wtorek, 9 kwietnia 2013

Korea Północna - Analiza zagrożenia

"Ludzie, którzy mówią pokorne słowa, nasilając przygotowania do wojny, mają zamiar zaatakować. Ludzie, którzy mówią pewnie i posuwają się agresywnie naprzód, mają zamiar się cofać."
Sun Tzu, "Sztuka Wojny" (VI w. p.n.e.)

Ostatnimi czasy wielu ludzi zastanawia się: co będzie z tą Koreą Północna? Mówią o tym eksperci, "eksperci" oraz gadające głowy w telewizji, zarabiający ciężkie pieniądze na wciskanie kitu, za który im zapłacono. Co więcej, mówi o tym sama Korea Północna, co w wypadku reżimów totalitarnych jest raczej... ekscentryczne (pamiętajcie: państwa, tak jak bogacze, nie mogą być dziwne, tylko ekscentryczne).
Jak więc będzie naprawdę?

Oczywiście, nie ma pewności. Ale jest kilka możliwych scenariuszy.
 1) Korea Północna ściemnia i wojny nie będzie. USA będzie nadal zwracać na nią uwagę "tak jak ja na pustą szklankę" (jak to świetnie ujął Sienkiewiczowski Zagłoba), Korea więc niepyszna, że dowcip się jej nie udał, zostawi świat w spokoju i znów wróci do zabawy w swojej piaskownicy.
2) Korea Północna wróci do zabawy, ale zatrwożona, bo USA zrobią demonstrację siły lub inny twardy gest.
3) Pohukiwania Korei Północnej skończą się na pohukiwaniach i zbrojnych incydentach, po których USA zasiądą wreszcie do stołu rokowań i dadzą Korei łapówki w surowcach.
4) Wojna. Drobne incydenty, twarda ręka, wymsknęło się spod kontroli - i zamiast twardej linii mamy stosy trupów.
5) Wojna. USA atakuje Koreę.
6) Wojna. Korea Północna zaczyna wojnę, robi się rozpierducha.

Przeanalizujemy te opcje po kolei; ale najpierw wstęp.
PO CO Korea pohukuje, prowokuje i oskarża o prowokacje?

Jak każdy porządny obywatel wie, Korea Północna to uosobienie zła, najczarniejszy z czarnych reżimów, miejsce gdzie czarne charaktery w swych czarnych sercach snują swoje czarne plany i dybią na nasze samochody, nasze kombajny, traktory, klocki lego, Disneyland i inne zdobycze zachodniej cywilizacji. Trzeba sobie jednak zdawać sprawę, że tym na co oni naprawdę dybią jest jedzenie.
Ryż, pszenica, kukurydza, ziemniaki, soja - wszystko co da się wszamać; warto tu wiedzieć, że ocenia się że przeciętnie na głowę obywatela Korei Północnej wypada dziennie 319 gram ryżu (a normą i to komunistycznie okrojoną, oficjalnie jest 575g). Co więcej, Korea Północna dyszy ogromną żądzą do oleju napędowego i innych podobnych surowców, których sami za bardzo nie produkują, a bardzo potrzebują. W czasie rozmów "dobrej woli" w 2008 roku, USA dostarczało Korei Północnej setki tysięcy ton zboża w zamian za rozmontowywanie kolejnych reaktorów atomowych, przy oparu symbolicznych gestach otrzymała ona też 50 tys ton oleju napędowego. Co za gratka!
Są to dobra im niezbędne. Niezbędne są im też technologie, których łakną jak kania dżdżu, ale to mniejsza: je kupują na czarnym rynku za dewizy; by zaspokoić głód, muszą szantażować ościenne kraje, bo na to dewizy nie mają im szans starczyć (a na olej napędowy i podobne i tak regularnie nakłada się na nich embargo - jakby nei wystarczyło, że pieniążków nie mają). Ah, zapytacie, skąd Korea Północna ma dewizy? Śmieszna sprawa: po pierwsze z turystyki. Tak, można wyjechać do tego pięknego kraju, gdzie dostaje się osobistego anioła stróża który uczynnie towarzyszy ci prawie wszędzie, poza łóżkiem i kibelkiem; można dzięki temu zwiedzić ten skansen komunizma i nasycić jego wiecznie spragnioną kasę.
Po drugie, mają jeszcze dewizy od swoich braci z Południa, ze strefy przemysłowej Kesong, gdzie południcy wkładają kapitał i technologie, a północni pracę tanich robotników. I wyciągają z tego ładną kasę.
Po trzecie, nielegalne, iście gangsterskie operacje. W obliczu szeregu wrogich krajów kapitalizmu obrońcy klasy robotniczej nie patyczkują się i idą jak leci: uprawiają mak i produkują heroinę, handlują zakazanymi technologiami (tymi, które ktokolwiek chce od nich kupić - na przykład Iran kupuje od nich technologie rakietową. To świadczy o desperacji), a nawet... fałszują dolary. Na te ostatnie się nawet mówi "superdolary", ponieważ niektóre edycje superdolarów były wykonane lepiej niż oryginalne dolary (tak, tak! przykładają się, chłopaki!); odkryto fałszerstwo po tym, że chyba na zegarze jaki był na jednym z banknotów, były dokładniej oddane wskazówki...

