poniedziałek, 13 października 2014

Admirał - recenzja filmu

„W ciągu roku zdarzy się jedno z dwóch: albo Konstytuanta zbierze się w Moskwie, albo zginę."
Admirał Kołczak, wiosna 1919


Od dłuższego czasu nie pisałem - ostatnio każdy wpis zaczynam od tego wstępu - ale ostatnio pojawił się impuls do pisania. Po pierwsze, zmniejszyłem prędkość życia i przestałem mieć dylatację czasu związaną z uciekającymi przez palce dniami ("co, już sierpień? a to nie miał być czerwiec?!"). Po drugie, w przypadku tego wpisu, impulsem było oglądnięcie filmu "Admirał".

"Admirał" (ros. Адмиралъ) jest filmem produkcji rosyjskiej, opowiadającym o cząstce życia, a konkretniej końcu Admirała Aleksandra Wasilijowicza Kołczaka (ros. Александр Васильевич Колчак; angielskojęzyczna historiografia podaje nazwisko "Kolchak". Ja jednak będę się w niniejszym wpisie będę nazywał admirała tak, jak go się nazywa w polskiej historiografii: Kołczak, bez podawania otczestwa). Historia Kołczaka, jak i całej wojny domowej w Rosji jest w Polsce stosunkowo mało znana - nie mówię tylko o przeciętnych obywatelach, ale i brakuje biografii poświęconej wyłącznie jemu! - dlatego oglądanie filmu potraktowałem jako element dalszego przybliżania sobie jego nietuzinkowej postaci.

Celowo piszę o "cząstce życia", bo... cóż, czytelnik jest rozsądny i zapewne wie, że filmy historyczne, przedstawiające czyjeś życie, muszą przedstawiać tylko cząstkę, nawet przedstawiając tylko istotne fakty. Bo o ile jak ktoś robi film o życiu Juliusza Cezara, to dzięki brakowi źródeł może się zmieścić w jednym nawet długim filmie, pozmyślawszy kilka faktów, zapełniających dziury w życiorysie. Ale gdy już ktoś robiłby film o życiu Adolfa H. albo Józefa S., to obawiam się że z tego by wyszedł miniserial, a nadal by masę rzeczy przeoczono - co wcale nie wynika z faktu, że ludzie w starożytności krócej albo wolniej żyli, tylko z faktu że w erze filmu, aparatów, druku, maszyn do pisania, gazet i przy dużej piśmiennej populacji, materiałów źródłowych jest ździebko więcej niż przy czasach starożytnych. Wyjaśniając więc czemu "Admirał" opowiada tylko o cząstce życia, możemy przejść dalej, do samego filmu.


***
Z założenia niejako, każdy film czy książka historyczna jest jednym wielkim spoilerem. W filmografii współczesnej niestety zdarza się, że autor zmienia bieg historii - pewnie chcąc zaskoczyć widza - jak w "Gladiatorze".  W zmianie biegu historii celuje zwłaszcza Hollywood, dla którego historia jest bez wątpienia zbyt nudna i dlatego wykreślają niewygodne fakty, dodają kilka wyssanych z palca, montują romans i voila.
W porównaniu do Americanos, rosyjskie produkcje z kolei mają na celu propagować konkretne poglądy i wizję świata, naciągając tylko i naginając historię (czasem do granic realistycznych możliwości, vide: "1612"), a w mniejszym stopniu generować zyski. W przeciwieństwie do obrazów amerykańskich, które mają rozmach i wizje, rosyjskie filmy przez to nie zawsze są zrozumiałe i strawne dla widza z zewnątrz. Muszę jednak powiedzieć że oglądając "Admirała" zostałem mile zaskoczony, zarówno profesjonalizmem propagandzistów jak i samym filmem.
Film bowiem jest laurką, a właściwie ikoną Admirała Kołczaka. Bolszewicy to sukinsyni, a biali się starają nimi nie by. Kołczak zaś jest chodzącym ideałem, człowiekiem który mógłby zostać świętym prawosławia - aż po filmie sprawdziłem, czy przypadkiem nie został - bo nawet żonę porzucił zgodnie z zasadami prawosławia [prawosławie dopuszcza rozwód, ale pod warunkiem maksymalnie trzech małżeństw w ciągu życia - niezależnie od tego, czy poprzednie zerwał rozwód, czy "zerwała" śmierć małżonka], zgodnie z poziomem pobożności jakiego na ekranie telewizora nie widziałem od czasu oglądnięcia Cristiady.
Ale, co trzeba przyznać, jest to ikona niezwykle przekonywująca. Admirał w filmie jest wybitnym, świętym człowiekiem, ale wciąż jest człowiekiem, z człowieczymi błędnymi decyzjami, problemami, rozdarciem między obowiązkiem wobec Rosji i obowiązkami wobec rządu, a także z ... uczuciami.

Wątek miłosny jest clue filmu - i wokół niego obraca się cała fabuła. Admirał Kołczak zakochuje się ze wzajemnością w żonie podwładnego, Annie W. Timiriowej - i co ciekawe, to ona może aspirować do POV (Point of View) filmu, który jest przedstawiony jako ciąg jej wspomnień i wyobrażeń. W przeciwieństwie do większości wątków miłosnych w  filmach, wątek ten jest oparty na faktach, bo taka osoba faktycznie istniała... i na podstawie pamiętników i wierszy Anny Timiriowej. Wątek jest skomponowany, co tu dużo mówić, pięknie, zgodnie z wszelkimi zasadami sztuki budowania wątków miłosnych w filmach - nieoczekiwane spotkanie, przymusowe rozstanie spowodowane obowiązkiem i honorem obojga, połączenie się ich znów na tle wojennych tragedii - i nad tym wszystkim widoczna prawie namacalnie ręka przeznaczenia. Wątek miłosny byłby jeszcze lepszy, gdybym nie wiedział jak się skończy, ale paradoksalnie fakt, że w w jego najbardziej intensywnej, końcowej części bohaterowie de facto wiedzieli jak to się skończy, tylko dodaje smaku.

Kołczak w czasie wojny domowej w Rosji był raczej politykiem niż wojskowym, o czym nie należy zapominać. Został Wielkorządcą Rosji - czyli de facto przywódcą "białych", kontrrewolucyjnych sił - i nie sterował bezpośrednio wojną, zostawiając to swojemu sztabowi. W filmie aspekt polityczny jego działalności jest potraktowany bardzo po macoszemu, pewnie z uwagi na nudę tego apsektu, a szkoda. Choćby dlatego, że Kołczak nie został w końcu rozstrzelany przez bolszewików, a eserowców i mienszewików (in. socjalistów), głównie dlatego bo przedtem, gdy mu dobrze szło, starał się jak móc by tą siłę polityczną odseparować od polityki - co się na nim zemściło, koniec końców na wiele sposobów.
Za to trzeba przyznać, że politycznie zostały przedstawione najważniejsze elementy: chaos w wojsku po Rewolucji Lutowej, bezsilność rządu Kiereńskiego, czy wreszcie bogoojczyźniane podejście Białych. Udało też się zaakcentować to, co skomentował kilka lat później jeden z ministrów w rządzie Kołczaka
"Jego przeznaczeniem nie było noszenie na swojej uczciwej glowie czapki Monomacha [tj. carskiej korony], ale korony cierniowej."

Sceny batalistyczne - morskie są monumentalne, fenomenalne, realistyczne. Reżyser nie bał się pokazać obrażeń, krwistości, oparzeń, śmierci; początek filmu będący pierwszym zapoznaniem się widza z Admirałem, budzi tylko podziw - dla profesjonalnej (wtedy jeszcze) rosyjskiej floty, daje dobra orientację w działaniach i wygląda dobrze. 
Sceny batalistyczne na lądzie... też są krwiste. Ale niezbyt realistyczne - biali nacierają, czerwoni uciekają, albo odwrotnie. Bitwy i kampanie wojskowe są tu przedstawione z subtelnością młotka wbijającego gwóźdź w deskę... ale przynajmniej nie ma takich dziwów i cudów-wianków jak w "1612" [gdzie polscy dowódcy wykorzystywali husarię w tak badziewny sposób, że szkoda gadać] - wojna jest przedstawiona bez większości strategicznej otoczki i problematyki, ale dla niezainteresowanego widza powinna być strawna. Może nie tak, jak pieczeń z batalistyki morskiej, ale nadal można oglądnąć.

Bohaterowie - o, kreacje bohaterów są wielkim sukcesem "Admirała". Tytułowy Aleksander Wasilijewicz Kołczak jest zbudowaną krwiście i poprawnie postacią - w swym byciu chodzącym ideałem jest wiarygodny, budzący sympatię i sympatii jest tym więcej im bardziej widać spoczywająca na jego skroniach koronę cierniową i nadchodzący koniec. Jego druga żona, Anna Timiriowa, zgodnie z najlepszymi trendami kinematografii, zaczyna od bycia dużym dzieckiem, któremu Rewolucja i idealizm Kołczaka fundują przyspieszony kurs dorastania - tak że można też z nią sympatyzować. Fakt, że oboje aktorów grających głównych bohaterów wizualnie  zostało dobranych dobrze - podobni do tych ze zdjęć, dobrze się prezentujący - też jest plusem filmu.
Inni bohaterowie są tylko na uboczu Wielkiej Miłości w Czasie Rewolucji, ale nie zgrzytają nadmiernie. Bolszewicy to tępe typki i dranie, biali to ludzie chcący być tak idealni jak Kołczak, a francuski generał jest puszący się, niezbyt kompetentny i na końcu jednak, co by nie mówić, tchórzliwy [wszystko zgodnie z tradycjami]. Jeśli łyknie się patos i idealność Kołczaka, łyknie się też resztę. A - właśnie. Świetnie została, mimo że krótko, przedstawiona postać generała Kappela, najlepszego generała Kołczaka. Jego styl dowodzenia (przewodzenie) i okoliczności jego śmierci zostały ukazane doskonale.
Gra aktorska jest dobra, oczywiście jak na mój gust. Zwłaszcza główni bohaterowie są świetnie zagrani, a bolszewicy wychodzą tak jak - wedle założeń - powinni.

Kostiumy są jednym z najmocniejszych elementów filmu. Rekwizyty - parowozy, statki (pewnie makiety, ale dobre), karabiny maszynowe, ubrania, mundury galowe i polowe... wszystko zostało przygotowane ze znajomością rzeczy i pozwala się wczuć w klimat epoki. Ja się wczułem w klimat schyłkowego Caratu, a że chciałem się tak wczuć od dawna, nie mogę klimatu historycznego nie zaliczyć na wielki plus.
Muzyka... nie porywa. Ale i nie szkodzi: jest dobrym tłem dla filmu, nic ponadto. Okresowo jest też świetna do budowania klimatu, zwłaszcza bali i rautów: jak z epoki!


