie zrobią, bo z rozpędu musieliby też przeprosić za inne czystki na Polakach na Kresach wschodnich? (tj. Galicję Zachodnią)

Słyszałem też wypowiedzi innych polityków, konkretniej z Ruchu Palikota. Bardzo pięknie i ładnie mówili o tym, że... że Rzeź Wołyńska była po części winą Polaków. Bo się od stuleci osiedlali na Ukrainie, a gdyby się nie osiedlili, to by rzezi nie było.
Fajnie. Może się powtórzę, ale wiecie że o Żydach można tak samo powiedzieć? Gdyby próbować parafrazować tą idiotyczną wypowiedź?


Chciałbym tutaj powiedzieć, jaka jest prawna różnica (z punktu widzenia prawa międzynarodowego) między  "czystką etniczną" a "ludobójstwem".
Czystka etniczna oznacza masowe przymuszanie grup narodowościowych do opuszczania domów, deportacje, naruszanie ich praw poprzez przemieszczanie i tak dalej. Przykładowo, pan z Wąsem, zwany też Stalinem, bardzo lubił wozić całe narody pociągami - na przykład na Syberię, albo do Kazachstanu.
Ludobójstwo jest definiowane przez Konwencję ONZ jako:
„dokonany w zamiarze zniszczenia w całości lub części grup narodowych, etnicznych, rasowych lub religijnych, jako takich:
a) zabójstwo członków grupy
b) spowodowanie poważnego uszkodzenia ciała lub rozstroju zdrowia psychicznego członków grupy
c) rozmyślne stworzenie dla członków grupy warunków życia, obliczonych na spowodowanie ich całkowitego lub częściowego zniszczenia fizycznego
d) stosowanie środków, które mają na celu wstrzymanie urodzin w obrębie grupy
e) przymusowe przekazywanie dzieci członków grupy do innej grupy.”
Przykładem ludobójstwa (zresztą, pod neigo została napisana ta Konwencja) były dokonania Pana z Wąsikiem, zwanego też Hitlerem, który tak samo jak Pan z Wąsem bardzo lubił wozić pociągami, tylko prosto do komór gazowych i krematoriów.
Różnica miedzy ludobójstwem i czystką etniczną jest też istotna w tym aspekcie, że ludobójstwo jest kwalifikowane jako zbrodnia przeciwko ludzkości.  W praktyce międzynarodowej - coś jak "przestępstwo" a "wykroczenie".

Mam nadzieję, że na podstawie tego wpisu czytelnik sobie wyrobi zdanie, czy banderowcom (vel członkom UPA) chodziło o wypędzanie i deportacje, czy o wyrzynanie populacji.

Dobra, koniec wylewania żółci na polityków. Czas na fakty. Najpierw - krótki rys historyczny.

*****

Kresy Wschodnie! Polskość na Wschodzie! Coś, co istniało kiedyś, a co zarżnięto siekierą banderowca, wywieziono przymusowo do Kazachstanu albo "repatriowano" do Polski.
Kresy Wschodnie! "Kresy", od kresu cywilizacji, albo kresu kultury zachodniej, bo przez stulecia region to był pograniczny. Od czasu pamiętnego i znanego powszechnie hajtnięcia się Jadwisi Andegawenki z Jogajłą, integracja wzajemna Korony Polskiej i Wielkiego Księstwa Litewskiego. Związek niby równy, ale mimo zapierania się ręcami i nogami przez kolejnych Jagiellonów, Litwa była nieuchronnie spolszczana; duża część "polskości" na obecnej Litwie i Białorusi to nie ślady po prężnym osadnictwie, a po spolszczeniu elit i części poddaństwa. Niby była równość, niby szlachta jedna i druga to bratrzy są, niby wyznanie przeszkodą nie było... ale szlachta i magnateria swoje wiedziała, w tym wiedziała gdzie leżą konfitury. Dość by rzec, że większość "polskich" magnatów z XVII i XVIII wieku była rodem ze wschodu, z terenów dawnego Wielkiego Księstwa; taki kniaź Jeremi "Jarema" Wiśniowiecki był katolikiem w pierwszym pokoleniu ( i jak każdy neofita, nieco przesadzał).

Proces spolszczania przybrał na sile po Unii Lubelskiej w 1569. Korona Polska zrobiła deala z Litwą i włączono do Korony Wołyń i Ukrainę; deal był taki, bo Ukraina więcej zgryzoty przynosiła niż pożytku, a Wołyń, najbardziej spolszczony, dano dla osłody. Litwa z radością pozbyła się Ukrainy, która - mimo że kraj bogaty - co roku była najeżdżana potężnie przez tatarów, którzy radośnie łupili Ukrainę tak, że czasami aż do Lwowa dojeżdżali (warto pamiętać, że Lwów od czasu Kazimierza Wielkiego był w granicach Korony). Litwini, stale wojujący z Wielkim Księstwem Moskiewskim, uznali że nie moga tak na dwa fronty i dali taki "podarunek" naiwnym Polakom.
Moim zdaniem, był to jedne z kilku najgorszych dealów jakie Polacy zrobili w czasach przedrozbiorowych. Gorsze było chyba tylko sprowadzenie Krzyżaków i Hołd Pruski... ale to dyskusyjne - w każdym razie dzięki Unii Lubelskiej kolejni Polscy władcy de facto zapomnieli o dawnych polskich ziemiach na zachodzie (Śląsk, Pomorze), bo cały czas tylko o tym Wschodzie i Ukrainie w ogniu myśleli...

Mniejsza. Warto powiedzieć, że Ukraina wtedy była dość dzikim krajem i polska szlachta (ta co ziemi nie miała lub mało miała) oraz chłopi (ci którym już za bardzo ciasno było na starych gruntach) przyjeżdżali "kolonizować" Ukrainę, przyspieszając proces polonizacji poprzez swój przykład i promieniowanie kultury.

W efekcie, po rozbiorach zarówno na Litwie jak i na Ukrainie szlachta była "polakami" (spolonizowana dawno temu), nieliczni z chłopów też - a reszta to Białorusini i Ukraińcy. Przy czym im bardziej na zachód, tym Polaków było więcej.


Przyszła Wielka Wojna, a po niej niepodległość i Wojna z bolszewikami - i tak wypadło, że Polska już nie była w żadnej unii, ale i tak była duża.

Podział terytorialny jest ze względu na województwa (Wybaczcie, proszę, jakość grafiki, ale to skan z moich zbiorów)

Jak można zauważyć na dołączonej wyżej grafice, ludność narodowości polskiej zdecydowanie przeważała w większości kraju, oprócz 5 najbardziej wysuniętych na wschód województw. Zrestzą, statystyki mówią same za siebie - oto dane wg. spisu narodowościowego z 1921 roku (uwaga - nieproporcjonalna [w stosunku do "zajmowanego" terytorium] przewaga  Polaków wynika z większej gęstości zaludnienia terenów zachodnich):
Polacy 69,2%
Ukraińcy 14,0%
Żydzi 7,8%
Białorusini 3,9%
Niemcy 3,8%
Inna, lub nie podana 1,3%



Województwo Wołyńskie (ze stolica w Łucku) było regionem o największej przewadze Ukraińców wśród ludności, regionem najbiedniejszym i najdzikszym. Było też regionem bardzo poważnie infiltrowanym przez bolszewików, zwłaszcza przed utworzeniem Korpusu Ochrony Pogranicza (KOP) - a konkretniej nie przez bolszewików, a przez bandytów którzy "samoistnie", "nielegalnie" i "wbrew władzy i woli władz sowieckich" przekraczały granicę. Czytaj: zanim utworzono KOP, to szaleli tak, że policja niechętnie wychodziła poza posterunki (jak w wypadku który był impulsem do utworzenia KOP, gdy jedna z band zatrzymała pociąg relacji Pińsk-Łuniniec, wiozący wojewodę poleskiego wraz z towarzyszącym mu senatorem i biskupem).


Ale trzeba też pamiętać, że w porównaniu z tzw. Małopolską Wschodnią (trzy województwa leżące na wschodzie dawnego zaboru austriackiego) aktywność ukraińskich organizacji wojskowych była zdecydowanie mniejsza. Nie było szeroko zakrojonych akcji terrorystycznych, jak  w Małopolsce Wschodniej; w zwiazku z czym, nie było też odwetowych akcji pacyfikacyjnych.

Należy tutaj wspomnieć, że najbardziej w obronie uciśnionych polskich mniejszości (jak Ukraińska) zawsze krzyczeli... Niemcy, którzy sfinansowali też dużą część protestów Ukraińskich: ciężko wydrukować bez pieniędzy "czarną księgę" świadczącą o polskim barbarzyństwie. Nota bene, wydumaną, bo w czasie pacyfikacji nie padł nawet jeden strzał; owszem, nieco brutalnie szukano broni i materiałów wybuchowych, zrywano podłogi itd., ale gdyby to porównać z niemieckimi pacyfikacjami z II Wojny Światowej, gdzie w akcjach odwetowych palono całe wsie i rozstrzeliwano ludzi setkami...

Były, owszem, inne naprężenia w stosunkach między ludnością -  w tym tzw. rewindykacja cerkwi prawosławnych. Sprawa tu jest taka, że w czasach Caratu na terenie Rosji preferowano gnębienie wszystkich nie-prawosławnych i wspieranie prawosławnych, w tym poprzez przymusowe uznawanie chłopów za "prawosławnych" (zwłaszcza greckokatolickich, czasem też z innych mniejszych odłamów chrześcijańskich) i instalowanie popa "ortodoksa" wszędzie gdzie był choć jeden prawosławny, przy pomijaniu reszty ludności. W związku z tym, w czasie II RP przeprowadzono rewindykację cerkwi, czasem przesadzając w drugą stronę. Napsuło to trochę krwi między narodami...

...ale bez przesady. To wciąż nie była Małopolska Wschodnia, gdzie przyszli banderowcy napadali na ambulanse pocztowe i rozkręcali tory czy przewracali słupy telegraficzne.

I tym bardziej zdumiewająca jest Rzeź. Mniej zdumiewające jest miejsce jej dokonania.
Czemu? Właśnie z powodu, że tu nie było zatargów! 

Pisma wewnętrzne UPA i  OUNu wyraźnie mówią, że z początkiem 1943 banderowcy wyraźnie zauważyli, że III Rzesza dostaje wciry, czyli niedługo będzie rozstrzygnięcie granic. Banderowcy wyszli z założenia, że na terenach które oni uznawali za "etniczną Ukrainę" może być tylko albo Polska, albo Ukraina, albo ZSRR. Z dwojga "zagrożeń" postanowili wyeliminować Polaków - może dlatego bo to było możliwe do wykonania i łatwe? Wychodząc z założenia, że problemy trzeba rozwiązywać w czasie powstawania, zapewne łudzili się że jeśli wyrżną Polaków na ogromnym terenie, to z łatwością potem będą toczyć szeroko zakrojone działania partyzanckie przeciw Armii Czerwonej, czekając aż mocarstwa wystąpią przeciw Czerwonemu Bratu i dadzą Ukraińcom Wielką Ukrainę.

Że mrzonki? Mi to mówicie? Powiedzcie to tym Ukraińcom, którzy ogłosili że od 1 marca 1943 roku UPA rozpoczyna wojnę o wolną Ukrainę. Nie, nie z Niemcami bo "to przejściowy okupant". Więc z kim, jak Sowietów nie ma pod ręką? No z Polakami, sąsiadami...

Warto wspomnieć, że poza ogólny motywem politycznym, przyznaje się że dokonywanie krwawych mordów (np siekierą w łeb) i to poprzez miejscową ludność, nie własnymi siłami, miało na celu makiaweliczny plan wciągnięcia całej ludności ukraińskiej w zbrodnie poprzez współudział; mieli nadzieję, że cała ludność ukraińska będzie musiała, przyparta do muru faktami własnych zbrodni, poprzeć w całej rozciągłości sprawę ukraińską. W dużej mierze mieli rację, ale och późniejszym problemem było to, że Stalin niezbyt się przejmował tym, ile miejscowych trzeba będzie rozstrzelać lub wywieźć do łagru by zaprowadzić "porządek". Warto przecież pamiętać że kilkanaście lat wcześniej Ojciec Narodów sztucznie wywołał Wielki Głód na Ukrainie by zabić głodem kilka milionów Ukraińców - tylko dlatego bo im niezbyt ufał...


Mniejsza ze Stalinem - ważne że znamy motywy banderowców, jakie by nie były nieracjonalne. Jak wiemy z cytatu na wstępie, faktycznie spędzali ludność okolicznych wsi do mordowania. Warto zauważyć, że czerpali tu wiedzę jak robić masowe mordy od Niemców, którzy niecały rok wcześniej wybili Żydów na Ukrainie, Białorusi i w ogóle w całej Europie; sami Ukraińcy (tzn. 11 tys. policjantów ukraińskich w służbie Niemieckiej) wymordowali wtedy 600 tys Żydów. Taka praktyka zawodowa ukraińskiego nacjonalisty przed usamodzielnieniem.
Przy Żydach, liczby zabitych Polaków nie wyglądają imponująco: 100-400 tys zabitych w skali Kresów (40-100 tys. na Wołyniu),a le trzeba przyznać, Ukraińcom, że zabili tych wszystkich naszych własnym sumptem, w dużej mierze - dosłownie i w przenośni - własnoręcznie. Niemcy mieli dywizje wojska, przemysł śmierci, komanda, pojenie ludzi alkoholem i narkotykami, amunicji ile wlezie do mordowania, a Ukraińcy - o, Ci amunicji nie marnowali, od czego są siekiery, piły, gwoździe...

Od tego momentu więc, przechodzę do opisu szczegółowego zbrodni, oddając zresztą pole dowodom. Następny fragment jest poświęcony wsparciu dla mordów ze strony Cerkwi Greckokatolickiej, będący tak jakby przerywnikiem, mającym oddzielać część niedrastyczną od drastycznej. po nim są części drastyczne, które można stanowczo oznaczyć jako (+18): 
- Relacja Ireny Ostaszewskiej z wymordowania jej wioski i rodziny na Wołyniu (fragmenty plus link do całości. Całość jest bardziej drastyczna).
- Spis ukraińskich sposobów zabijania Lachów. chciałbym tu powiedzieć, że siekiera w łeb była przy niektórych nawet "humanitarna". Szczerze odradzam czytania listy, chyba że ktoś chce się przekonać jak bardzo ludzie cywilizowani mogą się stoczyć. Szczególnie zalecam czytanie pacyfistom i ludziom mówiącym o "ludzkim dążeniu do pokojowego załatwiania sporów". Jeśli mają silne żołądki, oczywiście. Nie zalecam czytanie po posiłku lub w trakcie.
- Zdjęcia. Trzy. Dla miłośników naprawdę mocnych wrażeń. Zachowany duży odstęp. Stanowczo odradzam oglądanie ich bezpośrednio przed snem, chyba że po dużym łyku alkoholu.

Na koniec części niedrastycznej wpisu, chciałbym przypomnieć ukraińskie hasło z okresu "czystek etnicznych o znamionach ludobójstwa". Takie mówiące o tym, co uważali za etniczne ukraińskie ziemie.

"Lachy za San!"

Spojrzyjcie na mapę. Porównajcie.


******
Kwestia religijna (stosunek Cerkwi Greckokatolickiej i stosunek UPA do Kościoła)

Nie będę się rozpisywał na temat tego, że księża Greckokatolicki błogosławili sztandary ukraińskich dywizji w służbie III Rzeszy, jak SS-Galizien; nie będę się rozpisywał na temat mszy specjalnie dla takich formacji odprawianych ani wsparcia dla nich ze strony Cerkwi. Nie to jest podmiotem tego wpisu, a Rzeź Wołyńska - dlatego, kilka cytatów. Według mnie wymagają minimalnego (jeśli już) komentarza.

(...)W tych stronach "miały padać z ambon greckokatolickich na temat mieszanych małżeństw polsko-ukraińskich słowa dalekie od jakiejkolwiek etyki: "Matko, ty karmisz wroga, uduś go!"
za: Norman Davies, Europa, str. 1098 (on z kolei cytuje: Wincenty Urban: Droga krzyżowa Archidiecezji Lwowskiej w latach II wojny światowej)

„28 sierpnia 1943 r. we wsi Sztuń, gm. Bereżce, pow. Luboml ,prawosławny duchowny Pokrowśkyj w miejscowej cerkwi urządził akt poświęcenia noży, kos, siekier i sierpów jako narzędzi mordów i rozdał je swoim parafianom, aby mordowali „Lachów". Dwa dni po tym fakcie chłopi wykorzystali te narzędzia zbrodni do mordowania Polaków z sąsiedniej wsi; 27 września 1943 r. we wsi Iwankowicze, gm. Malin, pow. Dubno wieśniacy obchodzili uroczystość święcenia wysokiej nasypanej mogiły pamiątkowej ku czci „wyzwolenia Ukrainy". Miejscowy pop w kazaniu z tej okazji mówił, że z ziemi ukraińskiej trzeba przepędzić bez możliwości powrotu „Lachów, mazurów, kryżaków, i pokurczy." „Lachy" — to Polacy, dawni mieszkańcy zachodniej Ukrainy. „Mazury" — to Polacy, którzy osiedli na Ukrainie zachodniej po I wojnie światowej (faktycznych osadników wojskowych w tym czasie już nie było na Wołyniu, ich wywieźli w 1940 roku bolszewicy). „Kryżaki" —to mieszane ukraińsko-polskie małżeństwa. „Pokurczi" — to dzieci z mieszanych małżeństw"
Witalij Masłowśkyj: Z kim i przeciw komu walczyli nacjonaliści ukraińscy w latach II wojny światowej?

... o. Ludwik Wrodarczyk z Okop, [który leczył Ukraińców], został przez nich ukrzyżowany. Ks. Stanisławowi Dobrzańskiemu obcięto głowę siekierą, wraz z nim zginęło 967 osób spośród parafian z ostrówki, ks. Karola Barana w Korytnicy przepiłowano w poprzek ciała piła w drewnianym korycie, ks. Zawadzkiemu porżnięto gardło nożem...
za: Norman Davies, Europa, str. 1099 (on z kolei cytuje: Z. Zieliński Życie religijne w Polsce pod okupacją, 1939-1945)


Cerkiew Greckokatolicka Ukrainy ostatnio opublikowała list do Polaków: "Przebaczamy i prosimy o przebaczenie".
Co przebaczacie? Że Polacy nie dość dobrze rżnąć się dali i że z 300 tys. na Wołyniu wybito tylko 40 tys?  A może przebaczacie, że Polacy tam BYLI?
Nie można tego listu porównywać ze słynnym listem biskupów polskich do niemieckich. Głównie dlatego, biskupi polscy pisali w imieniu Narodu, a nie WŁASNYM.