Dobra, skoro już wiemy, czego łakną czarne serca i nienasycone brzuchy rządzących Koreą Północną, przejdźmy do możliwych scenariuszy.
1) Niektórzy mogą zapytać, jak ja mogę wątpić w tak jakże możliwy scenariusz, skoro takie światłe umysły jak Radosław Sikorski czy czołowe postacie Departamentu Stanu USA nie mają co do tego wątpliwości? Ano dlatego, że dotąd Korea jeszcze nigdy tak nie zrobiła. A jeśli chcą wyciągnąć kasę od USA i Korei Południowej, to też tak raczej nie postąpią; nie postąpią tez tak, jeśli chcą w przyszłości kolejnych łapówek w surowcach (a chcą, bo muszą). Dodatkowo, Kim Dzong Un, ten nowy przywódca, wyedukowany w Szwajcarii, może i chce przeprowadzić jakieś ostrożne reformy, ale potrzebuje do tego silnego autorytetu i zaplecza; a w tym celu musi pokazać swoja skuteczność generalicji północnokoreańskiej. Jeśli podkuli ogon, to na pewno mu się to nie uda...
Ah, a jak myślicie, czy ludzie w Korei Północnej, mimo zindoktrynowania i wyprania mózgów nie zauważą, jak ich przywódcy nagle podkulą ogony? A takie spostrzeżenia i oznaka słabości mogłyby doprowadzić do jakiś pęknięć na komunistycznym monolicie. Czy by doprowadziły? Nie wiadomo, nikt tak długo jeszcze nie robił ludziom sieczki z mózgów. Ale na pewno rządzący Koreą nie chcą się o tym przekonywać empirycznie.
Scenariusz więc oceniam jako mało realny. Prędzej będzie wprowadzony tymczasowo, ale po tym Korea znów wróci do retoryki. Oni muszą uzyskać łapówki i tyle co tu gadać? Mogą w końcu dać spokój na parę tygodni, ale potem będą jeszcze bardziej zdesperowani - co tym bardziej zwiększy szanse na opcje 3, albo co gorsza 4.

2) Scenariusz byłby możliwy, gdyby dowódcy Korei Północnej nie bali się blamażu i ośmieszenia, zwłaszcza w oczach własnego narodu; co więcej, byłoby to możliwe gdyby rządząca USA lewica miała, kolowielanie mówiąc, jaja.
Niestety, rządząca USA lewica ma jaja na tyle, że mogą przeprowadzić kilka incydentów, które tylko bardziej zwiększą desperacje będącej w  narożniku Korei, ale nic takiego, co by było jak bat na goły tyłek, który by uspokoił tamto tałatajstwo.
Jak to się stanie, to się bardzo zdziwię. Czas wtedy pić szybko wino, zanim zamieni się w wodę, pamiętajcie!

3) Według mnie to jest to, od czego desperacko dąży Korea Północna. Oni chcą, potrzebują, pragną rozmów! Żeby im ktoś coś zaoferował, za to żeby byli spokojnymi a grzecznymi chłopcami, za to żeby znów zamknęli swój program nuklearny (i produkcję dalszej broni atomowej), no niech nawet może jakiegoś inspektora wpuścili?
Tego scenariusza chce Pjongjang (stolica Korei Północnej, dawniej : Phenian), tylko do tego dążą, żeby jak dawniej wymusić po gangstersku haracz, mniejszy lub większy, ale niezbędny. USA już dawno by na ten układ poszło, gdyby Barack Obama nie chciał pokazać się z silnej strony... cóż, kiedy już zasiądą przy stołach, będzie można odetchnąć. Myślę, że to bardzo prawdopodobne, ale wszystko teraz zależy od USA - jeśli dojdzie do wojny, to (paradoksalnie) w dużej mierze to będzie wina USA. Albo chcą tej wojny, to niech zaczynają, albo niech przestaną grac z tamtymi  w kotka i myszkę... zabawa wyjdzie spod kontroli, bo komuniści potraca zmysły z desperacji i będzie psikus.
Swoją drogą, wiele o Kim Dzong Unie mówi jeden fakt. Gdy Dennis Rodman parę miesiecy temu był na wycieczce w Korei Północnej, wrócił i mówił że "ten Kim to zupełnie fajny facet" (zaprosił go zresztą na rewizytę do USA); Kim ponoć mu powiedział "powiedz, żeby Obama do mnie zadzwonił! Powiedz im, żeby Obama do mnie zadzwonił!".
Kim Dzong Un chce desperacko żywności i surowców, za które gotów jest sprzedać pewnie i tą przeszmuglowaną z Pakistanu i Iranu za ciężkie pieniądze technologię atomową.

