czwartek, 25 kwietnia 2013

Syryjska wojna domowa

„Należy bowiem pamiętać, że ludzi trzeba albo potraktować łagodnie albo wygubić, gdyż mszczą się za błahe krzywdy, za ciężkie zaś nie mogą. Przeto gdy się krzywdzi człowieka, należy czynić to w ten sposób, aby nie trzeba było obawiać się zemsty."
Niccolò Machiavelli „Książę "

Ostatnimi czasy dużo się słyszy - i czyta - o sytuacji w Syrii. A że tam biją opozycję, że ją rozstrzeliwują, używają broni chemicznej, biologicznej i ogólnie dobrze że nie mają broni jądrowej, bo już by zrzucili samą na tąż opozycję a przy okazji na własne tyłki. A opozycja odpiera ataki rządu z pokorą, sama tylko od czasu do czasu tracąc cierpliwość i robiąc ofensywę, po której zostają stosy zabitych żołnierzy rządowych tudzież sympatyzujących z nimi cywili - oczywiście, w wypadku wziętych do niewoli żołnierzy i cywili, to pewnie sami się zabili, bo opozycja jest świeta i bezgrzeszna, prawda?
Jak ja czytam bzdury w stylu powyższych, to zaprawdę, zanim doczytam do końca to czasem muszę sobie strzelić kolejkę, bo propaganda to jedno, bo polityczna naiwność to drugie, niekonsekwencja w działaniu i niezrozumienie realiów to inne... Ale wszystko na raz jest mieszanka piorunująca, która nawet w naszych współczesnych merdiach mnie zadziwia i należy do rzeczy, które nie sposob zniesc na trzeźwo. Na potrzeby tego wpisu postaram sie czytać takie wypowiedzi na trzeźwo - ale proszę o docenienie mojego poświęcenia.

W każdym razie, skoro już wiemy ze merdia sączą nam kompletne głupoty, to jak jest naprawdę w Syrii: Skąd się wziął ten konflikt? Kto tam z kim walczy? Jakie będą skutki tej wojny? I czemu uważam że polityka Zachodu wobec tego konfliktu jest idiotyczna?
O tym wszystkim i jeszcze trochę będzie w tym wpisie, a to wszystko za cenę 0 zł 0 gr + VAT.

Dobrze, w kontekście Syrii od czego warto zacząć? Jak zawsze: od początku. Czyli od historii.

***
Prześledźmy losy Syrii. Z mroków neolitu wyłoniły się miasta-państwa, które już niedługo potem wpadły w wasalne podległości krajów ościennych - Egiptu, Mitanni, potem Hetytów, Asyrii, Babilonii... potem tereny Syrii podbili Persowie (Achmenidzi - Ci co dostali potem wciry od Greków pod Maratonem i Salaminą), później Aleksander Wielki, później Seleucydzi (potomkowie jednego diadochów, tj. wodzów co się bili o imperium Aleksandra od chwili gdy jego ciało skończyło drgać na łożu śmierci), później im te tereny odbiło Imperium Romanum, które z kolei już po paru wiekach toczyło Syrię zacięte wojny z Persami (tym razem Sasanidami); na gotowe po nich weszli Arabowie, którzy przyłączyli Syrię do Kalifatu na dłuuugo- a po rozpadzie nadal była w strefach wpływów jednego lub drugiego Kalifatu. Potem krzyżowcy z Outremer (Księstwo Antiochii, Hrabstwo Edessy), po nich Mamelukowie, Imperium Osmańskie... i dochodzi do wieku XX, gdy Syria była wraz z Libanem jako mandat Ligii Narodów de facto pod władza Francji. W czasie II Wojny Światowej uzyskała niepodległość; ale nie w granicach historycznych, bo bez Libanu (teraz niepodległy), Antiochii i północnej Syrii (obecnie w Turcji), za to z kawałkiem dorzecza Eufratu na wschodzie, które nigdy nie należało do historycznej Syrii.
Czemu pisałem tą wyliczankę? By ukazać: Syria nigdy przedtem nie istniała w obecnym kształcie. To państwo dość sztuczne, jak Belgia albo podobne im (Kongo? Liberia? Mauretania?). Co więcej, region ten praktycznie zawsze był częścią większego imperium, od zawsze. Czasem uprzywilejowaną, jak w państwie Seleucydów (kiedy zresztą założono Antiochię, będącą stolicą państwa Seleucydów, wielkie miasto odgrywające w historycznej Syrii ogromną rolę), albo Kalifacie Umajjadów (którzy za stolicę swego państwa obrali Damaszek) - a czasem odległą prowincją; bogatą i dającą niezły grosz, ale traktowaną jak typowe bogate a odległe źródło dochodów (dla Egipcjan, Babilończyków, Persów, Rzymian, Turków Osmańskich...). Rzadkie przykłady państw leżących w Syrii, obejmujących duży jej fragment i będących (z grubsza) niepodległymi to pustynne państwa w stylu Palmyry albo... Księstwo Antiocheńskie, w którym władza przynależała do przybyszów z zachodu, krzyżowców.
Co z tego wszystkiego wynika? Syrii, tak jak i całego Bliskiego Wschodu, nie można oceniać kryterium narodowym. Według mnie (i zresztą nie tylko - aż tak alternatywny nie jestem) kryterium narodowe na Bliskim Wschodzie można stosować tylko wobec Kurdów i Żydów (vel Izraelitów), a wobec innych kryterium wyznaniowe (stosowane już od VII wieku). Nieboszczyk Saddam Hussein swego czasu uważał, że narodowość jest ważniejsza od religii i liczył na to że w wojnie z Iranem, Arabowie mieszkający na południu tegoż Iranu entuzjastycznie powitają wkroczenie wojsk współziomka, co z tego że sunnity (gdy oni są szyitami). I mimo że armia Irańska była w proszku po czystkach związanych z rewolucją islamską, a armia iracka była bardzo mocna dzięki wsparciu z Zachodu; mimo użycia broni chemicznej i przewagi doktryny, przewagi w powietrzu, w czołgach, w artylerii, w wyszkoleniu... dostał wciry, bo fanatycy szyiccy nie patrzyli arab-nie arab? tylko na wyznanie.


Skoro nie można mówić w kontekście Syrii za bardzo o narodowościach, a wyznaniach, to co to zmienia? Ano, że jest wojna domowa w Syrii, owszem; ale nie głównie między Syryjczykami, przynajmniej nie bardziej niż II Wojna Światowa była wojną domową i konfliktem głównie między Europejczykami.
***
A przecież jak wszyscy wiemy od pewnego czasu, II wojna światowa to był konflikt między nazistami i tymi wszystkimi innymi. A skąd się wywodzili Ci straszni naziści - jest to wielka tajemnica. Może z ciemnej strony Księżyca?
***

Wobec tego, nie od rzeczy byłoby spojrzeć na wyznaniową mapę Syrii.

Warto tutaj zauważyć, że Irak, Turcja, Jordania, Arabia Saudyjska i tak dalej - wszystko na Bliskim Wschodzie jest sunnickie (poza Izraelem, Libanem - który jest jeszcze bardziej wieloreligijny niż Syria i maił przez to własną dużą wojnę domową - oraz Iranem, który jest szyicki).
***
Kiedyś napiszę wpis, albo szereg wpisów na temat islamu, ale na razie wystarczą podstawy wiedzy: są sunnici i szyici.Sunnici przeważają na całym świecie; jedni i drudzy się uważają za heretyków. Szyici są bardziej tolerancyjni wobec pomniejszych odłamów islamu (jak alawici, albo druzowie, którzy są tak bardzo odłamowi że już są osobni). Sunnitami byli Talibowie, Sunnitą i to fanatycznym był Osama bin Laden; szyitami są te wszystkie czarne serca z Iranu. Aha - przy okazji już wiecie czemu myślenie że Al-Kaida choćby kubek wody by przyjęła ze strony Iranu, nie mówiąc o pomocy militarnej, jest błędne?
***

Jak każdy może ładnie zauważyć, większość "Syryjczyków" to sunnici (74%, by być dokładnym - wg. statystyk). Zaraz po nich są alawici (ok. 13%;  pod tą zbiorcza nazwą umieszczam też inne podobne im odłamy szyitów), Chrześcijanie (10%) i Druzowie (ok. 3%). Kurdowie stanowią około 9% ogółu populacji Syrii i są w większości sunnitami.
Uff. To tyle demografii, ale było to niezbędne. Bo trzeba wiedzieć że obecny prezydent Syrii, Baszar al-Asad, jest alawitą. Tak, mniejszość rządzą większością; zresztą, alawici rządzą Syrią 1971, gdy ojciec obecnego prezydenta zrobił pucz wojskowy i zmarginalizował sunnitów, promując wszystkie mniejszości wyznaniowe (Kurdów prześladował, bo chcą mieć własne państwo; to że przy okazji są w większości sunnitami, to inna sprawa). Sunnitom to się za bardzo nie podobało, ale nie za bardzo mieli co zrobić, bo nieproporcjonalnie dużo alawitów służy w armii. Czemu? Bo alawici w sunnickiej większości mieli bardzo ograniczoną możliwość awansu społecznego i zdobycia władzy - właściwie tylko w armii. No to i wstępowali do armii, awansowali społecznie i zdobyli władzę. Puczem.

Więc: kto walczy z kim w Syrii? Sunnici z wszystkimi innymi mniejszościami wyznaniowymi; Kurdowie się przy tym trzymają z boku i mają nadzieję wyszarpać własne państwo przy okazji. Kto z muzułmanów wspiera alawitów, chrześcijan i druzów? Iran, rzecz jasna: Baszar al-Asad jest jego strategicznym sojusznikiem, po jego upadku Iran byłby w świecie muzułmańskim osamotniony. Kto zaś "syryjską opozycję", czytaj: sunnitów? Arabia Saudyjska, Jordania i wszyscy muzułmańscy fundamentaliści, którzy na fali "Arabskiej Wiosny" przejęli władze w Tunezji, Libii i Egipcie; Bractwo Muzułmańskie, ludzie określani jako "fundamentaliści" i Al-Kaida. Świetnie.
A kogo wspiera Zachód? Rzecz jasna, Zachód nie myśli o racji czy dobru, bo ono nie ma racji bytu w polityce; Zachód myśli o wielkich interesach. A Zachód ma wielki globalny interes w zgnojeniu Iranu. Rosja zaś ma wielki interes w tym, żeby Iran pozostał silny i wspiera Syrię, choć trochę.
I Zachód pewnie w końcu dopnie swego. Zgnoi Iran, tak, osamotni! Świetnie! W Afganistanie się udało, talibowie załatwili ZSRR i pokazano kto tu górą, wschód czy zachodnie wywiady. A że przy okazji zrobią z Syrii nowy Taliban, to się nie przejmują.
Syria ma broń chemiczną. Syria ma kuuupę nowoczesnego sprzętu zakupionego przez reżim Assada, w tym nowoczesną (jak na standardy Bliskiego Wschodu) obronę przeciwrakietową. Po wojnie domowej zostanie masa broni ręcznej i nie tylko, wyprodukowywanej na potrzeby walczących stron.
I to wszystko przejmie Al-Kaida lub chociaż jej młodsza, nowsza, upgradowana i dopakowana przez CIA wersja.

Jakie więc mogą być skutki tej wojny:
- albo wygrają islamiści i będzie krwawa rzeźnia, a potem jeszcze większa rzeźnia przy zarzynaniu Izraela i obalaniu resztek rządów pro-zachodnich na Bliskim Wschodzie (poza tymi które same dokonają szybkiej wolty). A Kurdowie tak czy inaczej raczej nie dostaną tej swojej niepodległości, bo jak tylko islamiści dojdą do władzy w Damaszku, i się wygodnie rozsiądą, to zaraz kilka rakiet SCUD z głowicami chemicznymi poleci w jakieś kurdyjskie miasta i tyle będzie niepodległości.
- albo wygra reżim Bassada al-Assada i zrobi też wielką rzeźnie, ale już tylko w Syrii. Baszar, dość negatywnie nastawiony do robiących Wielkie Interesy UE i USA, zbliży się bardziej do Iranu, już nawet za bardzo nie próbując prowadzić dawniej polityki pośrodku, jak dawniej - gdy lawirował między USA a Iranem. Nie, teraz będzie po jednej stronie barykady.
- istnieje też jedna, niewielka, malutka szansa, że Zachód zamiast popierać zwycięstwo fundamentalistów, zacznie promować kompromis między reżimem Assada (i trzymającymi się poły jego płaszcza mniejszościami) i tymi z "opozycjonistów", którzy jeszcze nie walczą dla walki (i nie są fanatykami religijnymi). Jeśli się dogadają - na przykład, Assad zatrzyma władzę, zrobi drobne represje, wyrżnie obcych mudżahedinów i wróci status quo sprzed wojny - jest szansa że zamiast Wielkiej Syryjskiej Rzeźni będzie tylko zwykła, pomniejsza. I tyle. Szans na uniknięcie rzezi nie ma, bo raz że już ona trwa, dwa że z jednej strony mamy bardzo dużo fanatyków, a z drugiej strony mamy Assada który widział jak skończyli jego koledzy-dyktatorzy z Tunezji, Libii i Egiptu i nie chce tak samo skończyć - oraz, oczywiście, nie chcące zostać wyrżniętymi mniejszości nie-sunnickie.

***
Proszę, nie zrozumcie mnie źle: ja wcale Baszara al-Assada nie uważam za człowieka o czystych rękach i  intencjach; uważam że jest cwanym i bezwzględnym dyktatorem, który już pokazał że nie odda władzy dobrowolnie, ale i pokazał że nie jest kompletnym szajbusem.
Za to radykalni sunniccy bojownicy mogą nie mieć kompletnie żadnych oporów przed użyciem broni chemicznej i rzeczami mało perspektywicznymi, ale za to bardzo nieprzyjemnymi dla innych.
A Syria ma ok. 1000 ton broni chemicznej, w  czterech ośrodkach. "precyzyjne akcje komandosów" nie mają szansy jej zabezpieczyć.
***

Znając niechęć USA do uczenia się na błędach, obstawiam że wygrają sunnici i to w wersji radykalej - wojna domowa zawsze przybliża gatunek "ludzi o umiarkowanych poglądach" do kategorii gatunków na wymarciu lub wymarłych.

Cóż.
Ja tam na miejscu Żydów już kupował sobie działki ziemi w Oklahomie, coby się przeprowadzić gdzieś daleko.

Sytuacja w Syrii wedle danych z końca marca 2013 roku  (zielone - miasta kontrolowane przez sily Assada, brązowe - miasta kontrolowane przez siły anty-Assadowskie, niebieskie - toczą się walki albo sytuacja niejasna)

Baszar al-Assad i jego żona Asma

piątek, 12 kwietnia 2013

Cristiada - recenzja filmu

„Czy z takimi ludźmi możliwa jest porażka? Nie, ta sprawa jest święta, i jest niemożliwe, żeby z takimi obrońcami przegrała”
Generał Enrique Gorostieta w liście do przyjaciela (nie, to nie filmowe, a rzeczywiste).

Jak niektórzy wiedzą - a niektórzy nie - popełniłem ostatnio kilka wpisów na temat Cristiady: na temat przyczyn jej powstania, przebiegu i skutków. Motorem do pisania o tym była wieść o filmie Cristiada, który wszedł na ekrany kin tydzień temu; zresztą, dodatkowym asumptem był fakt że praktycznie NIKT nie wie NIC na temat Cristiady w naszym pięknym kraju - i szczerze mówiąc, nie potrzebuje tego, woląc pławić się w bagienku niewiedzy i "mienia-tego w-dupie". Ja jednak, wierząc głęboko w to że ludzie jednak wolą przechodzić z ciemności ignorancji do światła wiedzy, zachęcam ponownie do przeczytania tych wpisów.

No ale, Cristiada, film. 

 ***
Tytuł polski nie ma tytułu używanego w reszcie świata (The Greater Glory: The True Story of Christiada), może dlatego że u nas i tak duuużo czasu trwało, zanim znalazła się firma na tyle odważna, by podjąć się dystrybucji filmu; mówiono że nie będzie rynku wewnętrznego i zainteresowania, a tak naprawdę to chyba bano się tematu. Cóż, jak uważny obserwator może zauważyć, teraz w naszych merdiach (i przedtem i jak jeszcze trochę to potrwa) tematyka filmów mówiących o prześladowaniach chrześcijan przez postępową lewicę, jest passe. Ludzie, a konkretniej producenci spod znaku czerwonej gwiazdy i sierp... tfu! Spod znaku tolerancji, wolności i liberalizmu, zdecydowanie wolą filmy o Czarnej Legendzie Inkwizycji (duże litery celowe), Biciu Murzynów, Wojnie Liberałów O Prawa Człowieka i tym podobne. Gdyby dało się zrobić film o tym, jak to inkwizycja mordowała tysiącami komunistów, paliła żywcem gejów i egzemplarze "Kapitału" Marksa... eh, to by puścili, więcej: puszczaliby na wszystkich kanałach i we wszystkich kinach 24h na dobę, kij z realizmem. A tak...? A tak w dużym mieście, jakim jest lekko licząc 600-tysieczny Wrocław, "Cristiada" jest puszczana w jednym kinie, raz dziennie.
***

Film... był zapierających dech w piersiach. Ja tam wielkim krytykiem nie jestem, ale film mi się podobał.

Obsada gwiazdorska - dość żeby rzec, że grają Andy Garcia  i Eva Longoria, odpowiednio wcielają się w postacie generała Gorostiety i jego żony. Grają też inni, mniej znani, ale równie na poziomie: Santiago Cabrera (ksiądz Vega, ludzki ze swym podejściem i dylematami), Oscar Isaac (Victoriano Ramirez "El Catorce", twardy gość budzący sympatię i twardy do końca), Peter O'Toole (ciepły i wspaniały stary ksiądz Christopher; zaprawdę, każdy chciałby mieć takiego proboszcza) i inni. Poziom aktorski filmu jest naprawdę na wysokim poziomie: gra aktorska jest na tyle dobra, że niezauważalna, jakby nie grali, a naprawdę nimi byli.

Kadry z filmu "Cristiada"

Kostiumy, czyli ubrania cywilne, mundury czy chłopskie przyodziewki, zrobione przyzwoicie i z detalami. Widać, że w tej materii się przyłożono zarówno przy wojskach federalnych, jak i przy ubraniach powstańczych (de facto zmodyfikowanych cywilnych); przy głównych bohaterach i przy statystach.
Scenerie: domy, obozy, miejsca bitew i ogólnie krajobrazy Meksyku często zapierają dech w piersiach.
Rekwizyty to dobre historyczne repliki... ah, te parowe lokomotywy i stare automobile (cacka które oczy cieszą nawet na ekranie).

  
Kadr z filmu "Cristiada"
Sceny batalistyczne - niezłe, zwłaszcza że oparte na rzeczywistych bitwach i wydarzeniach; może niektóre sceny walki są bardzo holywoodzkie, ale gdzie im do wykwitów a'la Gladiator czy Królestwo Niebieskie...! 
Trzeba też otwarcie rzec, Cristiada jest historyczna. Nie jest "luźno oparta na faktach" (jak wykwity w rodzaju ww. albo jak Rok 1612), nie jest wymysłem reżysera. jest ekranizacją prawdziwych wydarzeń. Co więcej, mimo że jest pełna wyrazistych czarnych charakterów i bohaterów z różnych warstw społecznych - wszyscy oni są historyczni! Jak leci, wszyscy bohaterowie są autentystyczni, co więcej, niektórzy zostali przedstawieni w sposób za mało heroiczny. To znaczy, ludzie mogliby nie zdzierżyć prawdy. Mianowicie prezydent Calles, kreowany na główny szwarccharakter, naprawdę był jeszcze gorszy niż w filmie.
Cristeros(1) - Jak to się zaczęło? - jak tu przedstawiłem, Calles zwykł mawiać o sobie "Antychrystem" i "osobistym wrogiem Pana Boga". Milutko.
Z kolei Gorostieta, którego obszerniej przybliżyłem w innym wpisie: Cristeros(2) - Viva Cristo Rey!, naprawdę był ateistą który przewodził Cristeros (!), ale i na dodatek był masonem. A masoneria meksykańska była wówczas bardzo mocno antyklerykalna. Jednak aż takie pogłębienie postaci mogłoby przez widzów, niestety, zostać uznane za przejaskrawienie. Cóż - takie czasy, że podświadomie nie wierzymy w czarne charaktery i w bohaterów. A szkoda, bo się czasem zdarzają.

Kończąc o historyczności Cristiady - ma jednak pomieszaną (na potrzeby filmowe, wiadomo, prawda ekranu) chronologię i wizję reżyserska na kilka spraw. Ale z drugiej strony, jest to pomieszanie rzędu paru miesięcy i kolejności wydarzeń, tyle - można wybaczyć. Ja wybaczyłem, a ja jestem historycznym purystom, który dostaje epilepsji oglądając Gladiatora, więc myślę że widzowie też wybaczą...
Film też mało mówi o przyszłych wydarzeniach, co się zdarzyło po Cristiadzie. A działo się co nie miara, między innymi tzw. druga Cristiada; ale tam już nie było Gorostiety i temat nie aż tak ciekawy. Nic, ale ja polecam jednak doczytać: Cristeros (3) - Koniec i dziedzictwo

Z innych cech filmu: muzyka podniosła i świetna, dobrze dopasowana do scen filmu. Chyba poza filmem też będzie dobra do słuchania - ma w sobie to coś, tak jak muzyka z filmu Gettysburg. Kompozytor: James Horner, autor m.in. muzyki z filmów: Braveheart: waleczne serce, Titanic, Avatar...
 
We're Cristeros Now - fragment soundtracku z filmu The Greater Glory: The True Story of Cristiada

Sceny końcowe, wyświetlające zdjęcia z epoki i odpowiednio ucharakteryzowane zdjęcia z filmu też zapadają w pamięć. W moim osobistym rankingu dobrych a oryginalnych zakończeń filmów, Cristiada się plasuje w czołówce, zaraz za fenomenalnym i wieczyście niezapominanym zakończeniem Katynia Wajdy.

Film emanuje też patosem i heroizmem, co wielu może denerwować, ale... mnie nie. Cały czas mamy filmy tym epatujące, oparte na wymyślonych lub zniekształconych bohaterach, a teraz mamy film epatujący patosem jaki cechuje rzeczywistość; bo czasem prawda jest znacznie bardziej heroiczna, krwawa, godna pochwały i nieprawdopodobna niż to, co wymyślają w pocie czoła scenarzyści.
Prawda jest ciekawa i warto ją poznać. Warto iść na Cristiadę.

I przy tym warto pomyśleć - czy ja miałbym odwagę walczyć za to, w co wierzę, tak jak bohaterowie filmu? Czy to jako wierzący, przypłacić życiem okrzyk  Viva Cristo Rey!
Czy to, jeśli po prostu wierzysz w prawo innych do wolności, miałbyś odwagę walczyć o nią z nimi? Jak Generał Enrique Gorostieta?

Viva Cristo Rey! ¡Viva la Virgen de Guadalupe!

***


Z plakatu promocyjnego filmu "Cristiada". Swoją drogą, jak się porównuje ze zdjęciami, to postacie wyglądają całkiem podobnie do pierwowzorów, zwłaszcza Andy Garcia grający generała Enrique Gorostietę.

Cristeros - fragment soundtracku z filmu The Greater Glory: The True Story of Cristiada

wtorek, 9 kwietnia 2013

Korea Północna - Analiza zagrożenia

"Ludzie, którzy mówią pokorne słowa, nasilając przygotowania do wojny, mają zamiar zaatakować. Ludzie, którzy mówią pewnie i posuwają się agresywnie naprzód, mają zamiar się cofać."
Sun Tzu, "Sztuka Wojny" (VI w. p.n.e.)

Ostatnimi czasy wielu ludzi zastanawia się: co będzie z tą Koreą Północna? Mówią o tym eksperci, "eksperci" oraz gadające głowy w telewizji, zarabiający ciężkie pieniądze na wciskanie kitu, za który im zapłacono. Co więcej, mówi o tym sama Korea Północna, co w wypadku reżimów totalitarnych jest raczej... ekscentryczne (pamiętajcie: państwa, tak jak bogacze, nie mogą być dziwne, tylko ekscentryczne).
Jak więc będzie naprawdę?

Oczywiście, nie ma pewności. Ale jest kilka możliwych scenariuszy.
 1) Korea Północna ściemnia i wojny nie będzie. USA będzie nadal zwracać na nią uwagę "tak jak ja na pustą szklankę" (jak to świetnie ujął Sienkiewiczowski Zagłoba), Korea więc niepyszna, że dowcip się jej nie udał, zostawi świat w spokoju i znów wróci do zabawy w swojej piaskownicy.
2) Korea Północna wróci do zabawy, ale zatrwożona, bo USA zrobią demonstrację siły lub inny twardy gest.
3) Pohukiwania Korei Północnej skończą się na pohukiwaniach i zbrojnych incydentach, po których USA zasiądą wreszcie do stołu rokowań i dadzą Korei łapówki w surowcach.
4) Wojna. Drobne incydenty, twarda ręka, wymsknęło się spod kontroli - i zamiast twardej linii mamy stosy trupów.
5) Wojna. USA atakuje Koreę.
6) Wojna. Korea Północna zaczyna wojnę, robi się rozpierducha.

Przeanalizujemy te opcje po kolei; ale najpierw wstęp.
PO CO Korea pohukuje, prowokuje i oskarża o prowokacje?