Dobrze, ale stąd by wynikało że film ma same mocne i ewentualnie subiektywnie słabe (jak polityka) strony, gdzie tu te naprawdę słabe? Słaba, moi drodzy, jest idea konstrukcyjna fabuły: zbudowanie fabuły wokół wątku miłosnego jest ciekawym zagraniem, ale przez przeskoczenie czasu między poznaniem się Kołczaka z Timiriową aż do końcówki życia Kołczaka, może wprowadzać dezorientację. Widz nie znający historii wojny domowej w Rosji, nie wiedzący kiedy była Rewolucja Lutowa, a  kiedy Październikowa - a może nie wiedzieć, bo teraz w szkołach nieco mniej o tym uczą - albo nie znający nawet geografii Syberii i ogólnie Rosji, może być zdezorientowany. Widz rosyjski, pod którego został nakręcony film, zapewne tak nie ma, ale ja z całym swoim zainteresowaniem historycznym i pogłębianiem wiedzy o elementach Wojny Domowej, czułem się miejscami zagubiony z powodu przeskoków. Ja wiem, że film musi mieć określoną długość, ja wiem że jak Rosjanie rozwinęli "Admirała" w 10-godzinny miniserial to już było to lepsze, ale to nie zmienia że widz polski może dostrzec w fabule dziury tak wielkie, że mogłyby nimi przejechać wszystkie składy Kolei Transsyberyjskiej.
Widzowie bardziej zlewicowanemu może brakować spojrzenia za drugą stronę barykady i poznanie motywacji wrogów Kołczaka, czemu tak naprawdę go rozstrzelano i tak dalej. Z drugiej strony, widz bardziej zlewicowany nie powinien tego filmu oglądać, bo go wyłącznie zniesmaczy.
***

Hm, wypadałoby jakoś tą recenzję podsumować. Normalnie powinienem zachęcić - lub nie- do pójścia na ten film, ale pozwolę sobie opisać rzecz, która mi zapadła w pamięć z końcówki filmu (mogę opisać, bo każdy film historyczny to jakby nie było jeden wielki spoiler. Wyszukasz "Kołczak" na Wikipedii już wiesz jak to się skończy...)

Gdy Kołczak wraz z premierem swojego rządu zostali rozstrzelani, wrzucono ich do przerębli w rzece (za zimno na kopanie grobów); takie przeręble wykonują ortodoksyjni prawosławni an uroczystość Chrztu pańskiego i się kapią, na pamiątkę Jordanu.
I dlatego rozstrzelany Kołczak został wrzucony do przerębli o kształcie krzyża.

Czy to nie jest najlepsze podsumowanie i ilustracja jego korony cierniowej, jego "krzyża", jak swoim stanowisku mówił już na długo przed śmiercią?

"Nastanie dzień kiedy nasze dzieci, rozumnie oceniając hańbę i koszmar naszych dni, wybaczą Rosji, że nie tylko nie jeden Kain rządził w mroku tamtych dni, ale był i Abel wśród Jej synów. Nadejdzie czas kiedy złotymi zgłoskami na wieczną chwałę i pamięć będzie wyryte Jego imię w Historii Rosyjskiej ziemi."
Iwan Bunin (laureat literackiej Nagrody Nobla w 1933 r.) w podczas nabożeństwa żałobnego pamięci A.W. Kołczaka w Paryżu w 1922 r.

Anna Timiriowa (Jelizawieta Bojarska) wpatrzona w Admirała Kołczaka (Konstantin Chabienski)

Filmowy Admirał Kołczak.
I Kołczak rzeczywisty. Widać podobieństwo.

Anna Timiriowa rzeczywista. Podobieństwo mniejsze. Warto powiedzieć, że Anna Timiriowna za miłość do Kołczaka spędziła potem tak koło 40 lat w łagrach i na zesłaniach. 
Plakat reklamujący film. Widoczne batalistyczne sceny morskie są jednym z mocnych elementów filmu.

Kiedyś już popełniona została przeze mnie recenzja filmu Cristiada.

poniedziałek, 10 marca 2014

Wandea

„Mes amis, si j'avance, suivez-moi! Si je recule, tuez-moi! Si je meurs, vengez-moi!
(„Przyjaciele, jeśli pójdę naprzód, podążajcie za mną! Jeśli się wycofam, zabijcie mnie! Jeśli zginę, pomścijcie mnie!”)
Henri du Vergier de la Rochejaquelein,rozkaz z kwietnia 1793

"Wandei już nie ma (...) Pogrzebałem ją w lasach i bagnach Savenay (...) Zgodnie z Pana rozkazami, stratowałem ich dzieci kopytami naszych koni; wymordowałem ich kobiety, aby nie mogły już rodzić bandytów. Nie mam ani jednego jeńca, który mógłby mi robić wyrzuty. Wszystkich zniszczyłem. Drogi są usiane trupami. Do Savenay wciąż przychodzą nowi bandyci, twierdząc, że chcą się poddać, a my ich wciąż rozstrzeliwujemy (...) Litość nie jest uczuciem rewolucyjnym."
Generał Westermann w raporcie do Konwentu


Od dawna nie pisałem. Wiem, że nie ma wytłumaczenia dla mojej winy, ale z drugiej strony - myślę że "pisanie pracy magisterskiej" jest choć częściowym wytłumaczeniem. Faktem poza tym jest, że rozliczne wydarzenia na świecie na równi zachęcały jak i zniechęcały do pisania.... Weźmy choćby taką Ukrainę - musiałbym na pisać pewnie z kilkanaście A4 by wyjaśnić i wytłumaczyć swoje stanowisko, a i tak by się znalazło paru ludzi którzy by mnie odtrącili od czci i wiary za bycie rosyjskim agentem wpływu, byłym agentem SB, za militaryzm, nieludzkie podejście do sprawy i w ogóle za patrzenie na coś takiego jak polityka w kontekście interesów i sfer wpływów (wyjaśniając: gdybym był agentem wpływu, wiedziałoby o tym przynajmniej moje konto w banku, na bycie agentem SB nawet w kołysce nie miałem szans z uwagi na metrykę, a polityka... cóż, może nie będę komentował).

Mniejsza, w każdym razie nie mam chęci do komentowania bieżących wydarzeń, bo fala propagandy i głupoty jest tak wielka, że można tylko machnąć ręką na wszechobecny kretynizm. Dlatego przypomnę o czymś, o czym chciałem przypomnieć od dawna. O czymś, o czym celowo zapomniano, o czym pamięć starano się wymazać - na szczęście bezskuteczne.

Opowiem Wam o Wandei.
Dzisiejszy wpis dedykuję do szczególnego przeczytania wszystkim piewcom wolności i humanizmu Rewolucji Francuskiej (tfu, tfu, na psa urok!), wszystkim uważającym że jedynymi poszkodowanymi Rewolucji była szlachta i ewentualnie "jej własne dzieci" (Danton, Robespierre, itp.) i tym podobnym demokratom, rewolucjonistom, lewicowcom i wojującym ateistom.

*****

Przyczyna i przebieg

Nazwą "Wandea" zwykłem (i nie tylko ja) nazywać zbiorczo nie tylko region, ale i Powstanie w Wandei, a także rzeź jaka była po stłumieniu powstania. By jednak móc poznać pokrótce przebieg i skutki tegoż Powstania, należy poznać przyczyny. Nie będę tutaj nawet zarysowywał dziejów Rewolucji Francuskiej, bo zajęłoby to osobne kilka wpisów, ale skrótowo:
Króla obalono; monarchia absolutna przeszła najpierw w monarchię konstytucyjną - a po straceniu króla w Republikę. Przeprowadzono nowy podział administracyjny kraju, zburzono stary ład administracji; przeprowadzono reformę armii; podjęto obronę kraju przed kontrrewolucją. W obliczu klęsk wojennych, przeprowadzono czystkę w armii, zwłaszcza wśród starej (szlacheckiej) kadry oficerskiej. Podniesiono podatki. W 1791-1792 nakazano złożenie przez księży każdego szczebla "przysięgi na wierność narodowi", to znaczy przysięgi na wierność wobec władz państwowych; duża część księży, zwłaszcza na zachodzie kraju,w  takich regionach jak właśnie Wandea, nie złożyła przysięgi a i tak została na parafiach dzięki wsparciu mieszkańców. W nagrodę bandy rewolucjonistów z miast pędziły przez wiejskie departamenty, atakując "krnąbrnych" i niszcząc kościoły. Jeszcze wcześniej, w 1789 skonfiskowano majątki ziemskie Kościoła, pochodzące w znacznej mierze z darowizn. Darowizny z testamentów miały zazwyczaj oznaczenie celu darowizny, przez co z tych majątków zarządzanych przez Kościół utrzymywały się szpitale, przytułki, darmowe garkuchnie. Po konfiskacie dobra te przejęli zazwyczaj mniej lub bardziej skorumpowani urzędnicy, znający kruczki prawne przy nabywaniu ziem i mający pieniądze. A społeczności lokalne zostały pozbawione lecznictwa czy opieki społecznej...
Wszystkie te punkty budziły kontrowersje w ośrodkach wiejskich w prawie całym kraju, ale w Wandei szczególne znaczenie miało wymuszane siłą przez Gwardię Narodową usuwanie niezaprzysiężonych księży z parafii. Były ofiary śmiertelne, by choćby podać przykład miasteczka Breissure, gdzie w sierpniu 1792 Gwardia Narodowa wymordowała większość z pięciuset zakładników.

Iskrą zapalna było jednak co innego - pobór do wojska, ogłoszony 23 lutego 1793 roku. Szczególne niezadowolenie chłopów budził fakt, że od możliwości poboru były wyjątki - synowie republikańskich członków aparatu administracji, przedstawiciele wolnych zawodów, bogaci republikanie... jak to ujął Norman Davies:
 „(...) wyglądało na to, że katolickim chłopom każe się umierać za ateistyczną republikę, której zresztą od początku nie chcieli.”