4) Ten scenariusz nam grozi, jeśli USA będą bawiły się w kotka i myszkę z Koreą, Korea z USA - i ktoś przesadzi. Obie strony tego chyba nie chcą, ale to się może zdarzyć. Choćby dlatego, że obie strony to paranoicy; zanim ktoś w bunkrach jednej lub drugiej strony, w Japonię będą waliły koreańskie rakiety, czołgi na Seul, a Korea północna zacznie być z wolna zrównywana z ziemią rakietami Tomahawk. Niektórzy mogą uważać, że dla USA to pikuś, ale do tego się jeszcze odniosę; na razie trzeba pamiętać, że ten scenariusz jest drugim - wedle mnie - możliwym,, zaraz po numerze 3). Niestety.

5) Według mnie to jest wysoce nieprawdopodobne. Amerykanie mogą się uważać za panów świata - w dużej mierze nimi są - ale są zbyt gnuśni by uderzać na Koreę. Problem z Koreą jest taki, że oni nie mają żadnych fajnych surowców, nie są szczególnie strategicznie położeni, wot, takie zapalne nic. Co więcej, jeśli Korea zostanie usunięta... ludzie, po cholerę Amerykanie mają usuwać Koreę? przecież to idealny straszak na "sojuszników" USA, takich jak Japonia czy Korea Południowa. Gdyby załatwili Północ, musieliby zacząć kasować garnizony "chroniące" Wyspy Japońskie, i Południową, a przynajmniej otwarcie musieliby przyznać, że te garnizony siedza tam pod chińczyków, nie pod Koreańczyków. A tak - mają idealny powód. Po co mieliby sami sobie stołek spod tyłka wykopywać? Zwłaszcza że Połnoc już ma broń jądrową, więc jest już po herbacie...

6) Już wcześniej napisałem setki słów na ten temat, ale powtórzę: jest to nieprawdopodobne. Choćby dlatego, że nikt nie atakuje innego kraju, ogłaszając to przedtem całemu światu miesiącami. Gdy w 1950 roku Korea Północna zaatakowała, to zrobili to znienacka. Swoją drogą, już Sun Tzu pisał ~2500 lat temu:
"Ludzie, którzy mówią pokorne słowa, nasilając przygotowania do wojny, mają zamiar zaatakować. Ludzie, którzy mówią pewnie i posuwają się agresywnie naprzód, mają zamiar się cofać."
Sun Tzu, "Sztuka Wojny" (VI w. p.n.e.)
Czemu by to teraz miało nie być prawdą? 
Mogę sobie wyobrazić kilka głupich rozpoczęć ataku na wielką skalę, ale ten który by miała według niektórych zrobić Korea Północna, to jeden z głupszych.

***
Niektórzy uważają Armie Korei Północnej za śmieszną, co nie wytrzyma "3 minut" z USA.
Trochę w tym racji jest, ale pokrótce tylko coś chcę zauwazyć.

Po pierwsze, może i Armia Północy jest przestarzała i na papierze tylko silna, ale liczbowo jest naprawdę ogromna. Liczą ponad milion ludzi w szeregach! Plus rezerwiści i służby pomocnicze; a w tym wszytskim 180 tys. żołnierzy służb specjalnych.
USA w Korei Północnej ma, jak dobrze pamiętam, 28 tys. żołnierzy. W ogóle.
Armia Południa też jest silna, ale nie sądzę by liczbie była aż tak silna...