Jak każdy porządny obywatel wie, Korea Północna to uosobienie zła, najczarniejszy z czarnych reżimów, miejsce gdzie czarne charaktery w swych czarnych sercach snują swoje czarne plany i dybią na nasze samochody, nasze kombajny, traktory, klocki lego, Disneyland i inne zdobycze zachodniej cywilizacji. Trzeba sobie jednak zdawać sprawę, że tym na co oni naprawdę dybią jest jedzenie.
Ryż, pszenica, kukurydza, ziemniaki, soja - wszystko co da się wszamać; warto tu wiedzieć, że ocenia się że przeciętnie na głowę obywatela Korei Północnej wypada dziennie 319 gram ryżu (a normą i to komunistycznie okrojoną, oficjalnie jest 575g). Co więcej, Korea Północna dyszy ogromną żądzą do oleju napędowego i innych podobnych surowców, których sami za bardzo nie produkują, a bardzo potrzebują. W czasie rozmów "dobrej woli" w 2008 roku, USA dostarczało Korei Północnej setki tysięcy ton zboża w zamian za rozmontowywanie kolejnych reaktorów atomowych, przy oparu symbolicznych gestach otrzymała ona też 50 tys ton oleju napędowego. Co za gratka!
Są to dobra im niezbędne. Niezbędne są im też technologie, których łakną jak kania dżdżu, ale to mniejsza: je kupują na czarnym rynku za dewizy; by zaspokoić głód, muszą szantażować ościenne kraje, bo na to dewizy nie mają im szans starczyć (a na olej napędowy i podobne i tak regularnie nakłada się na nich embargo - jakby nei wystarczyło, że pieniążków nie mają). Ah, zapytacie, skąd Korea Północna ma dewizy? Śmieszna sprawa: po pierwsze z turystyki. Tak, można wyjechać do tego pięknego kraju, gdzie dostaje się osobistego anioła stróża który uczynnie towarzyszy ci prawie wszędzie, poza łóżkiem i kibelkiem; można dzięki temu zwiedzić ten skansen komunizma i nasycić jego wiecznie spragnioną kasę.
Po drugie, mają jeszcze dewizy od swoich braci z Południa, ze strefy przemysłowej Kesong, gdzie południcy wkładają kapitał i technologie, a północni pracę tanich robotników. I wyciągają z tego ładną kasę.
Po trzecie, nielegalne, iście gangsterskie operacje. W obliczu szeregu wrogich krajów kapitalizmu obrońcy klasy robotniczej nie patyczkują się i idą jak leci: uprawiają mak i produkują heroinę, handlują zakazanymi technologiami (tymi, które ktokolwiek chce od nich kupić - na przykład Iran kupuje od nich technologie rakietową. To świadczy o desperacji), a nawet... fałszują dolary. Na te ostatnie się nawet mówi "superdolary", ponieważ niektóre edycje superdolarów były wykonane lepiej niż oryginalne dolary (tak, tak! przykładają się, chłopaki!); odkryto fałszerstwo po tym, że chyba na zegarze jaki był na jednym z banknotów, były dokładniej oddane wskazówki...

Dobra, skoro już wiemy, czego łakną czarne serca i nienasycone brzuchy rządzących Koreą Północną, przejdźmy do możliwych scenariuszy.
1) Niektórzy mogą zapytać, jak ja mogę wątpić w tak jakże możliwy scenariusz, skoro takie światłe umysły jak Radosław Sikorski czy czołowe postacie Departamentu Stanu USA nie mają co do tego wątpliwości? Ano dlatego, że dotąd Korea jeszcze nigdy tak nie zrobiła. A jeśli chcą wyciągnąć kasę od USA i Korei Południowej, to też tak raczej nie postąpią; nie postąpią tez tak, jeśli chcą w przyszłości kolejnych łapówek w surowcach (a chcą, bo muszą). Dodatkowo, Kim Dzong Un, ten nowy przywódca, wyedukowany w Szwajcarii, może i chce przeprowadzić jakieś ostrożne reformy, ale potrzebuje do tego silnego autorytetu i zaplecza; a w tym celu musi pokazać swoja skuteczność generalicji północnokoreańskiej. Jeśli podkuli ogon, to na pewno mu się to nie uda...
Ah, a jak myślicie, czy ludzie w Korei Północnej, mimo zindoktrynowania i wyprania mózgów nie zauważą, jak ich przywódcy nagle podkulą ogony? A takie spostrzeżenia i oznaka słabości mogłyby doprowadzić do jakiś pęknięć na komunistycznym monolicie. Czy by doprowadziły? Nie wiadomo, nikt tak długo jeszcze nie robił ludziom sieczki z mózgów. Ale na pewno rządzący Koreą nie chcą się o tym przekonywać empirycznie.
Scenariusz więc oceniam jako mało realny. Prędzej będzie wprowadzony tymczasowo, ale po tym Korea znów wróci do retoryki. Oni muszą uzyskać łapówki i tyle co tu gadać? Mogą w końcu dać spokój na parę tygodni, ale potem będą jeszcze bardziej zdesperowani - co tym bardziej zwiększy szanse na opcje 3, albo co gorsza 4.

2) Scenariusz byłby możliwy, gdyby dowódcy Korei Północnej nie bali się blamażu i ośmieszenia, zwłaszcza w oczach własnego narodu; co więcej, byłoby to możliwe gdyby rządząca USA lewica miała, kolowielanie mówiąc, jaja.
Niestety, rządząca USA lewica ma jaja na tyle, że mogą przeprowadzić kilka incydentów, które tylko bardziej zwiększą desperacje będącej w  narożniku Korei, ale nic takiego, co by było jak bat na goły tyłek, który by uspokoił tamto tałatajstwo.
Jak to się stanie, to się bardzo zdziwię. Czas wtedy pić szybko wino, zanim zamieni się w wodę, pamiętajcie!

3) Według mnie to jest to, od czego desperacko dąży Korea Północna. Oni chcą, potrzebują, pragną rozmów! Żeby im ktoś coś zaoferował, za to żeby byli spokojnymi a grzecznymi chłopcami, za to żeby znów zamknęli swój program nuklearny (i produkcję dalszej broni atomowej), no niech nawet może jakiegoś inspektora wpuścili?
Tego scenariusza chce Pjongjang (stolica Korei Północnej, dawniej : Phenian), tylko do tego dążą, żeby jak dawniej wymusić po gangstersku haracz, mniejszy lub większy, ale niezbędny. USA już dawno by na ten układ poszło, gdyby Barack Obama nie chciał pokazać się z silnej strony... cóż, kiedy już zasiądą przy stołach, będzie można odetchnąć. Myślę, że to bardzo prawdopodobne, ale wszystko teraz zależy od USA - jeśli dojdzie do wojny, to (paradoksalnie) w dużej mierze to będzie wina USA. Albo chcą tej wojny, to niech zaczynają, albo niech przestaną grac z tamtymi  w kotka i myszkę... zabawa wyjdzie spod kontroli, bo komuniści potraca zmysły z desperacji i będzie psikus.
Swoją drogą, wiele o Kim Dzong Unie mówi jeden fakt. Gdy Dennis Rodman parę miesiecy temu był na wycieczce w Korei Północnej, wrócił i mówił że "ten Kim to zupełnie fajny facet" (zaprosił go zresztą na rewizytę do USA); Kim ponoć mu powiedział "powiedz, żeby Obama do mnie zadzwonił! Powiedz im, żeby Obama do mnie zadzwonił!".
Kim Dzong Un chce desperacko żywności i surowców, za które gotów jest sprzedać pewnie i tą przeszmuglowaną z Pakistanu i Iranu za ciężkie pieniądze technologię atomową.

4) Ten scenariusz nam grozi, jeśli USA będą bawiły się w kotka i myszkę z Koreą, Korea z USA - i ktoś przesadzi. Obie strony tego chyba nie chcą, ale to się może zdarzyć. Choćby dlatego, że obie strony to paranoicy; zanim ktoś w bunkrach jednej lub drugiej strony, w Japonię będą waliły koreańskie rakiety, czołgi na Seul, a Korea północna zacznie być z wolna zrównywana z ziemią rakietami Tomahawk. Niektórzy mogą uważać, że dla USA to pikuś, ale do tego się jeszcze odniosę; na razie trzeba pamiętać, że ten scenariusz jest drugim - wedle mnie - możliwym,, zaraz po numerze 3). Niestety.

5) Według mnie to jest wysoce nieprawdopodobne. Amerykanie mogą się uważać za panów świata - w dużej mierze nimi są - ale są zbyt gnuśni by uderzać na Koreę. Problem z Koreą jest taki, że oni nie mają żadnych fajnych surowców, nie są szczególnie strategicznie położeni, wot, takie zapalne nic. Co więcej, jeśli Korea zostanie usunięta... ludzie, po cholerę Amerykanie mają usuwać Koreę? przecież to idealny straszak na "sojuszników" USA, takich jak Japonia czy Korea Południowa. Gdyby załatwili Północ, musieliby zacząć kasować garnizony "chroniące" Wyspy Japońskie, i Południową, a przynajmniej otwarcie musieliby przyznać, że te garnizony siedza tam pod chińczyków, nie pod Koreańczyków. A tak - mają idealny powód. Po co mieliby sami sobie stołek spod tyłka wykopywać? Zwłaszcza że Połnoc już ma broń jądrową, więc jest już po herbacie...

6) Już wcześniej napisałem setki słów na ten temat, ale powtórzę: jest to nieprawdopodobne. Choćby dlatego, że nikt nie atakuje innego kraju, ogłaszając to przedtem całemu światu miesiącami. Gdy w 1950 roku Korea Północna zaatakowała, to zrobili to znienacka. Swoją drogą, już Sun Tzu pisał ~2500 lat temu:
"Ludzie, którzy mówią pokorne słowa, nasilając przygotowania do wojny, mają zamiar zaatakować. Ludzie, którzy mówią pewnie i posuwają się agresywnie naprzód, mają zamiar się cofać."
Sun Tzu, "Sztuka Wojny" (VI w. p.n.e.)
Czemu by to teraz miało nie być prawdą? 
Mogę sobie wyobrazić kilka głupich rozpoczęć ataku na wielką skalę, ale ten który by miała według niektórych zrobić Korea Północna, to jeden z głupszych.

***
Niektórzy uważają Armie Korei Północnej za śmieszną, co nie wytrzyma "3 minut" z USA.
Trochę w tym racji jest, ale pokrótce tylko coś chcę zauwazyć.

Po pierwsze, może i Armia Północy jest przestarzała i na papierze tylko silna, ale liczbowo jest naprawdę ogromna. Liczą ponad milion ludzi w szeregach! Plus rezerwiści i służby pomocnicze; a w tym wszytskim 180 tys. żołnierzy służb specjalnych.
USA w Korei Północnej ma, jak dobrze pamiętam, 28 tys. żołnierzy. W ogóle.
Armia Południa też jest silna, ale nie sądzę by liczbie była aż tak silna...

Nawet jeśli Północni mają przestarzały sprzęt (a maja), to kula z kałacha zabija tak samo jak kula z uber-duper-nowoczesnego nie wiem jak zrobionego karabinka szturmowego nowej generacji z noktowizorem i tosterem. Niezależnie od nowych technologii, to ciągle piechota wykonuje bardzo ważne i istotne zadania... i tyle. Jakość jest ważniejsza od ilości, ale tych koreańców jest tak dużo, że cisną się na usta słowa Stalina "W pewnym momencie ilość przechodzi w jakość."
Podobnie zresztą jest z tymi siłami specjalnymi; zwłaszcza że biorąc pod uwagę, że główną miarę tutaj ma wciąż wyszkolenie,a  technologie to tylko wspomaganie... i że co jak co, ale siły specjalne to pewnie chodzą dobrze odżywione.

Z innych rzeczy, Korea ma naprawdę silną (kilkunastotysięczną) artylerię. A artyleria się za bardzo nie zmieniła w ciągu kilkudziesięciu lat... Wot, systemy celownicze. Ale nadal ilość-> jakość.
Lotnictwo i obronę przeciwlotnicza - w porządku, mają śmieszną. Samolotom USA za bardzo nie zaszkodzą, choć warto zauważyć ze sami bombowców prawie nie mają (trzeźwo myślą chłopcy), a w większości myśliwce. Opór stawią raczje mizerny, ale amerykańskie helikoptery i drony mogą mieć bardziej gorąco: Korea Północna ma ogromne ilości stanowisk obrony przeciwlotniczej; o ile samolotom to raczej dużo nie zrobi to inne obiekty latające... nie zazdroszczę. A z uwagi na rozmieszczenie ich wśród ludności cywilnej, czy USA je wyeliminuje z oddali, licząc się nie z drobnymi ofiarami, a z dziesiątkami/setkami tysięcy cywilów? Tak, używanych jako żywe tarcze, ale jednak...?

Wojska rakietowe... tak, to też jest śmieszne. Ale za to, przy kiepskiej celności je, hm, wzmocnili. Mają broń chemiczną i biologiczną. No i sumę wszystkich strachów: jądrową. Ich celność może być śmieszna, ale jak gdzieś trafi jądrową, uj, to będzie bolało. Biologiczną nawet nie musi trafić... chemiczną z grubsza.
A do przenoszenia chemicznej i biologicznej mają przystosowane rakiety dalekiego zasięgu, 2500 i 6000 km. Już wiece czemu Iran od nich kupował technologię rakietową... USA może nie zagrożą, ale Japonię mogą zrujnować; a to będzie dla USA jak klęska, bo nitk w Azji im nie zaufa wtedy już, jako sojusznikowi.

Co tu jeszcze... a, słabe strony będące silnymi. Korea Północna sprowadza 75% energii elektrycznej z Chin; w razie wojny pewnie to będzie wyłączone. Amerykańce zniszćzą elektrownie, przynajmneij więksozść.
Ok, siądą im fabryki, fajnie. A armia?
Nasza armia bez prądu by siadła w dzień, dwa. USA? popołudnie, dwa. Ruscy kilka dni.
Korea Północna? A co oni przepraszam zasilają energią? Radary, kontrolę ruchu lotniczego i wszystko okołolotniskowe? I tak ich samoloty szybciej w razie wojny będą spadać niż latać. Światło by tylko dawało wrogowi informacje, gdzie uderzać... Nie, oni są na tyle prymitywni, że to jest ich zaleta. Sorry. 


Oczywiście, wszystko zależy od tego jak się będą tłuc. Czyli zależy od indoktrynacji. Ja powyżej zakładałem, że raczej bez entuzjazmu, ale i bez defetyzmu - maja za sobą dziesiątki lat prania mózgów. Ale może wykażą się fanatyzmem? Przynajmniej siły specjalne? Wtedy naprawdę jest przekichane: armia która nie przyjmuje do wiadomości, że ją pokonują, nie da się tak de facto pokonać. Wojna wtedy może nie być wcale tak jednostronna jak się sądzi. USA nie zagrożą, ale zajęcie Korei Południowej? I tyle dewiz walutowych by zdobyli...
***

Podsumowując: uważam że po tańcach, zalotach i podobnych, w końcu Korea zasiądzie z USA do stołu rokowań; dostaną kilkadziesiąt tysięcy ton zboża, przystopują z atomówkami i straszeniem i znów będzie spokój. Z drugiej strony jednak - do tanga trzeba dwojga. Jeśli USA nie zasiądą, konflikt będzie eskalował... aż w końcu USA zasiądą, albo naprawę wybuchnie wojna. Której, tak naprawdę, nikt nie chce i nikomu się nie opłaca.

Kim Dzong Un i Dennis Rodman

Kim Dzong Un w otoczeniu generalicji. Ale uśmiechnięty facet.

niedziela, 7 kwietnia 2013

Cristeros (3) - Koniec i dziedzictwo.

"(...) Dziecko było w tyranii kleru, rodziców i nauczycieli, dziś ma stanowić o sobie; - Każde dziecko od piątego roku życia należy do państwa; - Wszystko zło pochodzi od kleru; - Bóg nie istnieje, religia jest mitem, Biblia Kłamstwem; - Nie potrzebujemy uznawać żadnych bożków (...)"
Z tez programowych "wolnego i socjalistycznego wychowania młodzieży", który próbowano wprowadzić w Meksyku w 1934 roku.

Kto czytał poprzednie wpisy, wie jak wyglądało powstanie Cristeros - "bojowników Chrystusa" - wie też jakie były jego przyczyny. Czytelnik wie też, z końca poprzedniego wpisu, jak doszło do zakończenia walk: w wyniku ugody między powstańcami (i ich nie-bojowym ramieniem, LNDLR (Krajową Ligą Obrony Wolności Religijnej), katolikom miała zostać przywrócona część praw jakie zabrała im antyklerykalna konstytucja z 1917 roku i prawa Callesa z 1926, które w istotcie czyniły z katolików obywateli drugiej kategorii (o ile w ogóle zakładamy, że dopuszczały ich istnienie). Ugoda została zawarta przy mediacji amerykańskiego ambasadora w Meksyku i zawierała tez obietnicę amnestii dla powstańców.
Brzmi pięknie. Cóż z tego, gdy rządząca Meksykiem antyklerykalna masoneria (dla zdezorientowanych: patrz początek poprzedniego wpisu) ani myślała o uczciwym pojednaniu się z meksykańskimi katolikami.

Dziesięć dni po zawarciu zawieszenia broni, 3 lipca 1929 roku, został zabity ojciec Pedroza, jeden z  ostatnich głównych przywódców Cristeros. Generała Gorostietę, będącego głównym organizatorem i dowódcą sił powstańczych, zastrzelono w czasie operacji wywiadu meksykańskiego dziewiętnaście dni przed zawieszeniem broni; nie, to nie był przypadek - negocjacje pokojowe trwały od już miesiąc wcześniej.
W ciągu kolejnych pięciu lat zabito pozostałych przy życiu przywódców Cristeros: Cuevę, Arreolę, Gutiereza, Alvareza, Barajasa, Hernandeza i Salazara. Łącznie wyeliminowano 5000 dawnych Cristeros (z ogólnej liczby 50 tys.), w tym 500 oficerów (!). Warto zauważyć część Cristeros tylko dlatego ocalała (mimo swej wagi - w końcu pracowicie poszukiwano tylko ważniejszych), bo rozsądnie po paru latach uciekła w góry. Zresztą po paru latach, gdy próbowano wprowadzić socjalistyczną reformę edukacji, właśnie dawni powstańcy stali się podbudową pod drugą Cristiadę.  Co prawda była ona tylko cieniem starej (7500 powstańców w szczycie, przy 50000 w poprzedniej), ale z uwagi na działania raczej partyzanckie uniemożliwiła socjalistyczne reformy szkolnictwa na dużych obszarach kraju.


Z wierzchu przez dwa lata dużo wyglądało na odwilż: w skali lokalnej faktycznie działano zgodnie z postanowieniami ugody. Ale już przy wyborach prezydenckich z 1929 roku, doszło do "cudów nad urną" - wybory faktycznie wygrał Jose Vasconcelos, zwolennik umiarkowanej polityki i pojednania, ale ogłoszono że wygrał kandydat rządzącej dotąd Partii Narodowo-Radykalnej (PRN), założonej przez Callesa. Calles zresztą, mimo że nie był prezydentem, miał przez okres kilku lat tekę ministra wojny, co dawało mu dowolne pole manewru w walkach przeciw Cristeros (dawnym, aktualnym i rzecz jasna przyszłym, prewencja musi być) i Kościołowi.
Temu drugiemu zaczęto dawać wyraz od 1931 roku, gdy masoneria przegrupowała szeregi, odetchnęła, wyeliminowała cześć dawnego przywództwa Cristeros i LNDLR- i mogła ruszać dalej z prześladowaniami katolików. Działania te były mniej oparte na aktach prawnych z czasów Callesa, raczej skupiono się na skali lokalnej i bojówkarzach. Przykładowo, w stanie Vera Cruz w kościołach wybuchały bomby (nie podejmowano efektywnych śledztw, jeśli w ogóle jakieś podejmowano), a gubernator stanu ograniczył liczbę mogących sprawować legalnie posługę księży do 1 na 100.000 (słownie: jednego na sto tysięcy). inny przykład - w stanie tabasco "Czerwone Koszule", bojówkarze antyklerykalni grabiły kościoły i przetapiały dzwony, o biciu i mordowaniu wierzących nie wspominając.

Lecz prawdziwe prześladowania powróciły dopiero w 1934. Wtedy wrócono do starych, dobrych metod Callesa, czyli aktów prawnych. Mianowicie wprowadzono ograniczenie odgórne liczby mogących sprawować posługę księży oraz podjęto reformę edukacji.
Ograniczanie liczby księży było dość mało wyrafinowane w niektórych stanach. W 14 z 30 po prostu zakazano pracy jakiegokolwiek księdza. W innych się postarano i wydano nakazy, iż aby ksiądz mógł sprawować posługę miał przynajmniej 50 lat ... i był żonaty. Bardzo eleganckie postawienie sprawy, prawda? W efekcie tych regulacji, w 1935 roku na około 3600 księży w Meksyku 305 otrzymało pozwolenie na sprawowanie posługi.
Reforma edukacji z kolei miała na celu "socjalistyczną edukację" (i edukację seksualną), a tak naprawdę skrajnie antyklerykalną. Calles forsował ją uparcie. Minister edukacji Narciso Bassol, protegowany Callesa, ustąpił ze stanowiska w związku ze sprzeciwem ówczesnego prezydenta Rodrigueza. Calles nadal jednak działał jako szara eminencja, domagając się zarówno głośno jak i w kuluarach  by państwo wzięło w posiadanie świadomość dzieci i młodzieży, "którzy powinni należeć do rewolucji i kolektywu." Napotkał jednak nieoczekiwany (dla niego) problem: opór ze strony własnych współbraci masonów.
Duża część rządzących w Meksyku od dłuższego czasu zdawała sobie sprawę ze szkodliwości polityki antyreligijnej, która nie dawała rezultatów poza dzieleniem społeczeństwa i rosnącym oporem katolików.  Calles mógł sobie występować w otwartym memorandum do nowego prezydenta Cardenasa, by "państwo w pełni decydowało o kierunku edukacji, zgodnie z doktryną, którą się kieruje... tak jak to jest robione w Rosji, Niemczech i we Włoszech"

***
O to to!  Tutaj go mamy! Korzystanie z wzorców Pionierów, Hitlerjugend i Balilli (kolejno wymienione organizacje młodzieżowe - obowiązkowe - ZSRR, III Rzeszy i Włoch faszystowskich). Świetny pomysł. Przypomnę tylko że w Pionierach uczono dzieci donoszenia na rodziców (np. że ukradli parę kłosów zboża z kołchozowego pola i dali swoim dzieciom. Rodzice do gułagu na 10 lat, a młody Pionier komunizmu dostał zegarek - tak był taki przypadek); a Hitlerjugend chyba nie trzeba nikomu przedstawiać. Jak o Balilli powiem, że faszystowska to chyba też, prawda?
Swoją drogą, ciekawa sprawa: jak się komuś powie "faszyzm", to od razu wie że "to jest złe", jak Hitlerjugend, to nawet ignorant powie "oni byli cholernie źli, bo od Hitlera". A przy komunizmie, bijącym jednych i drugi na głowę ilością zamordowanych, umęczonych i wypranych mózgów, trzeba to zawsze tłumaczyć...
***

Cardenas nie przejął się nawoływaniami Callesa. A właściwie przejął o tyle, że walczył z nim o władze - i ostatecznie wygrał w lipcu 1935 roku; Calles został wygnany z Meksyku w kwietniu 1936 roku.
Warto tutaj powiedzieć coś o samym Cardenasie. Mianowicie był on masonem,. owszem, przez długi czas antyklerykałem. Ale za to stanowczo nie był idiotą - a za idiotyzm właśnie uznał fanatyczną walkę z katolicyzmem wbrew realiom kraju. W lutym 1936 roku otwarcie przeciwstawił się wieloletniej polityce antyklerykalnej i publicznie zaakceptował religię katolicką jako "część składową meksykańskiego dziedzictwa narodowego." Zaczęto znosić drobne szykany, a od 1937 - większe, jak ograniczenie liczby księży. Odwołano z wygnania oskarżanych przedtem o wyimaginowane zbrodnie arcybiskupów. Otwarto setki kościołów; w stanie Vera Cruz, którego władze próbowały blokować te działania, katoliccy demonstranci siłą weszli do kościołów i je otwarli. Znakiem czasu było to, że prezydent Cardanes uznał ten stan rzeczy i zakazał jakichkolwiek represji wobec katolików.

Oczywiście, wciąż zmagał się z tępotą i zacietrzewienie pozostałych po Callesie jegoż protegowanych, fanatycznych antyklerykałów. W 1939 roku wprowadzono na krótko nowy kalendarz, który miał "usunąć z życia ludu religijne mity", a w zamian ustanowiono na przykład w dniu 15 lipca "święto cyrkla i kompasu" (symboli masonerii). Minister rolnictwa Meksyku z kolei swoim urzędnikom zabrał wolne niedziele, w zamian dając "czerwone soboty"...
 A zakaz noszenia sutanny (poza kościołami) przez księży, mimo że notorycznie nieprzestrzegany, prawnie obowiązywał aż do 1992 roku.

***

Ale to były tylko przejściowe wypadki, krótkie odmienne trendy, które szybko wygasały. Koniec prześladowań, faktyczny, nastał. Meksykański katolicyzm wyszedł wzmocniony z prześladowań Kościoła; tak samo prześladowania wzmogły tylko siłę prawicowych ruchów w Meksyku. Dość by rzec, że w 1940 roku, ruch prawicowych katolików - Union Nacional Sinarquista - liczył pół miliona członków (na ówczesne 14-15 milionów mieszkańców Meksyku).
A prawdziwym dziedzictwem jest to, że już nikt nie próbuje podważać roli katolicyzmu i wiary jako istotnych części meksykańskiego dziedzictwa narodowego. Nie mówiąc już nawet o prześladowaniach, z którymi walczyli owi prości chłopi, gromadzeni pod sztandarami Cristeros. Męczennicy, którzy nie chcieli się wyrzec wiary w zamian za życie. Ci katoliccy mieszkańcy miast, inteligenci i drobni kupcy, którzy ukrywali księży i ich przeprowadzali potajemnie po katakumbach, gdy groziło rozstrzelanie za pomoc księdzu. I tacy ludzie jak generał Gorostieta, którzy może nie wierzyli, ale potrafili walczyć po to, by inni mogli wierzyć.
Tak. To właśnie jest ich dziedzictwo.


Cristeros i Matka Boska z Guadelupe

Flaga Cristeros

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Cristeros (2) - Viva Cristo Rey!

„(...) Chłop wiedział tylko jedną rzecz: tamci zamykają kościoły i prześladują księży. On widział tylko jedną rzecz: przybyli żołnierze, zamknęli kościół, aresztowali księdza, zastrzelili tych, którzy protestowali, powiesili swego więźnia, podpalili kościół i zgwałcili kobiety w buntującej się wsi. Znieważeni wieśniacy, którzy kochali swoją wieś, swój kościół i swojego proboszcza, zupełnie naturalnie porwali się do buntu”.
J.A.Meyer  w książce "La Cristada"

Jakie były przyczyny powstania Cristeros, napisałem w poprzednim wpisie. Jednak opowiadanie o tym byłoby niepełne bez opisu samej wojny - Cristiady - i jej efektów. A także metod walki z nią lewicy; z góry uprzedzając: ludzie uważający że lewica w razie oporu łagodzi swoje podejście, mylą się. Zresztą, chyba nawet historyczni ignoranci słyszeli o nazizmie (narodowym socjalizmie) oraz stalinizmie (i GUŁagach).

Niemniej, porzucając dygresje czas przejść do rzeczy, czyli do początku Cristeros.
Jak wiemy, przyczyną tzw. powstania Cristeros były prześladowania religijne ze strony władz Meksyku - zarówno federalnych, jak i stanowych. Nie wolno zapominać że w owym czasie, jak to ujął pięknie w 1929 roku prezydent Meksyku[1928-1930] Portes Gil: „W Meksyku państwo i masoneria zlewały się faktycznie w jedno w ostatnich latach.”

***
 By nie ulegać buńczucznej propagandzie jednej lub drugiej strony, garść faktów: gubernatorzy większości stanów byli masonami, pięciu prezydentów z tamtych czasów osiągnęło najwyższy (33) stopień wtajemniczenia w rycie szkockim, a kolejnych dwóch było blisko związanych z tzw. meksykańskim rytem - jeden z nich, Lazaro Cardenas, był nawet jego założycielem i pierwszym Wielkim Mistrzem Loży. Przed 1917, masonem byl osławiony dyktator Meksyku Porfiro Diaz (33 stopień wtajemniczenia, dwaj jego bracia byli kolejnymi Wielkimi Mistrzami); masonami byli też dowódcy wojsk powstańczych walczących przeciwko Diazowi. W ramach wisienki na torcie: 28 maja 1926 roku ówczesny prezydent Meksyku Plutarco Elías Calles otrzymał od masonerii meksykańskiej nagrodę za „nadzwyczajne zasługi w rozwiązaniu tak wielu problemów w tak krótkim czasie”. W sensie, za walkę z religią; a to był dopiero początek jego zasług!

... ależ oczywiście, rządy masonerii gdziekolwiek kiedykolwiek to NA PEWNO teoria spiskowa. Tak samo jak antyklerykalizm, ani chybi paranoja religiantów.
***

Warto tutaj też zauważyć, że powstańcy znani są głównie pod nazwą nadaną im przez wojska federalne - czyli właśnie Cristeros (dosł. "Chrystusowcy", "bojownicy Chrystusa"). Sami powstańcy zwykli się raczej nazywać "populares", "defensores" albo "liberadores" ("ludowi" ["ci z ludu"], "obrońcy", "wyzwoliciele"). Zawołaniem powstańczym (bojowym i nie tylko) stało się szybko Viva Cristo Rey! ¡Viva la Virgen de Guadalupe! ("Niech żyje Chrystus Król! Niech żyje Dziewica z Guadelupe!" ["Dziewica" - Niepokalana Matka Boska z Guadelupe]) Samo powstanie zaś w literaturze nosi nazwę Cristiady.

Powstanie w formie zbrojnej rozpoczęło się w Guadalajarze (stan Jalisco) już 3 sierpnia 1926 roku, gdy w kościele Matki Boskiej z Guadalupe zabarykadowało się 400 ludzi. W wyniku strzelaniny zginęło 18 osób, a 40 zostało rannych; powstańcy poddali się po wyczerpaniu zapasów amunicji..
Formalnie jednak powstańcy powstali po wystosowaniu odezwy "Do Narodu" (A la Nación). Wtedy grupy powstańcze na północy od Guadalajary zaczęły przejmować zbrojnie miejscowości.
Lecz od tego do powstańczych sukcesów brakowało nieco czasu. Pierwszy sukcesem było zwycięstwo pod San Francisco del Rincón (stan Guanajuato) 23 lutego 1927 roku. Wśród powstańców pojawiła się piątka księży, z których dwóch należało do przywódców ruchu - ks. Aristeo Pedroz i ks. José Reyes Vega. Ten drugi poprowadził 19 kwietnia 1927 roku napad na pociąg, którym miały być przewożone pieniądze; okazał się on tragiczny w skutkach. W strzelaninie zginął brat ks. Vegi, a powstańcy zdobyty pociąg oblali benzyną i podpalili - przekonani, że jest pusty. Mylili się i w środku zginęło 51 niewinnych ludiz, co naturalnie nagłośniła od razu propaganda rządowa, jako "celową zbrodnię".

Wtedy właściwie wyglądało na to, że powstańcy są skazani na klęskę. Siły rządowe przesiedlając cywilów i stosując taktykę spalonej ziemi zdobywały górę nad powstańcami; wielu z nich miało doświadczenie wojskowe, owszem, ale mało kto z nich był dowódcą.Jak mieli sobie poradzić bitni, ale źle dowodzeni powstańcy z wojskami federalnymi?
Wtedy pojawili się dwaj nowi przywódcy Cristeros, którzy tchnęli w powstanie nowego ducha.
- Victoriano Ramirez, zwany "czternastką" (El Catorce) - od tego, że w pojedynkę pokonał czternastu żołnierzy którzy mieli go aresztować (no, jest to jakiś powód by być legendą).

- Generał Enrique Gorostieta, który był znanym a zdolnym generałem z czasów dyktatury Diaza oraz rewolucji meksykańskiej. jest postacią bardzo ciekawą, ponieważ był przez pewien czas masonem, a także przez długi czas zachowywał typowy dla kierownictwa armii meksykańskiej światopogląd antyklerykalny. Tak naprawdę nie jest wiadome czy był wierzący (ani czy przed przystąpieniem do powstania ani czy po przystąpieniu), ale tym bardziej jest dla mnie postacią godną szacunku.

***
Rożnie się mówi i pisze o motywacja generała Gorostiety - jedni mówią, że przystąpił głównie dla chęci zysku, bo oferowano mu 3000 pesos miesięcznie (dwa razy tyle co pensja generała armii federalnej) z ramienia podziemnego wtedy LNDLR (sumę niebagatelną, no ale oni sami zdawali sobie sprawę z braku doświadczenia dowódców). Inni twierdzą, że jego prawdziwą motywacją były ambicje polityczne, bo chciał się wykreować na nowego dyktatora, opartego silnie na centryzmie i łączeniu wierzących z umiarkowanymi niewierzącymi. A jeszcze inni mówią że przyczyniły się do tego jego wolnościowe i liberalne poglądy - że był zwolennikiem prawdziwej tolerancji religijnej, w duchu starej konstytucji z roku 1857 roku.
Nie zamierzam narzucać czytelnikowi w takiej kwestii swojego zdania, ale trzeba zwrócić  uwagę na kilka faktów. Po pierwsze, gdy Gorostieta przyjmował funkcję dowódcy sił powstańczych, który miał je zreformować, powstanie było naprawdę w tragicznym stanie - z czego zresztą zdawali sobie przedstawiciele LNDLR, inaczej by nie uciekali się do wynajmowania przywódcy z zewnątrz. Po drugie, 3000 pesos to była dobra suma, ale z drugiej strony Gorostieta mógł zarobić połowę tego jako generał federalny posłusznie merdający ogonem na życzenie Callesa więcej nawet mógł zarobić z nagrodami za walkę z księżmi; a na co się przyda podwójna pensja, gdy się zginie? Po trzecie, Gorostieta nie podejmował samodzielnych działań i kroków przeciwnych do interesów Cristeros gdy zawarto rozejm w 1929, czego można by się spodziewać gdyby miał głównie ambicje dyktatorskie (wtedy by mu znacznie bardziej zależało na obaleniu rządu).
Po czwarte, któż wie czy w czasie powstania nie zmieniły mu się motywacje?
Dla mnie jest istotnym symbolem. Mógł postąpić znacznie łatwiej, ale wybrał drogę trudną - abstrahując od motywacji - walcząc za wolność innych.
  
  Generał Enrique Gorostieta.
Krzyż noszony na piersi był elementem mającym dodatnio wpływać na morale Cristeros, tak samo jak msze polowe.
Nie wiadomo jednak czy sam generał był wierzący (któż zbada samo serce człowieka?).
***

Nowi przywódcy, zwłaszcza Gorostieta, reaktywowali i wzniecili powstanie na nowo, jednocześnie ukierunkowując je racjonalnie - co dało efekty. Wojska federalne traciły kontrolę nad dużymi obszarami Meksyku, a nowi rekruci garnęli się do powstańców masowo. Utworzono nawet Kobiecą Brygadę imienia św. Joanny d"Arc, która zaczęła od 17 członkiń, w końcu mając ich 135. Dodatkowo wiele kobiet wspierało powstańców tworząc podstawy ich walki, zbierając pieniądze na broń i amunicję, a także dostarczając wszelakiego innego zaopatrzenia - albo wreszcie wykonując prace obozowe dla powstańców.