Należy też dodać, że w Bretanii i Wandei pobór ten wzbudził szczególne oburzenie, bo nie tylko że byli katolikami mającymi walczyć za coś, czego nie chcą, ale też miejscowi od 250 lat mieli przywilej, na mocy którego nie musieli walczyć poza granicami swoich prowincji. Nie znaczy to, że nie walczyli - ale ochotniczo, a w granicach prowincji stacjonowali jako garnizony. Rewolucja zniosła wszystkie przywileje, w tym ten też: chłopom się to nie spodobało. Co prawda Wandea miała dać tylko 4 tysiące z zaplanowanych dla całego kraju 300 tysięcy, ale nadal nie było to miłe.

Powstanie wybuchło 10 marca 1793 roku, a początkowo dowodzili miejscowi chłopi, zazwyczaj tacy którzy odmówili wstąpienia do wojska. Do buntowników szybko jednak przyłączali się inni - ich sąsiedzi, gajowi, a na końcu miejscowa szlachta, niejako przymuszona przykładem chłopów. Dowództwo w tej rojalistycznej armii szybko przejęli arystokraci; armia została dobrze zorganizowana przez generała Maurice d'Elbee, który przeszedł na stronę buntowników z armii. "Królewska i Katolicka Armia Świętych" osiągnęła liczebny stan trzydziestu tysięcy mężczyzn uzbrojonych w kosy, widły i strzelby myśliwskie. Maszerowali pod białym sztandarem usianym liliami - sztandarem królewskiej Francji - z dewizą "Vive Louis XVII!" ("Niech żyje Ludwik XVII!"); żołnierze nosili na szyjach szkaplerze i odznaki z Najświętszym Sercem Jezusa i krzyżem w płomieniach. Podsumowując - reprezentowali sobą wszystko, czego nienawidziła rewolucyjna wierchuszka Republiki.

Początkowo powstańcy odnosili sukcesy, głównie dzięki wielkiemu hartowi ducha w swoich szeregach i słabości armii republikańskiej, której oddziały, złożone głównie z Gwardii Narodowej, były około dwa razy słabsze od sił powstańczych. Powstańcy stoczyli łącznie dwadzieścia jeden zaplanowanych bitew, odnieśli  zwycięstwo pod Chamille, zdobyli Angers, założyli oblężenie Nantes... i tam doznali pierwszych porażek. Konwent Rewolucyjny postanowił wypalić kontrrewolucję żelazem; rozkaz Komitetu Ocalenia Publicznego brzmiał dosłownie
"(...)przeprowadzić eksterminację wszystkich powstańców, do ostatniego człowieka. Spalić ich farmy, wygnieść tych tchórzy jak pchły. Skruszyć tych ohydnych Wandejczyków."
Trzeba tu dodać, że rozkaz Komitetu nakazywał bezwzględnie mordować Wandejczyków niezależnie od płci, wieku i stosunku do władz. Trzeba też dodać, że był w pełni wykonany...

Po tym, jak Republika odniosła zwycięstwa na swych zagrożonych granicach, mogła wycofać oddziały weteranów do rozprawienia się z powstańcami. W krwawej bitwie pod Cholet został ciężko ranny najlepszy (i jedyny z prawdziwego zdarzenia) dowódca powstańców, generał d'Elbee, zwany przez Wandejczyków "Generałem Opatrzności"; pojmany przez armię republikańską, został rozstrzelany trzy miesiące później. Inni dowódcy powstańców byli... mężni. O, to dobre słowo. Ale odwaga nie może zastąpić doświadczenia i umiejętności; w ciągu dwóch i pół miesiąca od bitwy pod Cholet, ostatecznie siły Wandejczyków zostały rozbite, zwłaszcza w ostatniej bitwie pod Savenay. Nastały krwawe represje i polowanie na partyzantów.
 
Rozstrzelanie generała Maurice Joseph Louis Gigost d'Elbée. Generał był ciężko ranny i nie mógł stać na nogach - wyniesiono go na miejsce stracenia w fotelu. Według mnie, symboliczne jak dla nas, Polaków, postać generała Sowińskiego (... o ile ktokolwiek z czytelników go kojarzy)


Represje. Słowo-klucz: "Deportacja pionowa"

Od stycznia 1794 roku zaczęła się krwawa pacyfikacja Wandei. Spuszczono "piekielne kolumny" - rozszalałe oddziały wojska, które miały za zadanie wyrżnąć jak najwięcej mieszkańców. Palono całe wsie. Dziesiątki tysięcy mieszkańców Wandei rozstrzelano, zadźgano nożami, spalono w stodołach i kościołach, zgilotynowano. Na pokładach statków-więzień w Rochefort zagłodzono na śmierć kilka tysięcy księży, którzy odmówili złożenia przysięgi. W Angers rozstrzelano kilka tysięcy więźniów. Przykładowa wieś: Les Lucs-sur-Boulogne; zabito 564 osoby, w tym 110 dzieci.

W Nantes.... ha, w Nantes użyto drugiego rewolucyjnego wynalazku Rewolucji (po gilotynie) - mianowicie Noyades de Nantes. Nantes to port atlantydzki, pod ręką była flota dużych statków płaskodennych, służących do przewozu niewolników; jeńców (więźniów) pakowano na statki, które topiono pod osłoną nocy na rzece. Ukuto na ten temat nawet oficjalny termin: "deportacja pionowa" (fr. déportation verticale). Podczas niektórych deportacji, dla rozrywki (a może dla oszczędności sznura?) wiązano ze sobą nagich więźniów przeciwnej płci - w tym dzieci - co nazwano "małżeństwami republikańskimi" (fr. mariage républicain). Łącznie przeprowadzono od 8 do 12 operacji topienia, które pochłonęły od 1800 do 6800 ofiar. Niewiele, gdy porównamy z Auschwitz. Ale należy docenić inwencję republikańską, humanitaryzm i oszczędność prochu. Prawda?

Łączna liczba zabitych w represjach w Wandei jest trudna oszacowania. Dokładne i udokumentowane badania podają 117 257 ludzi w ciągu lat 1792-1802, na nieco mniej niż 800 tysięcy mieszkańców przed Rewolucją, jest to jednak minimalna ocena. Niedoszacowana, z powodu systematycznego niszczenia akt i dokumentów, jeszcze w czasach I Republiki, a także kolejny rządów pro-republikańskich. Szacunki ostatecznej liczby ofiar wahają się między 120 (historycy pro-republikańscy) a 500 tysięcy. Często podawaną jednak liczbą jest 320 tysięcy (ale wraz z deportowanymi "których dalsze losy nie są znane". Z drugiej strony, znając termin "deportacja pionowa"...). Tak więc można szacować że represje pochłonęły od 15% do 65%, ale za średni szacunek można uznać wymordowanie w ciągu 10 lat 40-44% populacji Wandei. Czy to dużo? Polska w wyniku II Wojny Światowej, uznawanej na najkrwawszy i jeden z najbardziej okrutnych konfliktów z dziejach, straciła 22% populacji w ciągu 6 lat. Daje to pewne porównanie, zwłaszcza gdy weźmie się pod uwagę że co prawda obszar mniejszy, ale i środki techniczne nie te...

Podsumowując, należy uznać wielkie zdobycze Rewolucji Francuskiej: obok wspaniałego wynalazku gilotyny, obok doskonałych "trybunałów ludowych ", skazujących na śmierć na dużą skalę, natychmiastowo, bez apelacji i bez zbędnego procesu dowodowego (no bo przecież gdyby nie był winny, to by go nie postawiono przed trybunałem!), obok genialnego wynalazku "wyzwolenia chłopów" poprzez nadanie im praw obywatelskich i wywalenie ich na zbity pysk z zajmowanej poprzednio pokoleniami ziemi (patrz: co wyrabiano np. w Księstwie Warszawskim)... obok tego mamy jeszcze doskonały wynalazek może nie do końca planowanej, ale zdecydowanie entuzjastycznej eksterminacji. I jaka innowacyjność: komory śmierci wielorazowego użytku! Co prawda gdzie się mają noyades de nantes do komór gazowych w Auschwitz, które miały "moce przerobowe" (używam określenia niemieckich nazistów, w celu zaznaczenia ich stosunku do ludzkiego życia. Ich, nie własnego) dzienne takie, jakie wszystkie noyades miały w ciągu kilku operacji... ale jakie uspokojenie opinii publicznej! Topienie w nocy, po cichu i już wszyscy humanistyczni republikanie mogli udawać że kilka tysięcy więźniów uciekło, zapewne do Mandżurii (a tu parafrazuję słowa J. Stalina o polskich oficerach z Katynia). Wyparowali!
Czy szanowny czytelnik też widzi doskonałe podobieństwo nazewnictwa czcigodnych a humanitarnych rewolucjonistów do nazewnictwa wspaniałych rycerzy z SS? Mianowicie, mówię o niezwykłym podobieństwie "deportacji pionowej" do "przesiedlenia na wschód". Piękno eufemizmów! Może rewolucjoniści byli bardziej ironiczni, mniej ukrywający, ale dobra droga wytyczona!
A ta "przysięga na wierność państwu", a jak nie, to zagłodzenie; czyż to nie doskonały pierwowzór dla działań władz Meksyku z lat 20 i 30 XX wieku? I jaki wygodny! Zawsze można powiedzieć, że głupie a fanatyczne klechy same nie chciały jeść rewolucyjnego chleba - i to od razu się zmówili by w kilka tysięcy. I słusznie, patriotycznie postąpili, będą kiwać potem mądrzy humaniści i piewcy praw człowieka do wolnego wyznawania swojej religii, prawa do posiadania przekonań politycznych. Brawo, brawo!


... mógłbym tak długo, ale, szanowny czytelniku, rzygać mi się chce jak myślę o tych zasranych hipokrytach z Rewolucji Francuskiej, którzy chętnie dawali "wolność, równość, braterstwo" - sobie i ludziom o podobnych do siebie przekonaniach. Ja sam mam dużo przywar, których się po częstokroć naprawdę wstydzę, ale jednej przywary nienawidzę: hipokryzji. Może dlatego nie mogę znieść komuchów, rewolucjonistów, piewców Che Guevary, masonerii meksykańskie i Rewolucji Francuskiej, bo wszyscy oni zachowują się podobnie jak wielcy humaniści z przełomu XVIII i XIX wieku: stosują inne standardy wobec siebie i wobec innych. Wobec siebie sa mili, braterscy i tolerancyjni, a innych najchętniej by powyrzynali. Nasi rodzimi lewicowcy też, gdyby tylko mieli większe poparcie, jestem tego tak samo pewien jak tego, że Napoleon miał kompleksy [wsadzanie wszędzie litery "N" jako herbu chyba o czymś świadczy?].


Powstańcy Wandejscy wziętych do niewoli jeńców czasem uwalniali; zdarzały się masakry, nie przeczę, ale często uwalniali, a liczba uwolnionych liczyła zazwyczaj po kilka tysięcy. Przedstawiciele Konwentu zachęcali francuskich żołnierzy do tego, by zapomnieli o tym, uznali ten akt za niebyły - i do bezlitosnego mordowania jeńców. 
Wandejczycy stosowali mentalność chrześcijańską, a przynajmniej się starali: zgodnie z etyką stosowania miłosierdzia nie tylko wobec "swoich", ale i też wobec swoich nieprzyjaciół. 
Rewolucjoniści, wielcy humaniści i piewcy wolności, nie znali litości. Jak to mówi cytat z początku: "litość nie jest uczuciem rewolucyjnym". Zresztą, nie znali też litości dla martwych; wobec Wandejczyków zastosowano coś, co historyk Reynald Secher nazwał pamięciobójstwem: ślady eksterminacji zacierano, a powstanie przedstawiono jako bunt ciemnego chłopstwa pod wodzą fanatycznego kleru, bunt pełen okrucieństwa i zabobonu.

Pamięciobójstwa całkiem skutecznego. W końcu większość ludzi nie pamięta o Wandei. Pamiętają najwyżej Ci, którzy się tym swoiście... inspirują. Jak Lenin, który rzekł w 1917 "Musimy eksterminować Kozaków. To nasza Wandea."


Dlaczego ja pamiętam o Wandei? Bo inni zapomnieli. Sami Francuzi w dużej mierze zapomnieli, czy słusznie czy nie, to sami oceńcie. Sami też powiedzcie: czy faktycznie Rewolucja Francuska była takim wspaniałym ruchem, który czynił same dobro?
Ja zawsze spluwam (lub przynajmniej mam na to niewymowną ochotę) gdy słyszę słowa "Rewolucja Francuska", zresztą ogólnie mam alergię na słowo "rewolucja". Tak, też dlatego bo jestem z poglądów monarchistą. Tak, dlatego bo z wyznania jestem katolikiem. Ale też dlatego, bo nie mogę cenić tych zasranych hipokrytów i masowych morderców.


Symbol Powstańców Wandejskich. "Dieu Le Roi" - "Bóg i Król"
Henri de La Rochejaquelein obraz Pierra Guérina, 1817 r.
  
Bitwa o Cholet, autor Paul-Emile Boutigny. Na czele Wandejczyków, w zielonym - Henri de La Rochejaquelein. Porównując z powyższym obrazem, należy uznać że niepodobny...
 
Egzekucja Charette, autor Julien Le Blant.  
François-Athanase de Charette de la Contrie był ostatnim z dowódców powstańców Wandejskich, pojmanym dopiero w marcu 1796 roku; stracono go 29 marca 1796 roku. Ostatnie jego słowa brzmiały "Vive le Roy!" - Niech żyje król

poniedziałek, 21 października 2013

Wojna domowa w Rosji (1): Przyczyny (1)

"Gdy car Rosji łowi ryby, Europa czeka. "
Aleksander III Romanow (1845–1894), na wieść o przyjściu depeszy dyplomatycznej w czasie wędkarstwa.

"(…) dokąd na Rosji będzie car i państwo tj. dokąd na wsi będą panować właściciele ziemscy, a w miastach kupcy i fabrykanci, na nic zdadzą się wasze prośby i modlitwy żadna Konstytucja i Ziemskie Sobory Wam nie pomogą."
"Wolna Wola", periodyk anarchistów rosyjskich, Nr 1/1903

Rosyjska Wojna Domowa jest tematem ciągle u nas w Polsce mało znanym. Coś nawet jest w podręcznikach, coś kołacze w głowie, ale tak naprawdę z całości wiemy tylko że bolszewicy dali łupnia białym (w końcu przedtem był ten okrutny, zły, straszny Car, a potem Ci dobrzy choć nieco brutalni bolszewicy - a po nich już od razu "epoka błędów i wypaczeń" Stalina). No i wiemy jeszcze, że później bolszewicy ruszyli do ataku na Polskę, już by ją zajęli, potem Europę i świat cały - ale Piłsudski, Najświętsza Maryja Panna i wszystko co się da, nas uratowało.  Taaak... niezaprzeczalnie Armia Czerwona dostała od nas solidnego kopa, ale niezaprzeczalnie też, pochłonięci naszym własnym grajdołkiem i wąskim spojrzeniem, ogólnie, jako naród, mało wiemy o Wojnie Domowej w Rosji 1917-1920. Co skutkuje tym, że nie rozumiemy Rosyjskich prób odzyskiwania przed-bolszewickiej tożsamości (zdarzają się, gł. filmy),nie rozumiemy białej emigracji i spłycamy ją do bolszewickiej propagandy, więcej nawet - fałszywie rozumujemy na temat Caratu, rządu bolszewickiego, alianckiej interwencji w wojnę domową, czemu wygrali wojnę bolszewicy... a także rzeczy istotnych dla naszych sąsiadów i - czasami, za poprzednich rządów, strategicznych sojuszników - czemu Estonia po wojnie domowej była niepodległa, a Gruzja nie? Czemu Finlandia tak, a Ukraina nie; czemu "Rosyjska Republika Rad" przetrwała kilka dziesięcioleci, a powstała w 1919 "Węgierska Republika Rad" przetrwała 19 tygodni (równo - 133 dni)?
I najważniejsze i zazębiające się z innymi: czemu to w Rosiji wybuchła rewolucja, i jakim cudem wygrała?

Postaram się na to odpowiedzieć - kiedyś. Na razie zaczynam od przedstawienia sytuacji w Carskiej Rosji - szkicowo, ogólnikowo (bo ja tu bloga piszę, a nie encyklopedię). Niechże więc czytelnik dowie się na początek, czemu słowa "opresyjny carat" piszę zawsze w cudzysłowiu.

*****
Krótkie porównanie "strasznego, opresyjnego caratu" z rządem bolszewickim Stalina.

Katorga. Wśród nas, Polaków, termin ten kojarzy się ze strasznymi mękami i dożywotem syberyjskim, końcem światu za caratu. Cóż, łagodnie to tam może nie było - ale na przykład na katordze na Sachalinie (ponoć najgorszej w Caracie) więźniowie w więzieniu mieli prawo wychodzić do ustępu bez pozwolenia i pytania cała dobę; w ciągu dnia zaś do miasta (po poinformowaniu kogo trzeba, oczywiście). Za Stalina, po ponownym wprowadzeniu jego własnej, autorskiego pomysłu, upgradowanej katorgi (w 1943) więźniowie harowali nominalnie 12h, plus czas na dojście do roboty i powrót, oraz plus kradzieże drobnego czasu z życia - np. wyczytywanie więźniów numerami. Zasnąłeś w baraku i się nie zgłaszasz - karcer! Wyczytywanie więźniów do posiłku - wymiana talonów na jedzenie. Potem dodatki żywnościowe - tak, wyczytywanie osobno. Potem rozdawanie talonów na dzień następny... i tak, z 12h odpoczynku, robiło się 4h. Leżenia na pryczy w nieogrzewanym namiocie (na Sachalinie mieli murowane więzienie) w czasie syberyjskiej zimy, po całodniowym ryciu ziemi kilofem. 
Cóż. W stalinowskim Norylsku, po roku zmarli już wszyscy katorżnicy z pierwszego transportu, 28 tysięcy osób (wróć! numerów. Nadawano im literę alfabetu i numer, od 1 do 1000). Relację o katordze znamy raczej z tego co opowiedzieli następnym i relacji kryminalistów, których zatrudniano w kuchni i innych służbach pomocniczych, gdzie mogli katorżników do woli okradać.
Za czasów Czechowa, który zrelacjonował "nieludzkie warunki życia katorżników na Sachalinie", żyło tam 5905 katorżników, przysłanych na przestrzeni wielu lat i mających się dobrze. Ah, ten straszny carat...

Zesłanie. Tutaj omawiać będę carskie dane z XIX wieku - wtedy kurs złagodzony został, zresztą to w tamtych czasach był najbardziej powszechny mit strasznego zesłania...
W ciągu całego XIX wieku caratu zesłano pół miliona ludzi. Jasne, mieli ubogie środki transportu, ale jednak - 2 do 6 tys ludzi w ciągu przeciętnego roku, w rzadkich latach 10 tys. Cyfry określające zesłanie były ścisłe, przynajmniej jeśli chodzi o maksymalny wymiar kary - a i dożywotnie zesłanie często przestawało obowiązywać po 10 [nawet czasem 6] latach, o ile zesłaniec zachowywał się "godnie". I mógł wtedy jechać gdzie chciał, byle nie do swego poprzedniego miejsca pobytu. Ważną cechą carskiego zesłania jest to, że zsyłano indywidualnie, a nie całe rodziny albo i narody. Zesłanie kryminalne było dość ciężkie... ale polityczne...
eh! Żadnych konfiskat majątku. Żadnych ciężkich obostrzeń. Żadnego przymusu pracy. Za to państwo dawało im możliwość tej pracy - w Jakucji zesłańcy polityczni otrzymywali 15 tzw. dziesięcin ziemi (wedle Sołżenicyna, 65 razy więcej niż stalinowscy kołchoźnicy); rewolucjonistom nie bardzo się chciało ją uprawiać, ale Jakutom i owszem, toteż ją wynajmowali. Do tego państwo dawało zesłańcowi politycznemu 12 rubli miesięcznie "strawnego" i 22 ruble rocznie na ubranie. Czy to było mało? Hm... Za 5 rubli miesięcznie można było się utrzymać (tyle zesłaniec Martow płacił gospodarzowi za wikt i zamieszkanie); dobry, solidny dom kosztował 12 rubli. Anarchista A.P. Ułanowski wspominał, że na zesłaniu posyłał pieniądze zamieszkałej gdzieś w Rosji dziewczynie i z reszty, która mu pozostała, starczyło mu, by pierwszy raz w życiu spróbować kakao. I to niejeden raz. I taką kase otrzymywali wszyscy zesłańcy polityczni. Cóż tu mówić, dzięki tym państwowym dotacjom Lenin mógł przez 3 lata studiować do woli teorię rewolucji, nie troskając się, skąd brać na utrzymanie albo jak się wyżywić.
Zesłańcy za przestępstwa pospolite mieli gorzej - pieniędzy do ręki za bardzo nie dostawali, ale dostawali bezpłatnie od ręki zimową i normalną odzież. Przez pierwsze 2-3 lata (kobiety całe zesłanie) 200g mięsa dziennie, oraz 3 funty chleba (1.2 kg chleba). Rokrocznie dostawali też kożuszki, półkożuszki i obuwie. A na dodatek carskie władze, by nakłonić zesłańców do produkcji, kupowało od nich produkty po specjalnie zawyżanych cenach... nic dziwnego, że Czechow twierdził, że Sachalin nie jest kolonią karną dającą pieniądze Rosji, a  raczej jest przez Rosję utrzymywany.
Mówiąc o Czechowie: pojechał on na Sachalin bez żadnych oficjalnych pozwoleń, pisemek, listów. I otrzymał dostęp do archiwów państwowych, non problemo.

A za Stalina, Ojca Narodów...
Utrzymanie było problematyczne. Zapomogi początkowo też zesłańcom utrzymano, choć nie "kontrrewolucjonistom", a socjalistom, eserowcom i trockistom. Stale jednak je obliżano. W 1927 zapomoga wynosiła 6 rubli dla zwykłych sojalistów, 30 dla trockistów; nie były to jednak już carskie ruble, a nowe, sowieckie; za wynajęcie skromnej izdebki trzeba było bulić 10 rubli... W 1933 politycznym płacono 6 rubli i 25 kopiejek. Sołżenicyn wspomina, że pamięta cenę chleba z tego samego roku - 3 ruble za kilogram żytniego, nawilgłego (cięższy od wody, a sprzedaż na kilogramy). A zapomogi sowieckie to już nie carskie, wydawano tylko nie mającym pracy (za Caratu wydawano wszystkim jak leci, do pracy zachęcano). A jak ktoś chciał (musiał) pracować to i to nie było prosto - jakie przedsiębiorstwo by przyjęło zesłańca (wszystkie państwowe, wiedzieli, że oni też mogą dostać wyrok)? Poza tym lata 20-30 to czas w Rosji Sowieckiej galopującego bezrobocia. praca była dla nieskazitelnych politycznie, a nie skazańców politycznych, nawet jeśli fachowców... Dość rzec, że polityczni nagabywali śledczych (1934, Kazań) "a czy nie szykuje się jakiś procesik? Bo moglibyśmy za świadków..." Taaak... To juz nie było wygodne kakałko i studia nad rewolucją, tylko walka o byt. Chcieliście państwo socjalistyczne, to macie.
Co sprawiało, że za Caratu tak się troszczono o zesłańców, a za Sowietów już nie? Opinia publiczna, moi drodzy. Za Lenina, opinię publiczną zastąpiła opinia zorganizowana, więc nie było komu się wzruszać (głośno) nad zesłańcami. Niech no się tylko wzruszy, odczyta list kolegi co na zesłaniu - fruu, już z fabryki sam jedzie na zesłanie.

A kto, poza ww. socjalistami za Sowietów szedł na zesłanie (polityczne)? To tak - inteligencja bezpartyjna. Duchowni. Chrześcijanie zwykli, ale głęboko wierzący. I spirytyści, i okultyści. A nawet młodzież, za... "fokstroty" (foxtrot - taniec towarzyski amerykański, co w Europie był jednym z przebojów Międzywojnia). Za Caratu - przypomnijmy, za działalność faktycznie wywrotową, nie za wywoływanie duchów albo tańczenie.
Warto dodać, że za Caratu zesłanie nie było przyczynkiem do nowej kary - a za komunizmu i owszem, zesłaniec mógł się spodziewać dalszej roli w czymś co Sołżenicyn przepysznie nazwał "Wielkim Pasjansem Rewolucyjnym" (czemu Pasjans? Bo Stalin rozkładał sobie przeciwników od tych najdalszych ideowo, aż do najbliższych, a rozkładał ich kolejno zesłanie-> więzienia->Gułagi-> śmierć. Czasem z przeskokiem. Anarchista Dymitr Wenediktow w 1937, po upłynięciu (kolejnego) trzyletniego zesłania został aresztowany za "nieprzychylny stosunek do władzy sowieckiej" (każdy zesłany za poglądy na pewno jest bardzo przychylny do zsyłających) i za "rozpowszechnianie pogłosek, że będzie rozpisana nowa pożyczka" (w sensie, pożyczka rządowa. Rozpisywano ją co roku i w przeciwieństwie do naszych obligacji, należy ją traktować raczej jak podatek - 1) kto nie wziął, tego szybko zamykano za "sabotaż gospodarczy" albo "działalność kontrrewolucyjną", 2) było coroczna, regularna, jak wiosna po zimie 3) rzadko była oddawana. Sołżenicyn takiego przypadku nawet nie wspominał). I co dostał anarchista za te dwa zarzuty? Rozstrzelanie w ciągu 72h. Fajnie być zesłańcem za Stalina, nie to co za opresyjnego Cara. 

Zresztą, za Sowietów zesłanie niektórych specyficznych grup miało je zabić. W ten sposób załatwiono ogromne rzecze średniozamożnego chłopstwa rosyjskiego; Sołżenicyn wylicza ich na 15 milionów (i to nie liczymy do tego innych pomysłów Ojca Narodów, jak Wielki Głód na Ukrainie). Ciężko teraz powiedzieć, ile naprawdę tak się "pozbyto", ale faktem jest, że planowano się pozbyć. Na przykład chłopów wyprowadzano na zaśnieżoną tajgę i odgórnie im mówiono gdzie mają postawić osadę i czym ma się trudnić: na przykład - nad brzegiem rzeki, ale na wysokiej skarpie (daleko nosić trzeba było wodę) i o profilu wyznaczonym przez oficera MWD, nie znającego się na rolnictwie. Nic dziwnego że zazwyczaj wymierali do jednego... ale czasem nie. Nad Obem, w głuszy, wyrosła osada, z której wywodził się Burow (jedno ze źródeł osobowych Sołżenicyna). Przepływała kiedyś tamtędy wierchuszka powiatowa, która oczy przecierała ze zdumienia, że ludziom się tu dobrze wiedzie, ba! lepiej im się wiodło niż kołchoźnikom (może dlatego, że "na górze" myślano że wymarli i się nie wtrącano za bardzo?). Efekt? Po kilku dniach przypłynęli strzelcy NKWD, mieszkańcom wsi kazano spakować się w godiznę i z tym co wzięli w  ręce wysiedlono ich dalej, w głąb tundry syberyjskiej.
Niech za los typowego zesłańca chłopskiego, kułaka, posłuży Tragedia Wasjugańska. W 1930 roku 10 tysiecy rodzin (wedle ówczesnych, chłopskich norm - 60-70 tysięcy ludzi) przewieziono do Tomska i za Tomskiem pieszo - a była to zima - w dół Obu, a potem w górę Wasjuganu. patrzyłem na mapę - wychodzi lekką ręką ponad 500 kilometrów, a to wszystko w trakcie syberyjskiej zimy; mieszkańców wsi przydrożnych kazano potem wiosną i latem grzebać ciała dzieci i dorosłych, które wyrzucała rzeka. Zesłańców porzucono w środku bagien Wasjugańskich, bez narzędzi i zapasów, w środku zimy. A niedługo potem przyszła odwilż i odcięła obszar bagien od świata, poza dwoma ścieżkami - na Tobolsk i w stronę Obu. Obie ścieżki obsadzono czatami z karabinami maszynowymi. Czaty nikogo nie przepuszczały; podchodzili zdesperowani chłopi, błagali by ich wypuścić - witano ich kulami. W końcu, gdy na rzekach znikła kra lodowa, w Tomsku wydano polecenia i wysłano pomoc z miejscowego Integrałsojuzu (Związku Spółdzielni Spożywczych), mąkę i sól. Okazało się jednak, że Wasjugan jest w niektórych miejscach wartki i barki wyładowane towarami nie mogły przepłynąć; zawróciły w końcu.
Wymarli wszyscy wysiedleńcy, 10 tysięcy rodzin, około 60 tysięcy ludzi. Podobno kogoś nawet za te wydarzenia pociągnięto do odpowiedzialności i rozstrzelano. Jedną osobę - ale i tak nie chcę się wierzyć (w kraju sowieckim? Za odkułaczenie?). Zresztą, gdyby nawet - licząc tymi proporcjami, za wysiedlenie na śmierć całego Wrocławia (mojego ojczystego miasta) rozstrzelano by 10 osób. Za załatwienie w ten sposób całej Polski, wedle ostatnich szacunków liczbowych - 642 osoby. takie to są bolszewickie proporcje - zakładając że kogokolwiek za tą tragedię skazali.
O tej sprawie wiadomo (a i to niezbyt szeroko) dzięki pełnomocnikowi Integrałsojuza - Stanisławow prowadził nieudaną ekspedycje z mąką i solą.
O ilu zesłańcach sowieckich nic nie wiadomo? O ilu zapomniano? Rodzin, wsi (kozackich), a za późnego Stalina- i całych ludów?

O Narodach - zsyłaniu choćby Estończyków - pięknie napisał Sołżenicyn. Cytat godny zapamiętania (dotyczy "specprzesiedleńców" [parę milionow ich było, tych "spec"], którym z góry wyznaczano prace w miejscu zesłanie):

"Co zaś do zarobków, to w ogóle nie można się zorientować, na jakiej zasadzie je obliczano: w ciągu pierwszego roku pracy w kołchozie Maria Sumberg otrzymała za każdą dniówkę 20 gramów ziarna (byle ptaszyna boża więcej sobie nadziobie na wiejskiej drodze!) i 15 stalinowskich kopiejek (czyli 1,5 kopiejki chruszczowowskiej). Całoroczny zarobek wystarczył jej na kupno... aluminiowej miski.
Jak więc utrzymywali się przy życiu?! A dzięki paczkom żywnościowym z kraju. Przecież nie cały ich naród został zesłany.
A kto posyłał paczki Kałmukom? A krymskim Tatarom?... Przejdźcie się po cmentarzu, zapytajcie."

(A. Sołżenicyn, "Archipelag GUŁag 1918-1956, próba dochodzenia literackiego", Księga VI, Rozdział IV)

I jak tu w ogóle zakwalifikować zsyłanie kalek, owoców "Wielkiej Wojny Ojczyźnianej" (po naszemu: II Wojna Światowa), których tuż po wojnie zebrano w przeważającej mierze zesłano na Daleką Północ; by nie kazili Wielkiej Ziemi (Rosji) swoją obecnością, rzecz jasna. Na marnym wikcie (kalecy, nie pracują) i raczej bez prawa korespondencji (raczej, bo wiadomo od nich właśnie z tych nielicznych listów co się przebiły).
Co tu o tym mówić?! O "obrońcach sowieckiej ojczyzny", co się dali dla niej okaleczyć i gdzieś marnie bidowali potem daleko? Oni i taki mieli dobrze. Mieli zapewnione jedzenie. Zsyłani "kułacy" i zsyłane całe narody już nie.