Nawet jeśli Północni mają przestarzały sprzęt (a maja), to kula z kałacha zabija tak samo jak kula z uber-duper-nowoczesnego nie wiem jak zrobionego karabinka szturmowego nowej generacji z noktowizorem i tosterem. Niezależnie od nowych technologii, to ciągle piechota wykonuje bardzo ważne i istotne zadania... i tyle. Jakość jest ważniejsza od ilości, ale tych koreańców jest tak dużo, że cisną się na usta słowa Stalina "W pewnym momencie ilość przechodzi w jakość."
Podobnie zresztą jest z tymi siłami specjalnymi; zwłaszcza że biorąc pod uwagę, że główną miarę tutaj ma wciąż wyszkolenie,a  technologie to tylko wspomaganie... i że co jak co, ale siły specjalne to pewnie chodzą dobrze odżywione.

Z innych rzeczy, Korea ma naprawdę silną (kilkunastotysięczną) artylerię. A artyleria się za bardzo nie zmieniła w ciągu kilkudziesięciu lat... Wot, systemy celownicze. Ale nadal ilość-> jakość.
Lotnictwo i obronę przeciwlotnicza - w porządku, mają śmieszną. Samolotom USA za bardzo nie zaszkodzą, choć warto zauważyć ze sami bombowców prawie nie mają (trzeźwo myślą chłopcy), a w większości myśliwce. Opór stawią raczje mizerny, ale amerykańskie helikoptery i drony mogą mieć bardziej gorąco: Korea Północna ma ogromne ilości stanowisk obrony przeciwlotniczej; o ile samolotom to raczej dużo nie zrobi to inne obiekty latające... nie zazdroszczę. A z uwagi na rozmieszczenie ich wśród ludności cywilnej, czy USA je wyeliminuje z oddali, licząc się nie z drobnymi ofiarami, a z dziesiątkami/setkami tysięcy cywilów? Tak, używanych jako żywe tarcze, ale jednak...?

Wojska rakietowe... tak, to też jest śmieszne. Ale za to, przy kiepskiej celności je, hm, wzmocnili. Mają broń chemiczną i biologiczną. No i sumę wszystkich strachów: jądrową. Ich celność może być śmieszna, ale jak gdzieś trafi jądrową, uj, to będzie bolało. Biologiczną nawet nie musi trafić... chemiczną z grubsza.
A do przenoszenia chemicznej i biologicznej mają przystosowane rakiety dalekiego zasięgu, 2500 i 6000 km. Już wiece czemu Iran od nich kupował technologię rakietową... USA może nie zagrożą, ale Japonię mogą zrujnować; a to będzie dla USA jak klęska, bo nitk w Azji im nie zaufa wtedy już, jako sojusznikowi.

Co tu jeszcze... a, słabe strony będące silnymi. Korea Północna sprowadza 75% energii elektrycznej z Chin; w razie wojny pewnie to będzie wyłączone. Amerykańce zniszćzą elektrownie, przynajmneij więksozść.
Ok, siądą im fabryki, fajnie. A armia?
Nasza armia bez prądu by siadła w dzień, dwa. USA? popołudnie, dwa. Ruscy kilka dni.
Korea Północna? A co oni przepraszam zasilają energią? Radary, kontrolę ruchu lotniczego i wszystko okołolotniskowe? I tak ich samoloty szybciej w razie wojny będą spadać niż latać. Światło by tylko dawało wrogowi informacje, gdzie uderzać... Nie, oni są na tyle prymitywni, że to jest ich zaleta. Sorry. 


Oczywiście, wszystko zależy od tego jak się będą tłuc. Czyli zależy od indoktrynacji. Ja powyżej zakładałem, że raczej bez entuzjazmu, ale i bez defetyzmu - maja za sobą dziesiątki lat prania mózgów. Ale może wykażą się fanatyzmem? Przynajmniej siły specjalne? Wtedy naprawdę jest przekichane: armia która nie przyjmuje do wiadomości, że ją pokonują, nie da się tak de facto pokonać. Wojna wtedy może nie być wcale tak jednostronna jak się sądzi. USA nie zagrożą, ale zajęcie Korei Południowej? I tyle dewiz walutowych by zdobyli...
***

Podsumowując: uważam że po tańcach, zalotach i podobnych, w końcu Korea zasiądzie z USA do stołu rokowań; dostaną kilkadziesiąt tysięcy ton zboża, przystopują z atomówkami i straszeniem i znów będzie spokój. Z drugiej strony jednak - do tanga trzeba dwojga. Jeśli USA nie zasiądą, konflikt będzie eskalował... aż w końcu USA zasiądą, albo naprawę wybuchnie wojna. Której, tak naprawdę, nikt nie chce i nikomu się nie opłaca.

Kim Dzong Un i Dennis Rodman

Kim Dzong Un w otoczeniu generalicji. Ale uśmiechnięty facet.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz