sobota, 20 lipca 2013

Zanim nuki spadną nam na głowy (2): Wyżyw się a napij się

(...) kiedy kończy się woda, wszystko się kończy.
Podręcznik szkoleniowy japońskiej armii (z okresu przed 1945).

Z racji nastałego nam i miłościwie panującego sezonu ogórkowego, kontynuuję dobre rady pod hasłem "przeżyć koniec świata". Poprzedni a pierwszy wpis poświęcony był zapobieżeniu utraty życia z powodu zamordowania, zrabowania kluczowych dóbr czy podobnych rzeczy (czyli: uzbrojenia się), zaś ten wpis jest poświęcony przeżyciu biologicznego - to znaczy, mówiąc szczegółowo i wprost, coby czcigodny czytelnik miał pełny kałdun.
***

Woda

Kluczowym problemem w warunkach każdej apokalipsy jest woda (typy apokalips omówię później, ale na razie wystarczy sobie uzmysłowić że czy to załamie się sieć energetyczna, czy to spadną nuki, tak czy inaczej wodociągi przestaną działać). Człowiek może przeżyć bez jedzenia znacznie dłużej niż bez wody; podaje się rożne wartości, zależne od wytrzymałości człowieka i temperatury, ale na potrzeby wpisu przyjąłem dane że człowiek może przeżyć 4 do 10 dni bez wody (zależnie od swojej wytrzymałości) i do 15 dni bez jedzenia. Przy czym należy zauważyć że brak wody utrudnia też przyrządzanie jedzenie, pojenie zwierząt, zachowanie higieny - i zużycie wody przez człowieka jest znacząco wyższe podczas pracy fizycznej (a takiej może być dużo w warunkach apokaliptycznych); w warunkach bojowych w czasie II Wojny Światowej przyjmowano że żołnierze w czasie walki mogą wytrzymać maksymalnie dwa dni bez wody, przy czym pierwszy dzień już zwiększał ryzyko omdleń, udarów i powodował znaczące obniżenie skuteczności bojowej.
Ilość wody jaką człowiek powinien przyjmować w warunkach normalnych (średnio) to - za Instytutem Medycznym USA - 2,7 litra wody dla kobiet, a 3,7 litra wody dla mężczyzn. Górną potrzebną granicą jest oczywiście klimat tropikalny - Japończycy w dżungli birmańskiej wyliczyli, że żołnierze potrzebują średnio 7l wody na dobę by uniknąć odwodnienia.

Jak więc widać, zapewnienie sobie źródeł wody to niezwykle ważna kwestia.

Wbrew pozorom, a przynajmniej powszechnym stereotypom, problemem w czasie postapokalipsy nie będzie (raczej) chemiczne skażenie wody, trucizny, cuda-nie-widy i cuda na kiju... bo nie będzie miał kto skażać. Krytycznym momentem faktycznie będzie rozpoczęcie się apokalipsy - przestaną działać oczyszczalnie, a ludzie wciąż będą spuszczać chemikalia np z fabryk - paskudnie może być też w wypadku użycia wojskowych środków chemicznych i celowych zatruć źródeł wody. Ale tym się nie ma co martwić - jeśli wojskowe środki chemiczne skażą wszystkie dostępne nam źródła wody na dłuższy okres czasu to i tak nic z tym nie zrobimy, więc po co się martwić? Martwmy się tym, na co możemy coś zdziałać. Czyli na "zwykłą sytuację".
"Zwykłą" - przestały działać fabryki. Gites, chemikalia nie są spuszczane. Przestały działać oczyszczalnie. Damn, wszystko co wysramy i wyrzucimy w nocniku idzie do wód gruntowych. Deszcze są już mniej kwaśne - fabryk przecież nie ma. Ludzie nie myją aut w rzekach, bo nie jeżdżą autami. Nie działają wodociągi, bo nie działają pompy.