Odpowiadanie za cudze przestępstwa. Dla kogoś żyjącego w praworządnym (choćby z grubsza kraju) oczywistym jest, że odpowiada się za swoje czyny, nie za czyny krewnych albo znajomych. Pod tym względem, od Carskiej Rosji wiele krajów - w tym nasz! dziś! - mogłoby się wiele nauczyć. Brat Włodzimierza Iljicza Lenina, Aleksander, bral udział w zamachu na cara Aleksandra II. Udanym (piąty z rzędu bodajże). Jak można się domyślić, ów brat Lenina został za to rozstrzelany; a Lenin, co? Był bratem spiskowca! A Lenin nic. Został w tym samym roku przyjęty na Uniwersytet w Kazaniu; wydalono go w tym samym roku, ale za działalność polityczną, nie za czyny brata!
A za Stalina? Cóż, moim ulubionym przykładem jest pewien generał MWD (NKWD). Miał on syna, z poprzedniego małżeństwa (rozwiódł się), z którym nie utrzymywał żadnych stosunków, tak samo zresztą jak z żoną (matką owego syna); gdy syn został aresztowany i wysłany do GUŁagu za "działalność kontrrewolucyjną" (a za Stalina można było to dostać za nic), ojciec, generał MWD, napisał oficjalne pismo w którym odcinał się od "działalności" syna i w którym go potępiał, a i tak został zdegradowany. Strach się bać, co by było, gdyby ktoś przeprowadził zamach na Stalina...
(na temat zamykania "za nic" jest pewna anegdota. Gdy Stalin z radości zwycięstwa nad III Rzeszą wprowadził nowy kodeks karny, dający możliwy wymiar kary już nie, jako najwyżej 10 lat łagru, ale 25, sierżant eskortujący jedną z pierwszych grup z "ćwiarami" nie wytrzymał z ciekawości - podczas marszu zagadnął ojcowsko jednego z konwojowanych "Przyznaj się, za co dostałeś tą ćwiarę?"; widać konwojenci sami byli ciekawi tych nowych kar... więzień odpowiedział zgodnie z prawdą "Za nic!", na co przemiły konwojent odpowiedział "Łżesz, za nic dostaje się dychę!" (10 lat). I to mówi konwojent MWD do konwojowanego.)

Cóż tu mówić już o pomocy uciekinierom! Za Cara nie karano za pomoc uciekinierom z zesłania, katorgi czy więzienia (gdzie jako pomoc kwalifikujemy trzymanie pod dachem, dawanie jedzenia i podobne). I dlatego taki Lenin z zesłania uciekał pięć razy: ludzie pomagali, bo traktowali to jak sport. Za ustroju sowieckiego pomoc uciekinierowi powodowała lądowanie w GUŁagu, o ile nie od razu "czapę".

*****
Więc jaki był Carat?

Jak widać z mojego mizernego i bardzo szkicowego powyższego tekstu, widać że rządy Cara, wbrew powszechnemu mniemaniu, nie były nawet o włos bliskie terrorowi bolszewickiemu, a "ucisk" był pod wieloma względami lepszy niż nasze obecne prawodawstwo i podejście. W sensie dla więźniów, bo podejście do więźniów "politycznych" było tak łagodne, że człowiekowi znającemu metody Stalina, Hitlera, ba! Pinocheta albo Piłsudskiego! ... metody te wydają się raczej łagodne. Nietrudno oprzeć się wrażeniu, że mit strasznego Caratu stworzyli bolszewicy, żeby wyjaśnić młodemu pokoleniu, że teraz jest lepiej niż było za Cara - a i tak im mało kto wierzył. Słusznie zresztą.
U nas w Polsce Carat ma znacznie gorszą prasę z uwagi na pozycję głównego "żandarma" tłumiącego dążenia narodowościowe, ale i to porównując z innymi naszymi (przyszłymi) oprawcami - gdzie jest nić podobieństwa? Z niemieckimi nazistami, którzy w Wielkopolsce i na Pomorzu prowadzili szeroką zakrojoną akcję eksterminacji elit? Z Sowietami sprzed 1941, którzy wywozili naszych masowo zresztą - kto nie słyszał o Katyniu... a może choćby z komunistami pochodzenia polsko-ruskiego (na lepsze określenie z mojej strony nie mogą liczyć, biorąc pod uwagę, że Ludowe Wojsko Polskie składało się w latach 40. w większości z Rosjan - nie mówiąc już o bezpiece. Machamy panu Baumanowi) z okresu po ekhm "wyzwoleniu" w 1944? No tak, za tych ostatnich można było przynajmniej po polsku mówić (bez szykan) a za Cara to bywało że niet. Za to za Cara nie lądowałeś na ławie oskarżonych za to, że brat był w lesie, albo za to że powiedziałeś kilka przykrych słów o Carze. A o Stalinie to, jak mówi stary dowcip, "jak rzekł <<Sralin>> zamiast <<Stalin>>, to już jechał na Sachalin".

Co więc można powiedzieć o Rosji Carskiej? A to, że był to kraj kontrastów. Ogromnych kontrastów, widocznych w każdej dziedzinie życia.
Z jednej strony kraj zacofany, gdzie ponad 4/5 ludzi mieszkało na wsi; przemysł w powijakach, bywały wsie (np. na Białorusi - obszar bagien Prypeci) gdzie ludzie jeszcze żyli jak tysiąc lat temu słowiańscy przodkowie. Kraj w którym brakowało dróg kołowych i linii kolejowych - i mowa tu o Rosji przed Uralem, nie o Syberii, gdzie Kolej Transsyberyjska powstała w ostatnich latach Caratu - zmieniając kompletnie strategiczne znaczenie regionów syberyjskich i Dalekiego Wschodu (przed jej powstaniem, Rosja mogła najwyżej pomarzyć o mieszkaniu się w sprawy Dalekiego Wschodu, np Chin).
Z drugiej strony, niektóre miejsca cechował zadziwiający standard techniczny - jak moskiewską kanalizację, albo niektóre budowy: inżynier hydrolog Włodzimierz Aleksandrowicz Wasiliew budował w 1912 roku kanały w Siedmiorzeczu (Kirgizja), mając między innymi 6 elektrycznych koparek - w latach 30. pokazywano je na wystawach jako wielki triumf "sowieckiej myśli technicznej"... a w tym samym okresie na świecie przez jeszcze wiele lat na polach robót królowały koparki parowe, takie same, jakimi inż. Lesseps dziarsko wykopał Kanały Sueski i Panamski.

Z jednej strony pańszczyzna nie była wcale tak odległym wynalazkiem, a z powodu wpływu Cerkwi stosowano wciąż kalendarz Juliański (w reszcie Europy stosowano od dawna zreformowany gregoriański), a ludność chłopska nie mogła liczyć na zbytni awans społeczny własnym pomysłem - ot, najbystrzejsi mogli się wybić na obrotnych kupczyków i komiwojażerów, ale nie wyżej.
Z drugiej strony, Sergiej Prokudin-Gorski opracował własną metodę robienia zdjęć kolorowych; były równocześnie inne metody, ale znacznie bardziej skomplikowane i mniej wyraziste (dopiero w 1936 roku firma Kodak wynalazła proste w obsłudze klisze kolorowe). Konkretniej, polegały na robieniu naraz trzech zdjęć przez trzy filtry; przy pokazywaniu zdjęć, Produkin-Gorski wyświetlał filmy naraz (trzy klisze, każda z lampą innego koloru). Jakości jego zdjęć można pozazdrościć - podobne efekty w tamtych czasach dawało tylko... robienie zdjęcia czarno-białego i kolorowanie.
Robią wrażenie. A to ten zacofany kraj, Carska Rosja...
Obserwacja zaćmienia słońca w górach Tien-Szan, 1 stycznia 1907 roku.

Pinchas Karlinskij (84 lata!), nadzorca śluzy w Czernihowie, rok 1909

Parowóz "Kompound", rok 1910.

Z jednej strony, Armia Carska na progu I Wojny światowej była zacofana jak żadna inna: regulaminy były przestarzałe, myślenie XIX-wieczne, sposób kwaterowania żołnierzy - niedorzeczny (Armia Carska nie znała de facto "koszar" - oddziały armii lądowej kwaterowały w ziemiankach, pod namiotami, albo na kwaterach w domach prywatnych. Inne armie cywilizowane już tak nie miały od dawna, chyba że w warunkach polowych...). Artylerii, broni maszynowej - mieli nasycenie zdecydowanie mniejsze niż armia choćby Austro-Węgier. Żołnierze w progu I Wojny Światowej stosowali jeszcze... strzelanie salwami! Wspomina o tym Józef Piłsudski w "Moje pierwsze boje", opisując bitwę pod Limanową i wyjaśniając bardzo niskie straty swoich żołnierzy mimo wielokrotnej przewagi Rosjan (a Piłsudski prawie nie miał tam artylerii i w ogóle broni maszynowej). Laikom wojskowym już wyjaśniam: strzelanie salwami, czyli na komendę, w określonym kierunku, bez większego mierzenia, do celów odległych i leżących (prawie nic nie widać, poza czasem kawałkiem twarzy albo lufą) jest doskonałym sposobem na nie-trafienie; salwami się strzelało za Napoleona, bo wtedy ze skałkówki na 100 metrów trafiało się co najwyżej w stodołę - w 1914 ze stu metrów to się trafiało w głowę albo oko (o ile się celowało, zamiast salwami).
Z drugiej strony, Carat znacznie... chętniej przyjmował nowinki techniczne, niż, na przykład Armia Brytyjska. Carska Marynarka Wojenna jako jedna z pierwszych zaczęła stosować łodzie podwodne (nasz rodak Drzewiecki się kłania - no ale gdyby był choćby i Einsteinem, a ktoś myślący by nie wyłożył funduszy, to mógłby sobie myśleć). A Carskie Siły Powietrzne Rosji były jednymi z pierwszych sformowanych oddziałów lotnictwa, bo bo utworzono je w 1910 i od razu de facto niezależne (podlegały korpusowi Inżynieryjnemu), a od 1915 de iure niezależne; w Wielkiej Brytanii siły powietrzne powstały w 1912, niezależne - w ramach armii albo floty i dopiero w 1918 zostały połączone w jedno; w armii II Rzeszy (Niemiec) siły powietrzne powstały w 1913, do 1916 podporządkowane armii... Cóż - dość by rzec, że w chwili wybuchu I Wojny Światowej Императорский военно-воздушный флот России były drugimi w Europie pod względem wyszkolenia, wyposażenia i wielkości (po Francuskich).

Z jednej strony było to państwo w którym rewolucjonistów usuwano z uniwersytetów za dyskusje o socjaliźmie, prześladowano prawnie działalność polityczną socjalistyczną, ba! nawet liberalną i wszelakie dążenia demokratyczne, prześladowano też narody nie-rosyjskie i starano się wynarodowić.
Z drugiej strony - czego innego można było się spodziewać, w kontekście walki z wywrotowcami (pardon: bojownikami) socjalistycznymi w państwie, gdzie rządził Car, autokratyczny samodzierżawca? Pierwszy cytat z początku wpisu doskonale oddawał podejście carów do świata i jego okolic. Zresztą, większości Rosjan inny świat wydawał się niemożliwy. Eh, poza tym, co tu dużo mówić - i dziś państwa demokratyczne prawnie walczą z tymi którzy chcą się zamachnąć na państwowość, zwłaszcza jeśli popierają to ulotkami, organizacjami i zamachami - jak to robili socjaliści w Rosji. przypomnijmy, Car Aleksander II zginął w zamachu. Stracono zamachowców. Partie socjalistyczne były i tak zakazane, ale nie wzięto prewencyjnie podejrzanych i nie wysłano na Sybir jak leci, za to że mają podobne poglądy albo że są spokrewnieni z zamachowcami (jak Lenin, co wspominałem).
Nie wiem czy periodyk anarchistów (drugi cytat z początku wpisu) ukazywał się legalnie - raczej nie - ale poniższy rysunek satyryczny był drukowany legalnie. Od ręki można wymienić dziesiątki obecnych państw, często uważanych za "cywilizowane" i "pro-zachodnie" (coś takiego ostatnio widziałem na Onecie na temat Arabii Saudyjskiej i przecierałem oczy ze zdumienia), w których by za taki rysunek wpakowano człowieka do paki zanim by rzekł "satyra!".
"Pisać, ale o czem???: W redakcji warszawskiej gazety" - rysunek satyryczny W. Wojtkiewicza, 1907. 
(Wybaczcie jakość, skan z własnych zbiorów)

Rosja carska wreszcie był państwem de facto wciąż jednak tkwiącym korzeniami w myśleniu i porządku feudalnym, wersja wschodnia/ Czyli autokratycznym. To wciąż był kraj z ogromną władzą Cara, bogactwem nielicznych posiadaczy ziemskich i fabrykantów, dominująca rolą armii. To był wciąż kraj, mający protektoraty nad krajami quasi-feudalnymi w Azji Środkowej, kraj w którym jedyna prawdziwa kariera dla chłopa była możliwa w armii (jeśli go wszy nie zjadły). Coś takiego w krajach zachodnich - Francja, Wielka Brytania, II Rzesza - było nie do pomyślenia; nawet Austro Węgry były mniej zacofane od Caratu!

Moja diagnoza na temat największej słabości Rosji jest taka - było to Imperium uciskające, ale niedostatecznie, bez konsekwencji. Było to państwo represyjne, ale jego represje stanowiły klasyczne zaprzeczenie idei "nie zadawaj wrogowi małej rany". Było to państwo praworządne i modernizujące się, ale robiące to zdecydowanie powoli - zdecydowanie sobie nie radząc z problemem robotniczym i chłopskim (akurat z robotnikami to nikt sobie wtedy nie radził, ale z chłopami... cóż, w Rosji stracili dobre 100 lat).
Było to państwo w którym cała władza opierała się na dwóch rzeczach: autorytecie cara i sile oraz lojalności armii. Gdy car najpierw stracił większość pierwszego - w  oczach ludu - a potem w trakcie Wielkiej Wojny wykruszyło się oparcie w armii, Carat upadł.

Czemu i jak ten niestabilny dwójnóg zmienił się w jednonóg, a potem  z hukiem runął - przedstawię w następnych wpisach, dalej wprowadzających w przyczyny Wojny Domowej w Rosji.

Miało dziś być jeszcze o wojnie 1904-1905 i Rewolucji 1905, ale i tak się przeraziłem patrząc na objętość...

sobota, 5 października 2013

Powstanie Warszawskie: Koniec i Krótka Przypowieść

Koniec. Finis.

Koniec - podsumowanie strat
Podziękowania i prośba do czytelników
Krótka Opowieść - pióra Normana Daviesa

*****
Koniec


5 października z Warszawy wychodzą ostatnie oddziały powstańcze - poza batalionem osłonowym, który miał nadzorować dalszą ewakuację i złożył broń niejako osobno, 9 października.
Kolumny Powstańców kierowane są do Ożarowa, skąd jeńcy wywożeni są pociągami towarowymi do stalagu 334 Lamsdorf (Łambinowice) na Śląsku Opolskim. Powstańcy otrzymują tam numery jenieckie, po czym rozsyłani są do obozów jenieckich na terenie Niemiec i Austrii. Tylko ze Śródmieścia wychodzi do niewoli niemieckiej 11668 żołnierzy, z Komendantem Głównym AK gen. Tadeuszem Komorowskim „Borem” oraz pięcioma innymi generałami: Tadeuszem Pełczyńskim „Grzegorzem”, Antonim Chruścielem „Monterem”, Tadeuszem Kossakowskim „Krystynkiem”, Kazimierzem Sawickim „Prutem” i Albinem Skroczyńskim „Łaszczem”.

Bilans strat po stronie polskiej: ok. 18 tys. poległych Powstańców, ok. 180 tys. zabitych cywilów i ok. 3,5 tys. poległych żołnierzy 1. Armii WP; ok. 25 tys. rannych Powstańców, w tym 6,5 tys. ciężko. Do niewoli dostaje się łącznie ok. 16 tys. Powstańców. 

Po stronie niemieckiej – ok. 9 tys. żołnierzy poległych, ok. 7 tys.  uznanych za zaginionych; rannych  9 tys. (straty niemieckie są czasami podawane za raportem von dem Bacha do Himmlera, mówiącym o 1,5 tys zabitych; zapomina się przy tem, że von dem Bach objął dowodzenie dopiero 5 sierpnia, nie znał więc strat niemieckich z pierwszych dni Powstania, gdy Niemcy ponieśli je największe; nie znał też strat niektórych jednostek, które były wyjęte spod jego dowództwa).

Od ogłoszenia godziny „W” minęło sześćdziesiąt sześć dni. „W”… to był skrót od „Wolność”.

II Rzeczypospolita nie została przywrócona. W zniszczonej katedrze św. Jana nie odśpiewano Te Deum.  Miasto zostało zniszczone, a specjalne oddziały saperskie Wehrmachtu niszczyły je jeszcze przez 3 miesiące.
Wolności nie było.

***
Podziękowania (i prośba)

W tym wpisie kończę wraz z następnym podrozdziałem (będącym w całości cytatem z „Powstania ‘44” Normana Daviesa) kończę swój cykl pisania o Powstaniu. Kto czytał choć część, temu dziękuję i ufam, że niniejsze wpisy wniosły coś do jego wiedzy o historii Polski, tej zapominanej, czasem zakłamywanej, którą niektórzy by chcieli wymazać na zawsze z kart naszej historii. 

Tych, którzy nie czytali, a przypadkiem czytają ten wpis, zachęcam do przeczytania choćby części poprzednich.


Bo jak powiedział Józef Piłsudski:
„Naród, który nie szanuje swej przeszłości nie zasługuje na szacunek teraźniejszości i nie ma prawa do przyszłości.”

Pamiętajmy o tym. Pamiętajmy o Powstaniu Warszawskim. Pamiętajmy o Bohaterach. I jaką odpłatę za swe bohaterstwo dostali.


***
Krótka Przypowieść

„Być może w tym miejscu nie od rzeczy byłaby przypowieść. Otóż pewien człowiek wchodzi do rzeki, żeby zmierzyć się ze zbrodniarzem. Decyduje się na to, ponieważ ów zbrodniarz od lat bije, morduje i upokarza jego rodzinę i ponieważ sam należy do grupy, która postanowiła wymierzyć mu sprawiedliwość. Co więcej, uzyskał od przywódców tej grupy zapewnienie, że wszyscy będą działać ramie w ramię, i wybiera moment, gdy na przeciwnym brzegu pojawiają się tłumnie „przyjaciele przyjaciół”, od których oczekuje się pomocy. Wtedy wszystko zaczyna iść nie tak, jak powinno. Zbrodniarz, zamiast rzucić się do ucieczki, podejmuje walkę. „Przyjaciele przyjaciół” trzymają się z daleka. Człowiek zaczyna się rozpaczliwie miotać, ale nie rezygnuje. Dowódcy grupy wołają z daleka, prosząc o pomoc. Krzyczą bez przekonania, a ich głosy mieszają się ze sobą. „Przyjaciele przyjaciół” nadal trzymają się z daleka. Ponawiane nawoływania nie przynoszą żadnej reakcji. Wreszcie do wody wchodzi tylko jeden z niedoszłych ratowników, który szybko sam znajduje się w opałach. Po długiej walce zbrodniarz zaciska ręce na gardle człowieka i wpycha go pod wodę. Człowiek tonie.

Kogo należy winić? A kogo pochwalić?”

piątek, 4 października 2013

Powstanie Warszawskie (65): Losy powstańcze

Powstania już nie ma, ale od wybuchu już mija 65 dni.

Dziennik - przygotowania do ostatniej prostej
Przyczyny upadku Powstania - na podstawie raportu spisanego przez generała "Niedźwiadka" dla NKWD.
Losy powstańcze na Zachodzie i na Wschodzie - krótka opowieść

*****
Dziennik

4 Października pierwsze oddziały AK składają broń i opuszczają miasto - konkretniej oddziały ze „Śródmieścia-Południe”.

W eter płyną ostatnie audycje powstańczego Polskiego Radia i radiostacji „Błyskawica”. Przed jej mikrofonem zasiada tego dnia szef techniczny, Jan Georgica „Grzegorzewicz”. Wspomina warunki pracy i podaje parametry techniczne radiostacji. O godz. 19.30 nadaje na pożegnanie „Warszawiankę”, po czym młotem niszczy nadajnik.

Wydane zostały ostatnie, pożegnalne numery pism powstańczych i konspiracyjnych: „Dziennika Radiowego”, „Robotnika”, ”Wiadomości Powstańczych” i nr 102 „Biuletynu Informacyjnego”.

„Bór” podpisuje ostatnią depeszę do Londynu, nadaną następnego dnia rano.

***
Przyczyny upadku Powstania


Przyczyny upadku powstania były różne, lecz można wyszczególnić (za spisanym na życzenie NKWD raportem gen. Okulickiego „Niedźwiadka”) następujące główne:
- Całkowite wyczerpanie żywności. Pod koniec Powstania porcja dzienna dla żołnierzy wynosiła dwie garście jęczmienia dziennie; zachodziły nawet przypadki odbierania żywności cywilom, do czego dowództwo AK nie chciało  - w  szerszej skali  - dopuścić.
- Prawie całkowite pozbawienie wody.
- Bardzo ciężkie położenie wojskowe, a wskutek wstrzymania natarcia Armii Czerwonej, utraty Żoliborza i Mokotowa - beznadziejne.
- Obawa przez zmasakrowanie ludności cywilnej w wypadku militarnego zniszczenia enklawy na Śródmieściu.
Co ciekawe, sytuacja amunicyjna była dobra - były zapasy pozwalające na prowadzenie „intensywnej walki przez kilak dni” (wedle cytowanych słów gen. „Montera”)

Dobrze zresztą powody kapitulacji odmalowuje przemówienie wicepremiera, delegata rządu RP na kraj „Sobola”, który wygłosił je podczas ostatniej dyskusji cywilnych i wojskowych przywódców Powstania nad kapitulacją.
„Dalsza walka jest bez najmniejszego celu, jest szaleństwem. Niemniej jednak politycznie zyskaliśmy bardzo wiele. Ponieważ jednak nie uzyskaliśmy pomocy tej, na jaką oczekiwaliśmy, trzeba więc ratować to, co mamy najdroższego, a tym jest biologiczna substancja Narodu. Jest to tym więcej ważne, że w warszawie zgrupowała się cała elita kulturalna i naukowa społeczeństwa. Warszawa według zapewnień generała von dem Bacha będzie terenem walk między Sowietami a Niemcami, będzie do reszty spalona, niewiele z niej uda się uratować. Trzeba więc dążyć do uratowania przynajmniej ludzi. Wicepremier jest za tym, by walka była zakończona.”

***
Losy Powstańcze: na Zachodzie...

Po wojnie różnie się układały losy powstańcze; ale można wyróżnić dwie podstawowe ścieżki: albo wpadli w ręce Sowietów, albo zostali (wyemigrowali) na Zachodzie.

Los tych, którzy porozjeżdżali się po świecie, był lepszy, choć tylko w niektórych aspektach.

Nie byli torturowani, nie byli rozstrzeliwani. Za to byli traktowani z zupełną obojętnością - a po pewnym czasie nawet wrogością. Żołnierze Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie jeśli wracali do kraju… to czekały na nich aresztowania, więzienia i katownie łaknęły ich jak kania dżdżu. Jeśli zostali, to zmagali się z rosnąca na Wyspach niechęcią do Polaków, o których mówiono „czemu oni nie wrócą do SIEBIE?” - pamiętajmy że były ciężkie czasy powojenne i niechętnie patrzono na tysiące „obcych”. Więc niektórzy wyjeżdżali - do Australii, Argentyny, USA czy Kanady. W dużej mierze niezależnie od wykształcenia przez długi czas pracowali fizycznie, bo np. w Australii wszelki element emigracyjny traktowano jako dobrze płatnych, ale jednak robotników fizycznych. 



Ryszard "Jerzy" Białous, dowódca batalionu "Zośka", trzykrotnie odznaczony Krzyżem Walecznych i raz orderem Virtuti Militari V klasy, po wojnie (w 1948) wyemigrował do Argentyny. Nadzorował budowę lotniska w Quillen, przez wiele lat pracował przy budowie dróg i mostów. W 1963 zbudował i został następnie dyrektorem uzdrowiska w Caviahue, potem przez wiele lat był na kolejnych ważnych stanowiskach w zarządzie prowincji Neuquen; od 1976 roku dyrektor Uzdrowisk termalnych tej prowincji. Znany jako jeden z pierwszych badaczy Indian Araukanów (oni sami nazywają się "Mapuche"). Założył pierwszy w Argentynie klub biatlonowy. W Polsce był tylko raz, na 30 rocznicy wybuchu Powstania. Zmarł 24 marca 1992 w Neuquen (miasto, stolica prowincji o tej samej nazwie); pochowany na tamtejszym cmentarzu.
"Ludzie, którymi miałem zaszczyt dowodzić, to nie wyspa oderwana od społeczeństwa ani cierpiętnicy, dla których było ideałem polec za Ojczyznę, lecz świadomi swych obowiązków młodzi obywatele Rzeczypospolitej, dla których ideałem było żyć dla Niej i pracą przyczynić się do Jej świetności." - słowa Ryszarda "Jerzego" Białuousa o jego podwładnych z batalionu "Zośka"




Inni zostawali w Brytanii. Jedni mogli przetrwać dzięki misjom humanitarnym, bo żyli w nędzy; inni żyli dzięki swej pomysłowości. Byli generałowie pracujący jako kelnerzy. Byli sędziowie i profesorowie, harujący w fabrykach pasty do butów. Byli bohaterowie wojenni, którzy musieli pokornie słuchać poleceń i harować na nocną zmianę w najbardziej podłych placówkach przemysłowych czy handlowych. Nie dziwota, że wielu z nich zasiliło też szeregi wędrownych grajków, artystów i chorych umysłowo… Doskonałym przykładem ogólnego losu jest tutaj tzw. „Srebrna brygada”, grupa polskich oficerów w wysokiej randze zajmująca się czyszczeniem sreber w hotelu Ritz przy Picadilly. Albo taki generał „Bór” Komorowski, który ostatnie dwadzieścia lat życia przeżył w typowym domu robotniczym, żyjąc z pieniędzy zarabianych przez żonę na szyciu firanek.

Gen. "Bór" Komorowski na emigracji, Londyn 1956.
"Gdybyśmy zachowali się zupełnie biernie, Warszawa nie uniknęłaby zniszczeń i strat. Musieliśmy się liczyć z tym, że jeżeli stolica stanie się polem bitwy i walk ulicznych między Niemcami a Sowietami, może ją czekać los Stalingradu. Ani na chwilę nie mam zamiaru uchylać się od osobistej odpowiedzialności za decyzje, które podejmowałem jako dowódca Armii Krajowej." - pierwszy...
"Musimy jednak pamiętać o jednym: opór zbrojny i walka orężna wobec najeźdźcy nie były narzucone społeczeństwu przez jakiś rozkaz z góry. Ta decyzja została podjęta przez cały naród samorzutnie, nie w sierpniu '44 roku, ale już we wrześniu '39." - i drugi ciekawy cytat z gen. "Bora". Z pewnych przyczyn, jako dowódca AK, często był pytany o Powstanie Warszawskie.


Ironią losu jest to, że żołnierze AK nie otrzymywali ani pensa rent czy emerytur; szczątkowe otrzymywali członkowie Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie… ale mimo wielkich wysiłków Brytyjczyków i Amerykanów, które podjęto by opinia publiczna na całym świecie przyjęła do wiadomości, że członkowie AK byli członkami armii sprzymierzonych, mimo tego że Trzecie Rzesza nawet przyjęła to do wiadomości, dwie instytucje nie przyjęły tego nigdy do wiadomości:

NKWD i brytyjskie Ministerstwo Rent i Emerytur.

... i na Wschodzie

Tych co zostali w kraju, czekała gehenna. Przykładowo, gen. Okulicki „Niedźwiadek”, gen Fieldorf „Nil” i prawie wszyscy wyżsi rangą oficerowie zginęli, albo zabici po kryjomu, albo skazani z pełnym majestatem stalinowskiej parodii prawa. Inni zginęli w walce, znani dziś jako „Żołnierze Wyklęci”, nie godząc się na koniec walki z sowieckim okupantem i komunistami… którzy zresztą ogłaszali regularnie amnestie dla partyzantów - by potem ich aresztować od razu lub później, pod jakimś pretekstem.

Inni przeżyli długoletnie więzienia i upokorzenia, by po minięciu terroru czasów stalinowskich słyszeć same negatywne słowa o AK, słyszeć peany o AL i wojskach sowieckich… by czekać na właściwe uhonorowanie losów powstańczych kilkadziesiąt lat.

Zacytuję fragment wspomnień Waldemara Pomaskiego „Klawego”, z jego książki „wspomnienia ze szlaku Warszawa-Kołyma”:
„(…)Potem były obozy: w Ożarowie, Landsdorfie, Lukenwalde, Zorall. Wyzwolenie przez oddziały radzieckie i kontakt z armią radziecką (…).
Rosjanie zaczęli wybierać spośród nas ludzi starszych, znających jakiś fach: mechaników, hydraulików itp. To nam się nie bardzo podobało. Chcieliśmy sformować jakiś pułk osobny do walki. Po około dziesięciu dniach wezwali nas w nocy, po apelu do komendantury - „po odbiór listów” dla około dwunastu osób z naszej grupy. Było to z 10 na 11 marca 1945 roku. Jak poszedłem po te listy, to przyjechałem dopiero w 1954 roku, w styczniu. W trakcie tej prezentacji pytano nas o wszystko, nawet o to, co robiliśmy w konspiracji. Później nastąpiło normalne śledztwo, w czasie którego zarzucano nam, że jesteśmy dywersantami, szpiegami itp. Byliśmy już poza obozem - w ziemiankach. W zależności od przesuwania się 1. Frontu Białoruskiego zmienialiśmy miejsce „postoju”. W Landsbergu (…) był sąd wojskowy. Znalazł się tam osobnik, w mundurze zbliżonym do polskiego, (…) który przetłumaczył nam wyrok. Z początku straszono nas karą śmierci, ale potem z łaski Wielkiego Wodza skazano jedenaście osób na dziesięć lat IŁT, a jednego na piętnaście lat. Był to paragraf 58, punkty 6,9,14 (odpowiednio: szpiegostwo, dywersja, sabotaż).”


Jak to napisał K.K. Baczyński, mając coś w rodzaju wizji przyszłości:
„Jakie szczęście, że nie można tego dożyć,
Kiedy pomnik ci wystawią, bohaterze,
I morderca na nagrobkach kwiaty złoży.”