******
Fragmenty relacji Ireny Ostaszewskiej
Pogrubienie - moje.




Byłam zbyt mała, aby się bronić i zbyt duża, żeby zapomnieć tragiczny dzień 2 czerwca 1943 roku. Wieczorem tego krytycznego dnia, mama całą piątkę dzieci przygotowywała do snu. Byliśmy w samych koszulkach (dla porządku podaję imiona i wiek mojego rodzeństwa: najstarszy brat, Marcel - 12 lat, siostra Lodzia - 10 lat, Irena - 6,5 roku, siostra Stasia - 4 lata, brat Tadzio - 1,5 roku).

(...)
Rozpoczęła się rzeź. Banderowcy uderzali na oślep siekierami i nożami kogo dopadli. Kilku z nich nadjechało na koniach i tratując w poszukiwaniu ofiar zboże - mordowali znalezionych. Kilku banderowców podbiegło do mojej mamy i jeden z nich uderzył ją w głowę siekierą. Mama upadła i wypuściła z rąk brata Tadzia, a ja z przerażenia krzyczałam. Na całym polu był ogromny wrzask i lament, ludzie błagali swoich oprawców o darowanie życia, no bo przecież ich znali. Oprawcy byli jednak bezwzględni. Mama czołgając się, przygarnęła do siebie płaczącego Tadzia i zakrwawionemu dała pierś.
Po niedługiej chwili banderowcy ponownie dobiegli do mojej Mamy i podcięli jej gardło. Jeszcze żyła kiedy zdarli z niej szaty i poodcinali piersi. Ja leżałam przytulona do ziemi, chyba ze strachu nawet nie oddychałam. Mama i Tadzio strasznie się męczyli, Mama powyrywała sobie długie włosy z głowy, była strasznie zmieniona, bałam się jej, prosiła o wodę. Jak trochę się uspokoiło pobiegłam na nasz ogród i na listku kapusty przyniosłam trochę wody, ale nie podałam bo już nie jęczała i bałam się jej.

(...)
Stojąc w grupie zauważyliśmy, że z lasu biegnie jakiś mężczyzna. Zaczęliśmy się chować - każdy myślał, że to banderowiec - a to był mój Ojciec. Opowiedział, jak całą noc uciekał przed banderowcami. Uciekł z płonącego domu przez okno i ukrył się pod jakimś mostkiem w lesie. Bardzo rozpaczał na miejscu kaźni Mamy i brata, niedaleko leżał nieżywy brat Marcel i ciężko ranna siostra Stasia. Miała ona dwie dziury w głowie oraz dwie, kłute nożem, dziury w brzuchu.
(...)
Banderowcy byli zajęci mężczyznami i dobytkiem, krzyczeli po imieniu do Ojca, Ojciec też po imieniu błagał Iwana, aby darował mu życie. Ja też znałam tego Iwana, bo ciągle przychodził do naszego Tatusia jako przyjaciel. Ojca bili po głowie i twarzy, zdarli z niego ubranie, a kiedy mnie po raz drugi ujrzeli, postanowili skończyć ze mną raniąc prawą dłoń nożem i przebijając ją na wylot, a lewą rękę raniąc przed łokciem dwa razy. Upadłam. Jeden z banderowców chwycił mnie za skórę na plecach, tak jak się łapie kota, i tyle ile miał w garści odciął nożem, potem jeszcze dwa razy ugodził mnie nożem w łopatki i wrzucił w ogromny kopiec mrówek. Chyba straciłam przytomność, jak się ocknęłam był dzień, bardzo byłam obolała, a mrówki tak mnie pogryzły, że byłam bardzo opuchnięta a mrówki były w buzi, w nosie i w tych okropnych ranach. Wyczołgałam się z tego mrowiska, chciało mi się pić. Czołgając się zrywałam zielone jeszcze jagody i tak doczołgałam się do drogi i z przerażeniem zobaczyłam obdartego ze skóry, przywiązanego do drzewa człowieka, a to był mój Ojciec. Odrąbana, i leżąca obok głowa sąsiadki Wasylkowskiej pokryta była mrówkami. Po jakimś czasie usłyszałam nadjeżdżające furmanki, bałam się, ale nie miałam siły aby się ukryć. Leżałam przy drodze. Pamiętam jak podniósł mnie żołnierz (niemiecki) a ja prosiłam, żeby mnie nie zabijał. Coś mówił, ale nie rozumiałam. Po chwili zobaczyłam przy mnie mojego wujka Aleksandra Warnawskiego, który tłumaczył Niemcom, że mnie zna, bo wcześniej poznali na drzewie mojego Ojca. (...)
Tylko bandyci i tchórze walczą z dziećmi i kobietami! Tylko zboczeńcy rozpruwają brzuchy i obcinają piersi, a oni w swoich szkołach w Polsce uczą dzieci ukraińskie, że to byli bohaterowie.
Być może, gdyby tak nie kłamali, to byłyby inne stosunki z Ukraińcami, a tak to nie wiem, czy usłyszę proste, ale okazuje się za trudne dla nich słowo: Przepraszam!



Relacja Ireny Ostaszewskiej - całość


***
Ukraińskie sposoby na czystkę etniczną "Lachów"
(drastyczne, uwaga!)
Pogrubiłem "sposoby" bardziej brutalne vel drastyczne. Podkreśliłem jeszcze gorsze. 
Na ostrzeżenie przed czytaniem, zapewniam czytelnika że w trakcie czytania doszedłem do wniosku że wspominane "obcinanie sierpem genitaliów", "zabijanie ciosem bagnetu w serce" albo "wybijanie zębów"  uważałem za mało straszne i (w wypadku zabijania) humanitarne. I to w porównaniu z niepogrubionymi.

Przypominam, że jeśli nie ma mowy o "ciele" (jest mowa w jednym czy dwóch przypadkach) nie chodzi o czyny po smierci. Czyny np "przybijanie rąk" też nie sa po oderżnięciu od ciała, tylko żywcem. 


001. Wbijanie dużego i grubego gwoździa do czaszki głowy.
002. Zdzieranie z głowy włosów ze skórą (skalpowanie). 

003. Zadawanie ciosu obuchem siekiery w czaszkę głowy. 
004. Zadawanie ciosu obuchem siekiery w czoło. 
005. Wyrzynanie na czole "orła". 
006. Wbijanie bagnetu w skroń głowy. 
007. Wyłupywanie jednego oka. 
008. Wybieranie dwoje oczu. 
009. Obcinanie nosa. 
010. Obcinanie jednego ucha.
011.Obrzynanie obydwu uszu.
012. Przebijanie kołkami dzieci na wylot.

013. Przebijanie zaostrzonym grubym drutem ucha na wylot drugiego ucha. 
014. Obrzynanie warg. 
015. Obcinanie języka. 
016. Podrzynanie gardła.
017. Podrzynanie gardła i wyciąganie przez otwór języka na zewnątrz. 
018. Podrzynanie gardła i wkładanie do otworu szmaty. 
019. Wybijanie zębów. 
020. Łamanie szczęki. 
021. Rozrywanie ust od ucha do ucha. 
022. Kneblowanie ust pakułami przy transporcie jeszcze żywych ofiar. 
023. Podcinanie szyi nożem lub sierpem. 
024. Zadawanie ciosu siekierą w szyję. 
025. Pionowe rozrąbywanie siekierą głowy.
026. Skręcanie głowy do tyłu. 
027. Robienie miazgi z głowy przez wkładanie głowy w ściski zaciskane śrubą. 
028. Obcinanie głowy sierpem.
029. Obcinanie głowy kosą. 
030. Odrąbywanie głowy siekierą. 
031. Zadawanie ciosu siekierą w szyję. 
032. Zadawanie ran kłutych w głowie. 
033. Cięcie i ściąganie wąskich pasów skóry z pleców. 
034. Zadawanie innych ran ciętych na plecach.
035. Zadawanie ciosów bagnetem w plecy. 
036. Łamanie kości żeber klatki piersiowej. 
037. Zadawanie ciosu nożem lub bagnetem w serce lub okolice serca.
038. Zadawanie ran kłutych nożem lub bagnetem w pierś. 
039. Obcinanie kobietom piersi sierpem. 
040. Obcinanie kobietom piersi i posypywanie ran solą. 
041. Obrzynanie sierpem genitalii ofiarom płci męskiej. 
042. Przecinanie tułowia na wpół piłą ciesielską. 
043. Zadawanie ran kłutych brzucha nożem lub bagnetem.
044. Przebijanie brzucha ciężarnej kobiecie bagnetem. 
045. Rozcinanie brzucha i wyciąganie jelit na zewnątrz u dorosłych. 
046. Rozcinanie brzucha kobiecie w zaawansowanej ciąży i w miejsce wyjętego płodu, wkładanie np. żywego kota i zaszywanie brzucha. 
047. Rozcinanie brzucha i wlewanie do wnętrza wrzątku - kipiącej wody. 
048. Rozcinanie brzucha i wkładanie do jego wnętrza kamieni oraz wrzucanie do rzeki. 
049. Rozcinanie kobietom ciężarnym brzucha i wrzucanie do wnętrza potłuczonego szkła. 
050. Wyrywanie żył od pachwiny, aż do stóp. 
051. Wkładanie do pochwy - wagina rozżarzonego żelaza. 
052. Wkładanie do waginy szyszek sosny od strony wierzchołka. 
053. Wkładanie do waginy zaostrzonego kołka i przepychanie aż do gardła, na wylot. 
054. Rozcinanie kobietom przodu tułowia ogrodniczym scyzorykiem, od waginy, aż po szyję i pozostawienie wnętrzności na zewnątrz. 
055. Wieszanie ofiar za wnętrzności. 
056. Wkładanie do waginy szklanej butelki i jej rozbicie.
057. Wkładanie do otworu analnego szklanej butelki i jej stłuczenie. 
058. Rozcinanie brzucha i wsypywanie do wnętrza karmy dla zgłodniałych świń tzw. osypki, który to pokarm wyrywały razem z jelitami i innymi wnętrznościami. 
059. Odrąbywanie siekierą jednej ręki. 
060. Odrąbywanie siekierą obydwóch rąk. 
061. Przebijanie dłoni nożem. 
062. Obcinanie palców u ręki nożem. 
063. Obcinanie dłoni. 
064. Przypalanie wewnętrznej strony dłoni na gorącym blacie kuchni węglowej. 
065. Odrąbywanie pięty.
066. Odrąbywanie stopy powyżej kości piętowej. 
067. Łamanie kości rąk w kilku miejscach tępym narzędziem. 
068. Łamanie kości nóg w kilku miejscach tępym narzędziem. 
069. Przecinanie tułowia na wpół piłą ciesielską, obłożonego z dwóch stron deskami.
070. Przecinanie tułowia na wpół specjalną piłą drewnianą.
071. Obcinanie piłą obie nogi. 
072. Posypywanie związanych nóg rozżarzonym węglem. 
073. Przybijanie gwoździami rąk do stołu, a stóp do podłogi. 
074. Przybijanie w kościele na krzyżu rąk i nóg gwoździami. 
075. Zadawanie ciosów siekierą w tył głowy, ofiarom ułożonym uprzednio głową do podłogi.0
76. Zadawanie ciosów siekierą na całym tułowiu. 
077. Rąbanie siekierą całego tułowia na części. 
078. Łamanie na żywo kości nóg i rąk w tzw. kieracie. 
079. Przybijanie nożem do stołu języczka małego dziecka, które później wisiało na nim. 
080. Krajanie dziecka nożem na kawałki i rozrzucanie ich wokół. 
081. Rozpruwanie brzuszka dzieciom. 
082. Przybijanie bagnetem małego dziecka do stołu. 
083. Wieszanie dziecka płci męskiej za genitalia na klamce drzwi.
084. Łamanie stawów nóg dziecka. 
085. Łamanie stawów rąk dziecka.
086. Zaduszenie dziecka przez narzucenie na niego różnych szmat.
087. Wrzucanie do głębinowych studni małych dzieci żywcem. 
088. Wrzucanie dziecka w płomienie ognia palącego się budynku. 
089. Rozbijanie główki niemowlęcia przez wzięcie go za nóżki i uderzenie o ścianę lub piec. 
090. Powieszenie za nogi zakonnika pod amboną w kościele.
 091. Wbijanie dziecka na pal. 
092. Powieszenie na drzewie kobiety do góry nogami i znęcanie się nad nią przez odcięcie piersi i języka, rozcięcie brzucha i wybranie oczu oraz odcinanie nożami kawałków ciała. 
093. Przybijanie gwoździami małego dziecka do drzwi.
 094. Wieszanie na drzewie głową do góry. 
095. Wieszanie na drzewie nogami do góry. 
096. Wieszanie na drzewie nogami do góry i osmalanie głowy od dołu ogniem zapalonego pod głową ogniska. 
097. Zrzucanie w dół ze skały. 
098. Topienie w rzece. 
099. Topienie przez wrzucenie do głębinowej studni. 
100. Topienie w studni i narzucanie na ofiarę kamieni. 
101. Zadźganie widłami, a potem pieczenie kawałków ciała na ognisku. 
102. Wrzucenie dorosłego w płomienie ogniska na polanie leśnej, wokół którego ukraińskie dziewczęta śpiewały i tańczyły przy dźwiękach harmonii. 
103. Wbijanie koła do brzucha na wylot i utwierdzanie go w ziemi.
 104. Przywiązanie do drzewa człowieka i strzelanie do niego jak do tarczy strzelniczej. 
105. Prowadzenie nago lub w bieliźnie na mrozie. 
106. Duszenie przez skręcanie namydlonym sznurem zawieszonym na szyi, zwanym arkanem. 
107. Wleczenie po ulicy tułowia przy pomocy sznura zaciśniętego na szyi. 
108. Przywiązanie nóg kobiety do dwóch drzew oraz rąk ponad głową i rozcinanie brzucha od krocza do piersi. 
109. Rozrywanie tułowia przy pomocy łańcuchów. 
110. Wleczenie po ziemi przywiązanego do pojazdu konnego. 
111. Wleczenie po ulicy matki z trojgiem dzieci, przywiązanych do wozu o zaprzęgu konnym w ten sposób, że jedną nogę matki przywiązano łańcuchem do wozu, a do drugiej nogi matki jedną nogę najstarszego dziecka, a do drugiej nogi najstarszego dziecka przywiązano nogę młodszego dziecka, a do drugiej nogi młodszego dziecka, przywiązano nogę dziecka najmłodszego. 
112. Przebicie tułowia na wylot lufą karabinu. 
113. Ściskanie ofiary drutem kolczastym. 
114. Ściskanie razem dwie ofiary drutem kolczastym.
115. Ściskanie więcej ofiar razem drutem kolczastym. 
116. Periodyczne zaciskanie tułowia drutem kolczastym i co kilka godzin polewanie ofiary zimną wodą w celu odzyskania przytomności i odczuwania bólu i cierpienia. 
117. Zakopywanie ofiary do ziemi na stojąco po szyję i w takim stanie jej pozostawienie. 
118. Zakopywanie żywcem do ziemi po szyję i ścinanie później głowy kosą. 
119. Rozrywanie tułowia na wpół przez konie. 
120. Rozrywanie tułowia na wpół przez przywiązanie ofiary do dwóch przygiętych drzew i następnie ich uwolnienie. 
121. Wrzucanie dorosłych w płomienie ognia palącego się budynku. 
122. Podpalanie ofiary oblanej uprzednio naftą. 
123. Okładanie ofiary dookoła słomą-snopem i jej podpalenie, czyniąc w ten sposób pochodnię Nerona. 
124. Wbijanie noża w plecy i pozostawienie go w ciele ofiary.
125. Wbijanie niemowlęcia na widły i wrzucanie go w płomienie ognia. 
126. Wyrzynanie żyletkami skóry z twarzy. 
127. Wbijanie dębowych kołków pomiędzy żebra. 
128. Wieszanie na kolczastym drucie. 
129. Zdzieranie z ciała skóry i zalewanie rany atramentem oraz oblewanie jej wrzącą wodą. 
130. Przymocowanie tułowia do oparcia i rzucanie w nie nożami. 
131. Wiązanie - skuwanie rąk drutem kolczastym.
132. Zadawanie śmiertelnych uderzeń łopatą. 
133. Przybijanie rąk do progu mieszkania. 
134. Wleczenie ciała po ziemi, za nogi związane sznurem. 
135. Przybijanie małych dzieci dookoła grubego rosnącego drzewa przydrożnego, tworząc w ten sposób tzw. "wianuszki".


Cytat okolicznościowy:
"W jednej z wiosek blisko Krzemieńca małym dzieciom przed mordowaniem ich wykłuwano oczy, wyrywano ręce, nogi i języki. Tak umęczone przebijano widłami. Starszym nabijano w ręce szpilki i torturowano potwornie. Zanotowano fakty przerzynania w pół i głów od ucha do ucha. Przy tem urągano: 'Masz Polskę od morza do morza' " 
Notatka Polskiego Komitetu Opiekuńczego z 30 września 1943 roku.


*****
 Zdjęcia. Uwaga, drastyczne.

(zachowuję specjalny odstęp z uwagi na drastyczność)
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
*****
Nie przypatrujcie się szczegółom. Naprawdę. Tak lepiej.


Lipniki,w powiecie kostopolskim, rok 1943.

Katarzynówka , powiat Łuck,  7-8 marca 1943. Troje polskich dzieci  w wieku 2 lat- zakłute bagnetami, 3 lat - z połamanymi kończynami i 5 lat -  z rozprutym i otwartym  brzuszkiem.



 Kobieta przerznięta piłą. Żywcem.

sobota, 20 lipca 2013

Zanim nuki spadną nam na głowy (2): Wyżyw się a napij się

(...) kiedy kończy się woda, wszystko się kończy.
Podręcznik szkoleniowy japońskiej armii (z okresu przed 1945).

Z racji nastałego nam i miłościwie panującego sezonu ogórkowego, kontynuuję dobre rady pod hasłem "przeżyć koniec świata". Poprzedni a pierwszy wpis poświęcony był zapobieżeniu utraty życia z powodu zamordowania, zrabowania kluczowych dóbr czy podobnych rzeczy (czyli: uzbrojenia się), zaś ten wpis jest poświęcony przeżyciu biologicznego - to znaczy, mówiąc szczegółowo i wprost, coby czcigodny czytelnik miał pełny kałdun.
***

Woda

Kluczowym problemem w warunkach każdej apokalipsy jest woda (typy apokalips omówię później, ale na razie wystarczy sobie uzmysłowić że czy to załamie się sieć energetyczna, czy to spadną nuki, tak czy inaczej wodociągi przestaną działać). Człowiek może przeżyć bez jedzenia znacznie dłużej niż bez wody; podaje się rożne wartości, zależne od wytrzymałości człowieka i temperatury, ale na potrzeby wpisu przyjąłem dane że człowiek może przeżyć 4 do 10 dni bez wody (zależnie od swojej wytrzymałości) i do 15 dni bez jedzenia. Przy czym należy zauważyć że brak wody utrudnia też przyrządzanie jedzenie, pojenie zwierząt, zachowanie higieny - i zużycie wody przez człowieka jest znacząco wyższe podczas pracy fizycznej (a takiej może być dużo w warunkach apokaliptycznych); w warunkach bojowych w czasie II Wojny Światowej przyjmowano że żołnierze w czasie walki mogą wytrzymać maksymalnie dwa dni bez wody, przy czym pierwszy dzień już zwiększał ryzyko omdleń, udarów i powodował znaczące obniżenie skuteczności bojowej.
Ilość wody jaką człowiek powinien przyjmować w warunkach normalnych (średnio) to - za Instytutem Medycznym USA - 2,7 litra wody dla kobiet, a 3,7 litra wody dla mężczyzn. Górną potrzebną granicą jest oczywiście klimat tropikalny - Japończycy w dżungli birmańskiej wyliczyli, że żołnierze potrzebują średnio 7l wody na dobę by uniknąć odwodnienia.

Jak więc widać, zapewnienie sobie źródeł wody to niezwykle ważna kwestia.

Wbrew pozorom, a przynajmniej powszechnym stereotypom, problemem w czasie postapokalipsy nie będzie (raczej) chemiczne skażenie wody, trucizny, cuda-nie-widy i cuda na kiju... bo nie będzie miał kto skażać. Krytycznym momentem faktycznie będzie rozpoczęcie się apokalipsy - przestaną działać oczyszczalnie, a ludzie wciąż będą spuszczać chemikalia np z fabryk - paskudnie może być też w wypadku użycia wojskowych środków chemicznych i celowych zatruć źródeł wody. Ale tym się nie ma co martwić - jeśli wojskowe środki chemiczne skażą wszystkie dostępne nam źródła wody na dłuższy okres czasu to i tak nic z tym nie zrobimy, więc po co się martwić? Martwmy się tym, na co możemy coś zdziałać. Czyli na "zwykłą sytuację".
"Zwykłą" - przestały działać fabryki. Gites, chemikalia nie są spuszczane. Przestały działać oczyszczalnie. Damn, wszystko co wysramy i wyrzucimy w nocniku idzie do wód gruntowych. Deszcze są już mniej kwaśne - fabryk przecież nie ma. Ludzie nie myją aut w rzekach, bo nie jeżdżą autami. Nie działają wodociągi, bo nie działają pompy.

Jeśli ktoś mieszka na wsi i ma studnię... to ma farta. Ktoś inny musi sobie studnię wykopać albo czerpać z rzeki. Studnia wykopana ma tą wadę że trzeba się naharować i nie wiadomo kiedy w końcu będzie ta woda. Ma zaś tą zaletę, że z grubsza wiemy jak dużo gówna trafia do wód w okolicy (nasze kloaki i kloaki sąsiadów) i mamy tą studnię na własność; wodopoje przy rzekach mogą być tymi miejscami gdzie białe twarze polują na jelenie z wiadrami, więc jeśli nie chcemy się czuć jak antylopa gnu pod okiem krokodyla, lepiej zaintersowac się kwestią studni (lub zostać miejscowym krokodylem).
Jak rozpoznać - z grubsza - czy woda w rzece jest skażona jakoś poważnie, czy jeszcze/już nie? Jeśli w rzece pływają ryby, a po rzece kaczuszki to znak, że my tez mamy szansę przeżyć kontakt z tą wodą (i na dodatek możemy coś złowić/upolować. Oczywiście, w czasie przed apokalipsą nie radze jeść rybek np. z Odry. Znani mi rybacy takowe rybki wrzucają z powrotem lub nielitościwie karmią nimi kota - jak ktoś nie lubi swojego kota, why not? [teraz ludzie myją auta w rzekach]).

Dobrze, zapyta mnie wychowany na Falloucie i nałogowo grający w Neuroshimę gracz - ale skoro nie chemikalia, skoro nie trucizny, skoro nie kwaśne deszcze, skoro nie Moloch, nie Skynet i nie komuniści, to czego mamy się strzec przy picu wody, czemu nie brać jej od razu mimo lekko brązowego koloru?

Gówna, mości graczu, gówna. Większość epidemii jakie przetoczyły się przez świat (w tym w szczególności Europę) w czasach przed wiekiem XX było spowodowanych naszym gównem, a konkretnie nieczystą wodą. Jak wykazał w 1855 roku John Snow, przyczyną epidemii cholery w Londynie był pobór wody do systemu wodociągów z Tamizy poniżej punktu odprowadzania ścieków do tejże rzeki. Picie własnego gówna zmieszanego z wodą, a konkretniej - picie z wodą bakterii fekalnych jest cholernie niezdrowe. Głównie dlatego, bo wywołuje taką uroczą chorobę jak cholera, która aktualnie już dość rzadko występuje, ale dawniej była zmorą życia miejskiego (i czasem wiejskiego). Poza epidemiami poważnych chorób, zanieczyszczona woda może nas powalić na dziesiątki albo i setki parszywych sposobów, ale najbardziej prozaicznym może być biegunka. Jeśli w warunkach postapokalipsy złapie Cię biegunka, masz dużą szansę na przesranie swojego życia - dosłownie i w przenośni. Nawet jak przeżyjesz, to będziesz poważnie osłabiony, stracisz dużo cennej żywności (która przejdzie przez Ciebie jak trawa przez gęś) i dużo wody - nieodkażonej, ale też nie takiej łatwej do zdobycia.
Więc, unikaj biegunki, cholery i bakterii fekalnych. W tym celu, należy wodę oczyścić.

Środków jest kilka. Najbardziej dostępnym, możliwym dla każdego posiadającego garnek i patyki, jest gotowanie. 10-15 minut gotowania wody (dla laików kuchennych - coś jak ja - 10-15 minut od zagotowania czyli od kiedy zacznie bulgotać) - to powinno wystarczyć by zabić większość bakterii. Oczywiście, gotowanie ma tą wade że zużywamy opał (dosć cenny, zwłaszcza jeśli Winter is coming) i pokazujemy dymem "hej, tu jestem, coś gotuje czyli coś mam!", co nie zawsze jest pożądane. Można więc używać wszelakich filtrów survivalowych (dostępne w sklepach) które co prawda na wieczność nie wystarczą, ale w czasie krótkiej a "małej" apokalipsy mogą starczyć, przynajmniej na pewien czas. Można zakupić tabletki do uzdatniania wody - działają na bazie chloru; smak jaki pozostawiają żołnierze II Wojny Światowej nazywali "kwasem akumulatorowym" co świadczy o niezbyt dużych walorach, ale jako żelazna rezerwa... Jeśli musimy się szybko ewakuować, nie mając czasu lub możliwości na gotowanie po drodze, żelazny zapas tabletek uzdatniających może nam uratować życie.
Jest też... alkohol. W przeciwieństwie do środków chemicznych i filtrów jest łatwo dostępny - nawet jak się obudzisz z ręką w nocniku w czasie apokalipsy, zawsze możesz pobiec do monopolowego - i jest BARDZO skuteczny na bakterie. Alkohol o stężeniu 62% można używać do mycia rąk w BARDZO trudnych warunkach, bo zabija 99,99% bakterii i niektóre wirusy (opryszczki, grypy, ospy).
Oczywiście, picie "absolutnie bezpiecznego dla nas" alkoholu w stężeniu 62% i 38% wody raczej pić nie będziemy, bot o może zabić nie tylko bakterie, ale i dać w kość nam. Ale zamiast tego można użyć sposobu polowego żołnierskiego - mieszamy wino w proporcjach 4 objętości wody i 1 objętość wina, co powinno zabić większość bakterii (bez ryzyka nie ma zabawy); tak uzyskany napój będzie miał zawartość alkoholu w granicach 2-3% (co nas niezbyt upije, a bakterie najbardziej szkodliwe zabije). oczywiście, do mieszania z wodą można użyć mocnych alkoholi, ale problemem jest tu dokładne wymieszanie. Użycie w tym samym celu whiskey 40% wymusza proporcje 19:1, co niezwykle utrudni równe wymieszanie trunku z wodą (a co tu mówić o mieszaniu spirytusu 95%?) - zwłaszcza mając do dyspozycji parę butelek, menażkę i na przykład łyżkę. Wino czy piwo jest tu łatwiejsze do zmieszania, choć niewątpliwie wyżej procentowe alkohole o tej samej objętości mogą zdezynfekować większą ilość życiodajnej wody.
Pewną opcją jest też przerabianie wody na alkohol, w sensie piwo lub wino (słabe piwo miało  w Średniowieczu ogromną popularność właśnie przez bezpieczeństwo. Ludzie nie wiedzieli co to bakteria, ale wiedzieli - empirycznie - że po piwie nie dostaną biegunki).
Czasem, by wytworzyć płyn dezynfekujący, jednak łatwiej będzie dokonać procesu destylacji, czyli pędzić bimber przeznaczony do rozmieszania z wodą w warunkach polowych.
Aparat do destylacji. Laboratoryjnej. Z grubsza - zacier na dole, alkohol (z "zanieczyszczeniami", jak para wodna) ulatnia się w formie gazu i idzie w górę, trafia do chłodnicy i tam się skrapla. Poniżej, jest to przedstawione prościej - na średniowiecznym alembiku.


Oczywiście, należy pamiętać że destylacja bimbru w Polsce jest prawnie zakazana (nawet na użytek własny); można robić wino, piwo, nalewki (i wszystkie substancje będące wynikiem zmieszania produktów spirytusowych z innymi), można też destylować... ale pod warunkiem że produkt nie będzie miał więcej niż 15% zawartości alkoholu; jest to do ciężkie uzyskania (tak żeby to jeszcze było ekonomiczne), chyba że jakoś sprytnie w fazie skraplania ekstra dodamy do produktu wody, by go rozcieńczyć... No, nie moja broszka - ja w każdym razie do łamania Świętego Monopolu Spirytusowego Państwa nie namawiam (czyt. pędzenia nielegalnego bimbru). Przynajmniej nie przed apokalipsą.


Skoro mamy już zapoznane sposoby pozyskiwania i ~uzdatniania wody, czas przejść do "paliwa" dla ludzi, czyli pożywienia.
***

Jedzenie
Uwaga - z góry zastrzegam, że wszelkie moje wypowiedzi nt. hodowli, polowań czy innego pozyskiwania mięsa nie tyczą się sytuacji obecnej, normalnej, a tylko i wyłącznie ekstremum - stąd nazwa "apokalipsa". W warunkach normalnych ciężko sobie wyobrazić by ktoś zabijał zwięrzątko de facto domowe na mięso, ale my NIE mówimy o warunkach normalnych i gęby proszę mi nie doprawiać.
Ciekawym punktem widzenia, odmiennym spojrzeniem na kwestię mięsożerstwa jest spojrzenie na obecne jego spożycie jako na nienaturalne, a jako naturalne traktować polowanie. Filozofia rasy (obcej rasy) w cyklu sf. "Przybysz" C.J. Cherrych jest tutaj interesującym innym spojrzeniem. Że zwierzęta, przez swój status żywej istoty i przez szacunek dla ich życia, powinny być zabijane na mięso wyłącznie na wolności (czyli poprzez polowanie), a hodowla uwłacza im - coś jak hodowla ludzi przez Marsjan Wellsa uwłaczałaby ludziom. Ciekawy punkt widzenia, dobry na odrębną dyskusję (i niewprowadzalny w obecnym stanie rzeczy. Szkoda, właściwie).

Każdy z nas musi jeść. Jedzenie jest nam niezbędne, do zdobycia cennych kalorii, pozyskania witamin i innych substancji odżywczych... Co prawda, bez jedzenia można przeżyć do 15 dni (są i inne rekordy, ale interesuje nas średnia, nie starannie przygotowywane rekordy), ale zakładając małe zużycie energii, czyli mało aktywne przeżycie tych 15 dni. W czasach apokalipsy i postapokalipsy na pewno nasze życie będzie pełne wrażeń, więc będziemy potrzebować odpowiednich ilości jedzenia.
I jak żyć? Jak życie, panie prehistoryku?

Cóż, przede wszystkim problem z zaopatrzeniem mają mieszkańcy obszarów miejskich. teoretycznie można zrobić zapasy żywności, można je zwiększyć tuż po apokalipsie wypadem do jakiegoś supermarketu, ale to na długo nie wystarczy. Zwłaszcza że w okolicy będą tysiące innych, głodnych a chętnych.
Mieszkańcy okolic wiejskich problem mają nieco mniejszy - co prawda w obecnych czasach praktycznie już model samowystarczalnego gospodarstwa wiejskiego (tu świnki, tu kury, tu krowa, tu koń a tam zboże wysiane) odchodzi do lamusa, a w ramach postępu ekonomicznego nastaje model produkcji masowej - same kurczaki, same truskawki, samo zboże, same krowy, same świnie i tak dalej. Ma to oczywiste zalety, ale po apokalipsie będzie miało ogromne wady, bo i model gospodarki na wsi runie. Paszę dla zwierząt gospodarze też skądś kupują, jak uprawiają pola - traktory an powietrze nie jeżdżą itd itp. Stosunkowo najłatwiej maja sadownicy, bo brak oprysków spowoduje że po prostu plony będą gorsze, a zbiór i tak się robi ręcznie; ale i tak nie będą mieli różowo.

Jaki z tego wniosek? Na dłuższą metę, zwłaszcza przy apokalipsie średniego lub wysokiego kalibru której końca raczej nie przewidujemy, żadne zapasy żywności nam nie pomogą - trzeba myśleć o samowystarczalnej produkcji żywności. Mieszkańcy miast w razie apokalipsy nie mają wyjścia, muszą się ewakuować gdzieś dalej od miasta, by móc się jakoś wyżywić. W mieście na ile każdy ma indywidualne zapasy - na tydzień? Jak ktoś ma jeszcze ogródek przydomowy, to może wszystkie warzywka zusammen do kupy wystarcza na 2-3 tygodnie. W marketach i sklepach nie mają dużych zapasów, dostawcy na bieżąco przywożą; ewentualnie hurtownie... ale pewnie o hurtownie będzie największy bój między wszystkimi którzy mogą brać po gębach. Zakładając maksimum zapobiegliwości, szczęścia, ogródka, zbiorów i farta w sklepie, możemy liczyć na zgromadzenie zapasów na 1,5 miesiąca oszczędnego przeżycia.

Półtorej miesiąca. To może i jest nieco dużo, daje to szanse na przetrwanie krótkiego załamania cywilizacji (lokalnej katastrofy), ale na długą metę to bardzo mało. Zresztą - jeśli nawet krótkie załamanie cywilizacji wydarzy się w zimie, powiedzmy w grudniu (kiedy nie ma co liczyc na ogródek..), to tosme su v predli jak to mawiają bracia Czesi i możemy się drasatycznie przekonać jako to wyglądało "zemrzeć na przednówku" w Średniowieczu. Co możemy na to zdziałać? Jeśli ktoś jest paranoiczny i czci prawa Murphy'ego, to niech kupuje więcej na zimę, robi konfitury, przetwory owocowe i tak dalej. Zresztą, konfitury i przetwory warto robić i bez tego, bo raz, że to zdrowe, dwa, że to tego nie trzeba działki, trzy że to tańsze niż podobne jakościowo wyroby komercyjne...

Przeżycie w mieście można przedłużyć sobie - zwłaszcza w warunkach zimowych - przez próby myśliwsko-zbierackie. Zbieractwo, to znaczy dalsze ekhm, odwiedzanie sklepów - ale może być mało efektywne i niebezpieczne z uwagi na konkurencję. Zbieractwo roślin też może wspomóc, ale bardzo słabo - bo co można znaleźć w mieście? Kasztany wziąć i upiec (to przysmak, na przykład we Francji)? Poszukać nielicznych drzew owocowych? Jeść korzonki, ryzykując własną nikłą wiedzą przyrodniczą? No i to łowiectwo, czyli załatwienie problemu bezdomnych psów, odłów zwierząt okolicznych, rybołóstwo, czy wreszcie własna ograniczona hodowla...
Zaraz, zaraz. Hodowla?
Tak. Hodowla małych zwierząt, w rodzaju królików, chomików, szczurów czy świnek morskich. Mimo że wielu posiadaczy tych zwierząt może mnie teraz odsądzać od czci i wiary, przypominam że mówimy o ekstremum i planach przeżycia w warunkach trudnych - a lepsze jedzenie milusich puszystych króliczków niż umieranie lub gorsze czyny, jakie bliźni może czynić bliźniemu w warunkach skrajnych.
Hodowla wyżej wymienionych zwierząt ma te zalety, że są one wszystkożerne. Trawy, siana czy roślinek doniczkowych ludzie sami nie spożyją - ale mogą tym nakarmić zwierzęta (i podtuczyć). Dodatkowo, zwierzęta te są małe, co ułatwia ewentualne zabicie ich na mięso. Człowiek współczesny jest cywilizowany i nie posiada umiejętności, hmm, rzeźnickich (poza rzeźnikami, oczywiście), a takie małe zwierzę łatwiej zabić w sposób nie powodujący niepotrzebnych cierpień i własnych problemów moralnych (może je zmiękczyć głód, ale mówimy tu o nie doprowadzenia się do sytuacji gdy jesteśmy obłąkani z głodu).
Małe zwierzątka też łatwo w razie czego przyrządzić - łatwiej nabić na patyk i uwędzić, nie ma takich problemów jak z dużymi pasami chociażby.

Jednak, prędzej czy później, należy się z miasta ewakuować. I nie ma co gdybać i się zastanawiać - jeśli nie ma zimy i warunki atmosferyczne na to pozwalają (bo taki śnieg po kolana to taki średni jest), a mamy jeszcze jakiekolwiek zapasy żywności, to ładujemy je na plecy i idziemy sobie. Oczywiście, dom jest moją twierdzą i zapewnia mi pewne schronienie, ale czekanie w mieście na nastanie nieuchronnego katastrofalnego głodu może być tylko złym wyborem. Miasto nie wyprodukuje żywności, nawet nie dla ułamka ludności zamieszkującej, dlatego prędzej czy później może dojść do klimatów znanych z "Drogi" Cormaca MacCarthy'ego - czyli kanibalizmu. Książkę polecam przeczytać, choćby by zobaczyć jak w niektórych wizjach ludzkość się może stoczyć - i dlaczego warto w takim razie nawiać z miasta zanim będzie za późno.

Ewakuować najlepiej jest nie samemu, a w grupie, najlepiej - paradoksalnie - dużej. Głównie dlatego, że w takim samowystarczalnym gospodarstwie potrzebnych jest mnóstwo sprzętów, a jedna czy nawet dwie osoby większości potrzebnych rzeczy nie wezmą; poza tym podróżowanie w zwartej, ufającej sobie i wspierającej się grupie pozwala zapobiec wielu niebezpieczeństwom. O ewakuacji jeszcze będzie wpis i to chyba osobny, ale na potrzeby tego wpisu zakładam, że ewakuowaliśmy się w grupie co najmniej kilkunastoosobowej, co najmniej wraz z niezbędnymi narzędziami (np. szpadel ew. saperka, motyka, siekiera, piła itd. - oraz oczywiście, wymienione w poprzednim wpisie możliwości zabezpieczenia siebie. Zaletą grupy jest to, że jak kilka osób taką para-broń będzie miało, to może wystarczyć do odstraszenia), a także że grupa wylądowała gdzieś w przestrzennym, oddalonym, lekko dzikim miejscu - zgodnie z zasadą "człowiek jest największym zagrożeniem", która w warunkach apokalipsy i postapokalipsy jest chyba najrozsądniejsza; niby to paranoja, ale są sytuacje gdy paranoja jest sposobem na przeżycie. Zwłaszcza jak mówimy o możliwym potencjalnym wielkim głodzie.

Mieszkańcy regionów wiejskich mają o tyle lepiej, że zaludnienie jest tam znacznie mniejsze, więc przy odrobinie szczęścia mogą utworzyć bardzo silną grupę - wioska, przysiółek, kilka rodzin obok siebie mieszkających - która wzajemnie może się wspierać, pomagać i łatwo uzupełniać. Zwłaszcza jeśli owe rodziny zajmowały się przed apokalipsą innymi rodzajami gospodarstw - jedni świniakami, inni krowami mlecznymi, inny mięsnymi, inni zbożem... to bardzo ułatwia zadanie, bo połączenie sił (przy czym pamiętamy o znaczącym spadku skali, z uwagi na kres mechanizacji i sprowadzanych dóbr zewnętrznych) może zapewnić samowystarczalność takiej dużej grupie. Przy jakich środkach? W jakim stopniu? Przyznam, że nie mam pojęcia, bo to w każdym wypadku zależy od typów gospodarstw i od grupy. 
Pod wszelkimi względami bardziej jednak jest interesujące przeżycie obywateli z miast pochodzących, co się ewakuują w ucieczce przed głodem. Jeśli nie dołączą do jakiejś społeczności wiejskiej - radzącej sobie lepiej lub gorzej, a która może przyjąć uciekinierów przez znajomości lub np. z powodu pokrewieństwa - muszą sobie radzić sami.

Tedy problem - 
Gospodarstwo samowystarczalne pod względem żywnościowym, how to?

Z góry należy brać pod uwagę, że żadne jednolite źródło pożywienia nie wyżywi naszej domniemanej grupy; zboża na wysiew przecież nie posiadamy po domach, jarzynami z popularnie dostępnych nasion ciężko nasycić żołądek na długą metę (ile marchewek by trzeba by przez trzy miesiące nasycić, powiedzmy 10 osób, z czego 3 mężczyzn, 3 kobiety 4 dzieci...? Obawiam się że za dużo), a poza tym z jarzynami i nasionami jest ten problem, że obecnie w sklepach są sprzedawane nasiona jałowe, to znaczy że wysiewamy je jeden raz, ale plon przez nas otrzymany nie daje nam nasion które moglibyśmy posiać ponownie - po prostu nasiona są sterylizowane i nie rośliny przez nas wyhodowane nie mogą się rozmnażać. Więc, chociaż warto jest się ewakuować z paroma torebkami nasion - bo lekkie - to jedzenie marchewki i pietruszki nie rozwiąże naszego problemu na długa metę, może nas wspomóc na jeden sezon.
Nu, ale zawsze to wsparcie na pewien czas, zanim nabierzemy większej wprawy w innych możliwych źródłach. A co nam jeszcze zostaje?
Zbieractwo, ale tu już jest skala znacznie większa niż w mieście. Dzikie jeżyny, rosnące gdzieniegdzie drzewa owocowe, orzechy, kasztanowce - słowem, wszystko. Oczywiście, wymaga to przechodzenia w ich poszukiwaniu dużych połaci terenu, ale taka uroda populacji zbieracko-łowieckiej (dla grupy rzędu kilkunastu osób na stałe potrzeba by obszaru rzędu 50-100 km^2).
Solidnym oparciem może być też łowiectwo. Wbrew pozorom, w naszych lasach i na terenach podmiejskich są wciąż duże populacje jeleni, dzików i podobnych im zwierząt łownych. Odnalezienie ich przez łowców to jest kwestia szczęścia i umiejętności (mówimy o mieszczuchach: szczęścia), więc można tu mówić o dużych ssakach jako o czymś co się może zdarzyć, ale nie za często - a jak się zdarzy, mięso należy zakonserwować na przyszłość, jako wysokokaloryczną rezerwę. Poza dużymi ssakami, są też jednak w znacznie większych ilościach małe zwierzęta - i to zarówno w lasach, jak i na polach. Węże? Nawet jadowitego (a taka w Polsce jest rodzima tylko żmija zygzakowata) można zjeść, trzeba go pozbawić głowy i kolców jadowych (nie daję gwarancji jednak 100% - nigdy nie przyrządzałem...). Wiewiórki i inne maleństwa? Łapiemy na przynęty podobne do pułapek na myszy. Rysie, żbiki, kuny? Polowanie z zachowaniem ostrożności: to mały drapieżnik, ale jednak drapieżnik.
Zalecane jest przy polowaniu używanie wszelakich sztuczek, bez używania szerszego broni palnej (bo cenna amunicja, jeśli w  ogóle tą broń mamy). Sidła, wilcze doły, wnyki, cały asortyment naszych sprytnych przodków.

Polowanie na ptaki to osobne zagadnienie - trafienie w cel poruszający się w trójwymiarze to problem większy niż trafienie w jelenia, dlatego polowania z użyciem cennej broni palnej (i para-palnej) uważam za marnotrawstwo; ale wszelkie próby z siatkami - rozpięte siatki między drzewami, i dopiero po tym próby polowań z kamieniami czy kijami - podchody nadrzewne i tak dalej mogą być bardziej opłacalne, zwłaszcza jak się dojdzie do wprawy w rzucaniu kamulcami. W wypadku osób umiejących chodzić po drzewach, zdobycie jajek ptaków też może być wzbogaceniem posiłków grupy - jajka nie latają, a możliwe że ptaki same zaatakują "złodziejów" (i tym samym, z punktu widzenia myśliwych, wskoczą do gara).
Innym rodzajem "łowiectwa" można nazwać rybołówstwo. Trudno znaleźć jednak rzeki pełne ryb - a po apokalipsie tym bardziej, bo ludzie się rzucą łowić - ale jeśli już taki potok znajdziemy, to zamiast się bawić w wędki, staramy się go przegrodzić na szerokim zakresie i wyłapywać ryby pomiędzy tymi siatkami. jeśli myślimy bardziej przyszłościowo, można wypuścić narybek - ale to zależy od tego czy go rozpoznamy i czy nasz głód jest odpowiedniej skali...
Do tego wszystkiego, dochodzi jeszcze hodowla. Jest to według mnie najbardziej istotna sprawa, ponieważ o ile rolnictwo (z uwagi na trudności z jałowymi, sterylnymi nasionami) jest w większości poza naszymi możliwościami - o tyle hodowla jest nieco prostsza. Nie mówię że "łatwiejsza", ale prostsza. Musimy mieć zwierzęta i musimy je tuczyć; najlepiej mieć samce i samiczki, bo wtedy będą się mnożyć. Hodowla ma tą zaletę, że zwierzęta hodowlane - wymienione wyżej miejskie niewielkie chomiki, szczury, świnki morskie i króliki, ale także takie niezbyt dostępne w mieście, jak krowy, kozy, konie, owce - jedzą trawę, która jest dla ludzi niestrawna; a same są dla ludzi i owszem strawne, przez co udanie zagospodarują część natury, której my wykorzystać nie możemy. A trawa to jednak wszędzie rośnie i łatwo ją znaleźć...
Z wymienionych zwierząt hodowlanych miejskich, jedynymi których hodowlą możemy naprawdę istotnie wzmocnić nasz budżet żywnościowy, są świnki morskie i króliki (z uwagi na wymiary); jeśli grupa będzie miała możliwość udomowić lub zdobyć w czasie ewakuacji większe ssaki (koniec, owce, kozy, krowy - i tutaj chyba zwłaszcza konie, bo ich stadniny są obecne w okolicach miast. Choć i kozy też są czasem spotykane na osobnych hodowlach, ale na pewno rzadziej), to taki większy ssak lub ich grupa może istotnie zabezpieczyć bezpieczeństwo żywnościowe. Nawet pojedynczy może służyć stale jako pomoc (silny w  końcu), a może też być zabezpieczeniem na zimę lub trudne czasy, jako duża kupa mięsa. Jako grupa mieszana (samce i samice)... korzyści rosną ex-potencjalnie - raz, że się mnożą (czyli będzie ich więcej i zjedzenie "kozy na czarną godzinę" nie będzie likwidacją stada), dwa, że dają mleko (końskie ponoć da się pić - w Mongolii na przykład to robią - a innych jest i teraz możliwe gdzieniegdzie do kupienia). Stado mieszane dużych ssaków to najlepsze co się grupie ewakuacyjnej może przytrafić, bo umożliwia solidne zabezpieczenie się zaopatrzeniowo, potencjalnie też kości i skóry po dużych ssakach łatwiej wykorzystać niż po małych zwierzątkach.
Udomowione ptaki też się mogą przydać, ale to skala jeszcze mniejsza niż duże ssaki. Za to dają jajka - wzbogacenie diety na stałe może być mile widziane. A jeśli problemy związane z hodowlą okażą się większe niż zyski, zawsze można je zjeść; problematyczne jest to, że ptaki normalnie hodowlane są raczej latające i w klatkach, a kury czy gęsi to po miastach się raczej nie hoduje (i mało kto wie jak to robić); ale próbować można, tak samo jak ewentualnego udomowienia dzikich ptaków - zwłaszcza gołębi.
Koty w hodowli nieprzydatne. Jeśli nie masz zaplecza rolniczego, które mogą zjeść myszy, to są nieprzydatne dla grupy. Przykro mi. psy mogą być przydatne, jeśli z powrotem odkryją swój instynkt łowiecki, albo jeśli będą wspomagać pastersko przy posiadanym większym stadzie; koty niet. Przykro mi, kociarze, ale sami się wpędziliście w relację master&slave, gdzie nie Wy jesteście masterem...

Ostatnią opcją, desperacką, są korzonki i owady. Wiem że to niektórym zabrzmi obrzydliwie... wróć, to jest obrzydliwe, ale w warunkach paskudnego głodu i owady można przysmażyć i spróbować jeść. O gotowanych ślimakach nawet nie wspominam; pędy młodych roślin normalnie niejadalnych dla ludzi mogą ponoć po ugotowaniu chociaż zapełnić i ogłuszyć żołądek (oszukać - żeby nie przeszkadzał, gdy żarcia szukasz).

A tak swoją drogą - ciekaw jestem, czy wielcy czciciele chomików i świnek morskich, mając wybór woleliby zjeść takie milusi puszyste zwierzątko, czy w imię miłości do futerkowych zjeść pieczoną mrówkę...?
Nawiązując do powyższego - a może taka osoba wolałaby głodować? Z drugiej strony, deklaracje o głodowaniu nie brzmią przekonująco w erze takiego dobrobytu, jaki teraz mamy. Really.


Podsumowując możliwe gospodarstwo: hodowla na ile to możliwe! Łowiectwo, jeśli macie inklinacje i zwierzynę (zawsze jakaś jest, ale czy odpowiednia...)! Zbieractwo, na dopełnienie potrzeb.
Rolnictwo to najtrudniejsza sztuka i u nas zależy od ziaren (bulw?). Jak komuś się uda, to będzie ustawiony (chociaż... ze stadem kopytnych łatwiej potencjalnie zwiać niż z kilkoma arami ziemniaków...).


Ciekawą ideą jest wędrowny tryb życia dla grupki - w celu maksymalizacji wykorzystania zasobów z mniejszych obszarów. Jak przodkowie!
Aha. I jeszcze ważna dewiza na temat pozyskiwania żywności. "Nie trać więcej energii na poszukiwania, niż uzyskasz ze znalezionej żywności." Z kijem nie ganiamy za zającem. Poziomki może mniej nasycą, ale łatwiej, je, hmm, złapać (choć, oczywiście, kto nie próbuje, ten nie złapie).


Konserwacja

Z uwagi na istotę sprawy, wspomnę jeszcze pokrótce o konserwacji żywności, która może być bardzo istotna przy braku lodówki, bo prądu ni ma a  my tutaj zresztą i tak już ewakuowani z miasta, a zima się zbliża...

1) Zamrażanie vel chłodzenie. Metoda najprostsza, ale przy braku lodówki paskudnie utrudniona. Proponuję sposób syberyjski - w zimie wystawić po prostu na dwór (ale zabezpieczone, by zwierzęta się nie dobrały); można też wykopać sobie "piwniczkę", jak najbardziej podziemną - w celu zachowania niskich temperatur. W zimie nanieść tam, śniegu, ewentualnie wykopać osobną piwniczkę/jamę na śnieg i przetrzymywanie produktów "zamrożonych" w śniegu. Głęboko w ziemi, w prowizorycznej "piwniczce" śnieg może utrzymywać się miesiącami, mimo skwaru na zewnątrz (zwłaszcza że zadbamy o odpowiednią izolację np drewnem... prawda, że zadbamy?), a póki śnieg, póty niskie temperatury.
"Zamrażać" można tak owoce, warzywa, mięso. 

"Chłodzić" (piwnica) można praktycznie wszystko wydłużając termin przydatności (ale nie jajka i mleko - je trzeba na świeżo; ryby też należy wcześniej posolić, mięso uwędzić... eh. Zamrozić lepiej.) - czasem nieznacznie, ale najlepiej rzeczy które planujemy niedługo wykorzystać - wot, przetrzymanie na parę dni dłużej.

2) Kiszenie. Kapusta i ogórki - jeśli mamy i uprawiamy (i chcemy mieć jeszcze trochę). Kapustę ubijamy, by było w zbiorniku jak najmniej powietrza i kisimy; ogórki kisimy w roztworze soli 4-7%. Jeśli mamy sól... Jeśli mamy: koper, chrzan, czosnek, gorczyca, liście laurowe, majeranek lub estragon, można dodać do kiszonych ogórków. Taaaak.

3) Marynowanie. Ogórki, grzyby, cebulę, dynię, gruszkę, śliwkę, buraka, chrzan, mieszanki warzywne. Marynatę stanowi mieszanina wody; 0,3-0,6% octu (ocet można łatwo uzyskać jak nam się nie uda robienie wina); przyprawy (chrzan, pieprz majeranek, czosnek); 2% soli kuchennej; 0,5% cukru. Grzyby wymagają 2-3% octu; śliwki 1,5-2,5%. Grzyby i śliwki wymagają wstępnego podduszenia. Należy pamiętać o pasteryzacji słojów z gotowymi produktami (gotowanie słoików we wrzącej wodzie). Ryby zalewamy octem w proporcji 1l wody na 0,5 szklanki octu.

4) Solenie. Solić można przede wszystkim mięso (słoninę), z surowym gorzej.
W solance (o różnych roztworach) moczymy i podduszamy(jeśli mamy jak, of course): grzyby (12-16% stężenia solanki), marchew, pietruszkę, seler, por (16-18%), ryby (17-26%, zależy jak bardzo solone chcemy) - ryby należy przechowywać w temperaturze 2-3 stopni Celsjusza. Z grubsza. jak uzyskamy w piwniczce.

5) Cukier. Konfitury i dżemy - jeśli mamy cukier. 
Jeśli mamy oliwę, to w oliwie można "utrwalić" smażone i solone ryby.

6) Suszenie - potrzebne odizolowane pomieszczenie do suszenia, o minimalnej wilgotności, stałej temperaturze i dobrym przepływie powietrza. Suszymy warzywa, owoce i grzyby. Warzywa korzeniowe, groszek i kapustę przed suszeniem poddaje się wstępnemu podgotowaniu na patelni (jeśli mamy).
Suszymy mięso wołowe i wieprzowe, ale tylko chude oraz drób.

7)  Wędzenie. Do prymitywnego wędzenia możemy użyć  beczki z drążkiem przykrytej mokrym workiem; od dołu do beczki rurą doprowadzamy dym z ogniska.

Zdjęcie jak i gros informacji o wędzeniu pochodzi ze strony Sztuka wędzenia. Jak ktoś jest zainteresowany szerzej tematem wędzenia, polecam poczytać. Przepisywanie całości jest bezcelowe, daję więc skrót.

Wędzenie mięsa na gorąco (temperatura dymu od 25 do 45 stopni Celsjusza) trwa około 2-3 godziny; 40 minut staramy się najpierw by obeschły, potem 1,5 h wędzimy w gęstym dymie, a potem 20 minut podpiekamy w gorącym dymie. Produkt jest do spożycia nie od razu, ale raczej w miarę szybko. Przechowujemy w piwnicy, rozwieszone, tak by kawałki mięsa się nie stykały ze sobą.

Wędzenie na zimno (temperatura od 16 do 22 stopni Celsjusza); wędzimy 14-16 dni. Metoda bardzo pracochłonna (polecam doczytać), ale produkt ma wyższa trwałość niż przy prowizorycznym wędzeniu gorącym.


***

Mam nadzieję, że moje porady żywnościowe i przemyślenia sprawią, że z większym smakiem będziecie się zajadać szynką/kiełbasą/serem/chlebem, pijąc wodę mineralną lub napoje z mniej lub bardziej bakteriobójcza zawartością alkoholu. Z góry zapowiadam, że za próby realizacji moich propozycji w czasach przedapokaliptycznych nie odpowiadam i się odeń odcinam 
- noż kurde ludzie! Macie dwieście metrów do sklepu gdzie możecie kupić pyszne bułeczki a obok w mięsnym kiełbasę, a Wy chcecie w survival się bawić!

Za to życzę smacznego gdy niebo spadnie nam na głowy.

Następny wpis z cyklu dotyczyć będzie kategoryzacji apokalips względem skali. Oi, lads, będzie się działo i znów będą mnie odsączać od czci i wiary za paranoję i militaryzm...

Prosty filtr do mechanicznego oczyszczenia wody z mułu, pyłu, resztek roślin. Zdjęcie ze strony 17 Wielkopolskiej Brygady Zmechanizowanej