Jeśli ktoś mieszka na wsi i ma studnię... to ma farta. Ktoś inny musi sobie studnię wykopać albo czerpać z rzeki. Studnia wykopana ma tą wadę że trzeba się naharować i nie wiadomo kiedy w końcu będzie ta woda. Ma zaś tą zaletę, że z grubsza wiemy jak dużo gówna trafia do wód w okolicy (nasze kloaki i kloaki sąsiadów) i mamy tą studnię na własność; wodopoje przy rzekach mogą być tymi miejscami gdzie białe twarze polują na jelenie z wiadrami, więc jeśli nie chcemy się czuć jak antylopa gnu pod okiem krokodyla, lepiej zaintersowac się kwestią studni (lub zostać miejscowym krokodylem).
Jak rozpoznać - z grubsza - czy woda w rzece jest skażona jakoś poważnie, czy jeszcze/już nie? Jeśli w rzece pływają ryby, a po rzece kaczuszki to znak, że my tez mamy szansę przeżyć kontakt z tą wodą (i na dodatek możemy coś złowić/upolować. Oczywiście, w czasie przed apokalipsą nie radze jeść rybek np. z Odry. Znani mi rybacy takowe rybki wrzucają z powrotem lub nielitościwie karmią nimi kota - jak ktoś nie lubi swojego kota, why not? [teraz ludzie myją auta w rzekach]).

Dobrze, zapyta mnie wychowany na Falloucie i nałogowo grający w Neuroshimę gracz - ale skoro nie chemikalia, skoro nie trucizny, skoro nie kwaśne deszcze, skoro nie Moloch, nie Skynet i nie komuniści, to czego mamy się strzec przy picu wody, czemu nie brać jej od razu mimo lekko brązowego koloru?

Gówna, mości graczu, gówna. Większość epidemii jakie przetoczyły się przez świat (w tym w szczególności Europę) w czasach przed wiekiem XX było spowodowanych naszym gównem, a konkretnie nieczystą wodą. Jak wykazał w 1855 roku John Snow, przyczyną epidemii cholery w Londynie był pobór wody do systemu wodociągów z Tamizy poniżej punktu odprowadzania ścieków do tejże rzeki. Picie własnego gówna zmieszanego z wodą, a konkretniej - picie z wodą bakterii fekalnych jest cholernie niezdrowe. Głównie dlatego, bo wywołuje taką uroczą chorobę jak cholera, która aktualnie już dość rzadko występuje, ale dawniej była zmorą życia miejskiego (i czasem wiejskiego). Poza epidemiami poważnych chorób, zanieczyszczona woda może nas powalić na dziesiątki albo i setki parszywych sposobów, ale najbardziej prozaicznym może być biegunka. Jeśli w warunkach postapokalipsy złapie Cię biegunka, masz dużą szansę na przesranie swojego życia - dosłownie i w przenośni. Nawet jak przeżyjesz, to będziesz poważnie osłabiony, stracisz dużo cennej żywności (która przejdzie przez Ciebie jak trawa przez gęś) i dużo wody - nieodkażonej, ale też nie takiej łatwej do zdobycia.
Więc, unikaj biegunki, cholery i bakterii fekalnych. W tym celu, należy wodę oczyścić.

Środków jest kilka. Najbardziej dostępnym, możliwym dla każdego posiadającego garnek i patyki, jest gotowanie. 10-15 minut gotowania wody (dla laików kuchennych - coś jak ja - 10-15 minut od zagotowania czyli od kiedy zacznie bulgotać) - to powinno wystarczyć by zabić większość bakterii. Oczywiście, gotowanie ma tą wade że zużywamy opał (dosć cenny, zwłaszcza jeśli Winter is coming) i pokazujemy dymem "hej, tu jestem, coś gotuje czyli coś mam!", co nie zawsze jest pożądane. Można więc używać wszelakich filtrów survivalowych (dostępne w sklepach) które co prawda na wieczność nie wystarczą, ale w czasie krótkiej a "małej" apokalipsy mogą starczyć, przynajmniej na pewien czas. Można zakupić tabletki do uzdatniania wody - działają na bazie chloru; smak jaki pozostawiają żołnierze II Wojny Światowej nazywali "kwasem akumulatorowym" co świadczy o niezbyt dużych walorach, ale jako żelazna rezerwa... Jeśli musimy się szybko ewakuować, nie mając czasu lub możliwości na gotowanie po drodze, żelazny zapas tabletek uzdatniających może nam uratować życie.
Jest też... alkohol. W przeciwieństwie do środków chemicznych i filtrów jest łatwo dostępny - nawet jak się obudzisz z ręką w nocniku w czasie apokalipsy, zawsze możesz pobiec do monopolowego - i jest BARDZO skuteczny na bakterie. Alkohol o stężeniu 62% można używać do mycia rąk w BARDZO trudnych warunkach, bo zabija 99,99% bakterii i niektóre wirusy (opryszczki, grypy, ospy).
Oczywiście, picie "absolutnie bezpiecznego dla nas" alkoholu w stężeniu 62% i 38% wody raczej pić nie będziemy, bot o może zabić nie tylko bakterie, ale i dać w kość nam. Ale zamiast tego można użyć sposobu polowego żołnierskiego - mieszamy wino w proporcjach 4 objętości wody i 1 objętość wina, co powinno zabić większość bakterii (bez ryzyka nie ma zabawy); tak uzyskany napój będzie miał zawartość alkoholu w granicach 2-3% (co nas niezbyt upije, a bakterie najbardziej szkodliwe zabije). oczywiście, do mieszania z wodą można użyć mocnych alkoholi, ale problemem jest tu dokładne wymieszanie. Użycie w tym samym celu whiskey 40% wymusza proporcje 19:1, co niezwykle utrudni równe wymieszanie trunku z wodą (a co tu mówić o mieszaniu spirytusu 95%?) - zwłaszcza mając do dyspozycji parę butelek, menażkę i na przykład łyżkę. Wino czy piwo jest tu łatwiejsze do zmieszania, choć niewątpliwie wyżej procentowe alkohole o tej samej objętości mogą zdezynfekować większą ilość życiodajnej wody.
Pewną opcją jest też przerabianie wody na alkohol, w sensie piwo lub wino (słabe piwo miało  w Średniowieczu ogromną popularność właśnie przez bezpieczeństwo. Ludzie nie wiedzieli co to bakteria, ale wiedzieli - empirycznie - że po piwie nie dostaną biegunki).
Czasem, by wytworzyć płyn dezynfekujący, jednak łatwiej będzie dokonać procesu destylacji, czyli pędzić bimber przeznaczony do rozmieszania z wodą w warunkach polowych.
Aparat do destylacji. Laboratoryjnej. Z grubsza - zacier na dole, alkohol (z "zanieczyszczeniami", jak para wodna) ulatnia się w formie gazu i idzie w górę, trafia do chłodnicy i tam się skrapla. Poniżej, jest to przedstawione prościej - na średniowiecznym alembiku.


Oczywiście, należy pamiętać że destylacja bimbru w Polsce jest prawnie zakazana (nawet na użytek własny); można robić wino, piwo, nalewki (i wszystkie substancje będące wynikiem zmieszania produktów spirytusowych z innymi), można też destylować... ale pod warunkiem że produkt nie będzie miał więcej niż 15% zawartości alkoholu; jest to do ciężkie uzyskania (tak żeby to jeszcze było ekonomiczne), chyba że jakoś sprytnie w fazie skraplania ekstra dodamy do produktu wody, by go rozcieńczyć... No, nie moja broszka - ja w każdym razie do łamania Świętego Monopolu Spirytusowego Państwa nie namawiam (czyt. pędzenia nielegalnego bimbru). Przynajmniej nie przed apokalipsą.


Skoro mamy już zapoznane sposoby pozyskiwania i ~uzdatniania wody, czas przejść do "paliwa" dla ludzi, czyli pożywienia.
***

Jedzenie
Uwaga - z góry zastrzegam, że wszelkie moje wypowiedzi nt. hodowli, polowań czy innego pozyskiwania mięsa nie tyczą się sytuacji obecnej, normalnej, a tylko i wyłącznie ekstremum - stąd nazwa "apokalipsa". W warunkach normalnych ciężko sobie wyobrazić by ktoś zabijał zwięrzątko de facto domowe na mięso, ale my NIE mówimy o warunkach normalnych i gęby proszę mi nie doprawiać.
Ciekawym punktem widzenia, odmiennym spojrzeniem na kwestię mięsożerstwa jest spojrzenie na obecne jego spożycie jako na nienaturalne, a jako naturalne traktować polowanie. Filozofia rasy (obcej rasy) w cyklu sf. "Przybysz" C.J. Cherrych jest tutaj interesującym innym spojrzeniem. Że zwierzęta, przez swój status żywej istoty i przez szacunek dla ich życia, powinny być zabijane na mięso wyłącznie na wolności (czyli poprzez polowanie), a hodowla uwłacza im - coś jak hodowla ludzi przez Marsjan Wellsa uwłaczałaby ludziom. Ciekawy punkt widzenia, dobry na odrębną dyskusję (i niewprowadzalny w obecnym stanie rzeczy. Szkoda, właściwie).

Każdy z nas musi jeść. Jedzenie jest nam niezbędne, do zdobycia cennych kalorii, pozyskania witamin i innych substancji odżywczych... Co prawda, bez jedzenia można przeżyć do 15 dni (są i inne rekordy, ale interesuje nas średnia, nie starannie przygotowywane rekordy), ale zakładając małe zużycie energii, czyli mało aktywne przeżycie tych 15 dni. W czasach apokalipsy i postapokalipsy na pewno nasze życie będzie pełne wrażeń, więc będziemy potrzebować odpowiednich ilości jedzenia.
I jak żyć? Jak życie, panie prehistoryku?

Cóż, przede wszystkim problem z zaopatrzeniem mają mieszkańcy obszarów miejskich. teoretycznie można zrobić zapasy żywności, można je zwiększyć tuż po apokalipsie wypadem do jakiegoś supermarketu, ale to na długo nie wystarczy. Zwłaszcza że w okolicy będą tysiące innych, głodnych a chętnych.
Mieszkańcy okolic wiejskich problem mają nieco mniejszy - co prawda w obecnych czasach praktycznie już model samowystarczalnego gospodarstwa wiejskiego (tu świnki, tu kury, tu krowa, tu koń a tam zboże wysiane) odchodzi do lamusa, a w ramach postępu ekonomicznego nastaje model produkcji masowej - same kurczaki, same truskawki, samo zboże, same krowy, same świnie i tak dalej. Ma to oczywiste zalety, ale po apokalipsie będzie miało ogromne wady, bo i model gospodarki na wsi runie. Paszę dla zwierząt gospodarze też skądś kupują, jak uprawiają pola - traktory an powietrze nie jeżdżą itd itp. Stosunkowo najłatwiej maja sadownicy, bo brak oprysków spowoduje że po prostu plony będą gorsze, a zbiór i tak się robi ręcznie; ale i tak nie będą mieli różowo.

Jaki z tego wniosek? Na dłuższą metę, zwłaszcza przy apokalipsie średniego lub wysokiego kalibru której końca raczej nie przewidujemy, żadne zapasy żywności nam nie pomogą - trzeba myśleć o samowystarczalnej produkcji żywności. Mieszkańcy miast w razie apokalipsy nie mają wyjścia, muszą się ewakuować gdzieś dalej od miasta, by móc się jakoś wyżywić. W mieście na ile każdy ma indywidualne zapasy - na tydzień? Jak ktoś ma jeszcze ogródek przydomowy, to może wszystkie warzywka zusammen do kupy wystarcza na 2-3 tygodnie. W marketach i sklepach nie mają dużych zapasów, dostawcy na bieżąco przywożą; ewentualnie hurtownie... ale pewnie o hurtownie będzie największy bój między wszystkimi którzy mogą brać po gębach. Zakładając maksimum zapobiegliwości, szczęścia, ogródka, zbiorów i farta w sklepie, możemy liczyć na zgromadzenie zapasów na 1,5 miesiąca oszczędnego przeżycia.

Półtorej miesiąca. To może i jest nieco dużo, daje to szanse na przetrwanie krótkiego załamania cywilizacji (lokalnej katastrofy), ale na długą metę to bardzo mało. Zresztą - jeśli nawet krótkie załamanie cywilizacji wydarzy się w zimie, powiedzmy w grudniu (kiedy nie ma co liczyc na ogródek..), to tosme su v predli jak to mawiają bracia Czesi i możemy się drasatycznie przekonać jako to wyglądało "zemrzeć na przednówku" w Średniowieczu. Co możemy na to zdziałać? Jeśli ktoś jest paranoiczny i czci prawa Murphy'ego, to niech kupuje więcej na zimę, robi konfitury, przetwory owocowe i tak dalej. Zresztą, konfitury i przetwory warto robić i bez tego, bo raz, że to zdrowe, dwa, że to tego nie trzeba działki, trzy że to tańsze niż podobne jakościowo wyroby komercyjne...

Przeżycie w mieście można przedłużyć sobie - zwłaszcza w warunkach zimowych - przez próby myśliwsko-zbierackie. Zbieractwo, to znaczy dalsze ekhm, odwiedzanie sklepów - ale może być mało efektywne i niebezpieczne z uwagi na konkurencję. Zbieractwo roślin też może wspomóc, ale bardzo słabo - bo co można znaleźć w mieście? Kasztany wziąć i upiec (to przysmak, na przykład we Francji)? Poszukać nielicznych drzew owocowych? Jeść korzonki, ryzykując własną nikłą wiedzą przyrodniczą? No i to łowiectwo, czyli załatwienie problemu bezdomnych psów, odłów zwierząt okolicznych, rybołóstwo, czy wreszcie własna ograniczona hodowla...
Zaraz, zaraz. Hodowla?
Tak. Hodowla małych zwierząt, w rodzaju królików, chomików, szczurów czy świnek morskich. Mimo że wielu posiadaczy tych zwierząt może mnie teraz odsądzać od czci i wiary, przypominam że mówimy o ekstremum i planach przeżycia w warunkach trudnych - a lepsze jedzenie milusich puszystych króliczków niż umieranie lub gorsze czyny, jakie bliźni może czynić bliźniemu w warunkach skrajnych.
Hodowla wyżej wymienionych zwierząt ma te zalety, że są one wszystkożerne. Trawy, siana czy roślinek doniczkowych ludzie sami nie spożyją - ale mogą tym nakarmić zwierzęta (i podtuczyć). Dodatkowo, zwierzęta te są małe, co ułatwia ewentualne zabicie ich na mięso. Człowiek współczesny jest cywilizowany i nie posiada umiejętności, hmm, rzeźnickich (poza rzeźnikami, oczywiście), a takie małe zwierzę łatwiej zabić w sposób nie powodujący niepotrzebnych cierpień i własnych problemów moralnych (może je zmiękczyć głód, ale mówimy tu o nie doprowadzenia się do sytuacji gdy jesteśmy obłąkani z głodu).
Małe zwierzątka też łatwo w razie czego przyrządzić - łatwiej nabić na patyk i uwędzić, nie ma takich problemów jak z dużymi pasami chociażby.

Jednak, prędzej czy później, należy się z miasta ewakuować. I nie ma co gdybać i się zastanawiać - jeśli nie ma zimy i warunki atmosferyczne na to pozwalają (bo taki śnieg po kolana to taki średni jest), a mamy jeszcze jakiekolwiek zapasy żywności, to ładujemy je na plecy i idziemy sobie. Oczywiście, dom jest moją twierdzą i zapewnia mi pewne schronienie, ale czekanie w mieście na nastanie nieuchronnego katastrofalnego głodu może być tylko złym wyborem. Miasto nie wyprodukuje żywności, nawet nie dla ułamka ludności zamieszkującej, dlatego prędzej czy później może dojść do klimatów znanych z "Drogi" Cormaca MacCarthy'ego - czyli kanibalizmu. Książkę polecam przeczytać, choćby by zobaczyć jak w niektórych wizjach ludzkość się może stoczyć - i dlaczego warto w takim razie nawiać z miasta zanim będzie za późno.

Ewakuować najlepiej jest nie samemu, a w grupie, najlepiej - paradoksalnie - dużej. Głównie dlatego, że w takim samowystarczalnym gospodarstwie potrzebnych jest mnóstwo sprzętów, a jedna czy nawet dwie osoby większości potrzebnych rzeczy nie wezmą; poza tym podróżowanie w zwartej, ufającej sobie i wspierającej się grupie pozwala zapobiec wielu niebezpieczeństwom. O ewakuacji jeszcze będzie wpis i to chyba osobny, ale na potrzeby tego wpisu zakładam, że ewakuowaliśmy się w grupie co najmniej kilkunastoosobowej, co najmniej wraz z niezbędnymi narzędziami (np. szpadel ew. saperka, motyka, siekiera, piła itd. - oraz oczywiście, wymienione w poprzednim wpisie możliwości zabezpieczenia siebie. Zaletą grupy jest to, że jak kilka osób taką para-broń będzie miało, to może wystarczyć do odstraszenia), a także że grupa wylądowała gdzieś w przestrzennym, oddalonym, lekko dzikim miejscu - zgodnie z zasadą "człowiek jest największym zagrożeniem", która w warunkach apokalipsy i postapokalipsy jest chyba najrozsądniejsza; niby to paranoja, ale są sytuacje gdy paranoja jest sposobem na przeżycie. Zwłaszcza jak mówimy o możliwym potencjalnym wielkim głodzie.