Opór powstańców wydawał się rządzącej masonerii nieracjonalny i reagowali na niego zwiększeniem terroru i brutalności działań. Szczególne upodobanie władza miała w zwalczaniu księży katolickich, z których wielu zostało rozstrzelanych nawet bez parodii sądu; nawet podeszły wiek nie chronił. Adam Nachtilan zsotał rozstrzelany w wieku 80 lat; Jośe Isabel Flores został powieszony po 40 latach bycia proboszczem w parafii Matatlan. Oczywiście, nie tylko księża padali ofiarą: wspomniany w poprzednim wpisie Jose Fanfan Garcia, stary kupiec należący do wtedy działającej jeszcze jawnie LNDLR, został rozstrzelany za odmowę zdjęcia z witryny swego sklepu napisu "Viva Cristo Rey!" - Niech żyje Chrystus Król! (!!! i to 26 lipca 1926 roku, kiedy jeszcze opór nie przybrał zbrojnej formy!).
Prześladować można nie tylko zabijając. Księża aresztowani byli często upokarzani na różne sposoby, a zakonnice dawano do jednych cel z prostytutkami. De facto duchowni musieli się ukrywać, a działaniom antyklerykalnym towarzyszyły profanowanie świątyń i brutalne akcje policji w domach podejrzewanych o ukrywanie księży. Ciekawy jest obraz jaki przedstawia Melchior Wańkowicz w swojej książce "Po kościołach Meksyku", w której zawarł swój cykl reportaży z 1926 roku; oto fragment, znamienny:
„(...) Stary kościół El Carmen St. Angel jak i wszystkie świątynie kraju, był zamknięty. Aż wreszcie znalazł się przecie zakrystian stary (...). Schodami więc z polepy glinianej, wyślizganymi przez czas, wiódł nas w dół, ku krypcie podziemnej. Pchnął ciężkie dębowe drzwi. Wionął zaduch. W półmroku ujrzeliśmy szereg trumien połamanych, z oderwanemi wiekami. Ciała mnichów, przeważnie zakonserwowane doskonale przypominały mi widziane niegdyś w Palermo katakumby. U progu krypty stoi trup zakonnicy. Kosmyki włosów sterczą na pożółkłej skórze czaszki. Niezetlałe resztki habitu spływają do stóp brunatną falą... Wielkie zęby, wysunięte naprzód na tej twarzy pół trupa a pół szkieletu, zdają się szczerzyć w uśmiechu. Ręka prawa, uniesiona w łokciu, wskazuje to zwalisko ciał porozrzucanych. - Co znaczy ten nieporządek? ­ pytam. - Rząd szukał tu skarbów. Żołnierze odbijali trumny i wyrzucali ciała”.
Odpór cywilów na to był zaskakująco silny (przynajmniej, dla masonerii). Nieliczni księża byli przeprowadzani nocami, przenosząc się z nocy na noc do innych domów między zaufanymi ludźmi, mimo że za pomoc im groziło rozstrzelanie. Msze święte odprawiano po domach; ministranci właściwie nie używali dzwonków, zamiast tego na przykład stukali palcem w podłogę.
Cristeros (walczący) też wykazywali ogromny hart ducha.Typowym przykładem jest Norbert Lopez, który złapany w 1928 roku, otrzymał możliwość ułaskawienia za przystąpienie do armii rządowej; odpowiedział:
„Od momentu sięgnięcia za broń pragnąłem oddać swoje życie za Chrystusa i teraz nie złamię postu na kwadrans przed dwunastą”.
Inny przykład: Honorio Lamas, stracony razem ze swym ojcem, Manuelem Lamasem, powiedzial przed egzekucją swojej płaczącej matce „Jakże łatwo jest dziś wejść do nieba, mamo”.
Powszechne były modlitwy w duchu św. Tomasza z Canterbury „Ofiar jest wiele, liczba ofiar rośnie z każdym dniem. Gdybym tylko i ja mógł mieć tak szczęśliwy los”
przykład takiego podejścia: Claudio Beccera, którego 27 towarzyszy stracono w Sahuayao 21 marca 1927 roku, a jego nie stracono (z powodu młodego wieku). Nie mógł się pogodzić z myślą, że jego nie stracono jak towarzyszy i płakał pod kryptą, że Bóg go nie chciał przyjąć jako męczennika.
Miał w gruncie rzeczy szczęście. Niecały rok później w Guadalajarze José Sánchez del Río został zastrzelony w wieku piętnastu lat.
Po aresztowaniu (w czasie akcji zbrojnej Cristeros) został przetransportowany do swojej rodzinnej miejscowości, gdzie trzymano go w sprofanowanym kościele od 7 do 10 lutego 1928 roku; w dawnej świątyni aktualnie żołnierze trzymali kury, a teraz też jednego więźnia. Otrzymał dwie możliwości uratowania życia: zapłatę 5000 pesos (! suma horrendalna jak na chłopca z ubogiej rodziny), albo wstąpienie do państwowej szkoły wojskowej. Na obie możliwości odmówił. Był torturowany - w  tym za zabicie trzymanych w sprofanowanej świątyni kur. Zmuszono go do wzięcia udziału w  egzekucji innego chłopca z Cristeros, 8 lutego. W dniu egzekucji przecięto mu skórę na stopach i zmuszono go by tak krwawiąc doszedł na cmentarz. Tam ustawiono go nad rowem, gdzie miało upaść jego ciało, pchnięto nożem i znów zażądano wyrzeczenia się wiary katolickiej; Jose odmówił, krzycząc "Viva Cristo Rey!" Kapitan oddziału zastrzelił go osobiście z pistoletu. Jose padł na ziemię, nakreślił na niej - swoją krwią - znak krzyża i umarł.
"Z fanatyzmem trudno walczyć", jak to ujął w Sienkiewiczowskim "Potopie" generał Miller.
Też mi nowina... A czego się spodziewali?



Sukcesy powstańców i rosnące straty sił rządowych (które straciły znacznie więcej żołnierzy niż powstańcy bojowników (!)), a także zbrodnie popełniane na ludności cywilnej, spowodowały że w armii federalnej zawiązał się spisek (wykryty i wyeliminowany). Nawet w szeregach masonerii powstały grupki wątpiących; z tej przyczyny Calles przestał był w 1928 prezydentem, ale i tak był szarą eminencją Meksyku, dążącą za wszelką cenę do zniszczenia Kościoła w Meksyku.

Jednak w końcu wojna domowa spowodowała reakcję zagranicy - ambasador USA podjął mediację między Cristeros a stroną rządową. W wyniku negocjacji, zostało podpisane specjalne porozumienie, które miało zagwarantować katolikom pewne prawa zabrane im przez konstytucję z 1917r. 27 czerwca 1929 roku dzwony kościelne zabrzmiały po raz pierwszy od trzech lat dzwony kościelne. Sytuacja zdawała się zmierzać ku opamiętaniu i pokojowi...
Ale nie wszyscy grali fair.
W następnym wpisie zakończę opowieść o Cristeros - bo to nie jest jeszcze koniec.


***
Liczby:
- Powstańcy zgromadzili pod bronią w szczytowym okresie (czerwiec 1929 roku) 50 tysięcy ludzi. Dodatkowo cn. 25 tys. kobiet wspierało walczących mężczyzn pomocą zaopatrzeniową.
- Zginęło około 40 tys. powstańców i 60 tys. żołnierzy wojsk rządowych, w tym 12 generałów, 70 pułkowników i 1800 niższych oficerów [niektóre źródła mówią raczej o 56 tys. żołnierzy i 30 tys. powstańców]. Straty po stronie ludności cywilnej są znacznie wyższe.
- 500 tysięcy cywilów udało się na emigrację uciekając przed wojną domową, głównie do Stanów Zjednoczonych.
 - Wojska rządowe jako priorytet traktowały przesiedlanie i eliminację księży z wiejskich parafii (eliminację zwłaszcza niepokornych, nie chcących się przesiedlić). W styczniu 1927 roku na 3600 księży (w 14-milionowym Meksyku. Dawniej było więcej, ale Calles za coś otrzymywał swe medale) 210 to byli księża z parafii wiejskich (5,8%). Rozstrzelano w egzekucjach łącznie 90 księży - w Jalisco 35, Zactecas 6, Guanajusto 18, Colima 7, inne regiony 24.

Powstańcy Cristeros

Rozstrzelanie księdza wraz z jego świeckim pomocnikiem