Mieszkańcy regionów wiejskich mają o tyle lepiej, że zaludnienie jest tam znacznie mniejsze, więc przy odrobinie szczęścia mogą utworzyć bardzo silną grupę - wioska, przysiółek, kilka rodzin obok siebie mieszkających - która wzajemnie może się wspierać, pomagać i łatwo uzupełniać. Zwłaszcza jeśli owe rodziny zajmowały się przed apokalipsą innymi rodzajami gospodarstw - jedni świniakami, inni krowami mlecznymi, inny mięsnymi, inni zbożem... to bardzo ułatwia zadanie, bo połączenie sił (przy czym pamiętamy o znaczącym spadku skali, z uwagi na kres mechanizacji i sprowadzanych dóbr zewnętrznych) może zapewnić samowystarczalność takiej dużej grupie. Przy jakich środkach? W jakim stopniu? Przyznam, że nie mam pojęcia, bo to w każdym wypadku zależy od typów gospodarstw i od grupy. 
Pod wszelkimi względami bardziej jednak jest interesujące przeżycie obywateli z miast pochodzących, co się ewakuują w ucieczce przed głodem. Jeśli nie dołączą do jakiejś społeczności wiejskiej - radzącej sobie lepiej lub gorzej, a która może przyjąć uciekinierów przez znajomości lub np. z powodu pokrewieństwa - muszą sobie radzić sami.

Tedy problem - 
Gospodarstwo samowystarczalne pod względem żywnościowym, how to?

Z góry należy brać pod uwagę, że żadne jednolite źródło pożywienia nie wyżywi naszej domniemanej grupy; zboża na wysiew przecież nie posiadamy po domach, jarzynami z popularnie dostępnych nasion ciężko nasycić żołądek na długą metę (ile marchewek by trzeba by przez trzy miesiące nasycić, powiedzmy 10 osób, z czego 3 mężczyzn, 3 kobiety 4 dzieci...? Obawiam się że za dużo), a poza tym z jarzynami i nasionami jest ten problem, że obecnie w sklepach są sprzedawane nasiona jałowe, to znaczy że wysiewamy je jeden raz, ale plon przez nas otrzymany nie daje nam nasion które moglibyśmy posiać ponownie - po prostu nasiona są sterylizowane i nie rośliny przez nas wyhodowane nie mogą się rozmnażać. Więc, chociaż warto jest się ewakuować z paroma torebkami nasion - bo lekkie - to jedzenie marchewki i pietruszki nie rozwiąże naszego problemu na długa metę, może nas wspomóc na jeden sezon.
Nu, ale zawsze to wsparcie na pewien czas, zanim nabierzemy większej wprawy w innych możliwych źródłach. A co nam jeszcze zostaje?
Zbieractwo, ale tu już jest skala znacznie większa niż w mieście. Dzikie jeżyny, rosnące gdzieniegdzie drzewa owocowe, orzechy, kasztanowce - słowem, wszystko. Oczywiście, wymaga to przechodzenia w ich poszukiwaniu dużych połaci terenu, ale taka uroda populacji zbieracko-łowieckiej (dla grupy rzędu kilkunastu osób na stałe potrzeba by obszaru rzędu 50-100 km^2).
Solidnym oparciem może być też łowiectwo. Wbrew pozorom, w naszych lasach i na terenach podmiejskich są wciąż duże populacje jeleni, dzików i podobnych im zwierząt łownych. Odnalezienie ich przez łowców to jest kwestia szczęścia i umiejętności (mówimy o mieszczuchach: szczęścia), więc można tu mówić o dużych ssakach jako o czymś co się może zdarzyć, ale nie za często - a jak się zdarzy, mięso należy zakonserwować na przyszłość, jako wysokokaloryczną rezerwę. Poza dużymi ssakami, są też jednak w znacznie większych ilościach małe zwierzęta - i to zarówno w lasach, jak i na polach. Węże? Nawet jadowitego (a taka w Polsce jest rodzima tylko żmija zygzakowata) można zjeść, trzeba go pozbawić głowy i kolców jadowych (nie daję gwarancji jednak 100% - nigdy nie przyrządzałem...). Wiewiórki i inne maleństwa? Łapiemy na przynęty podobne do pułapek na myszy. Rysie, żbiki, kuny? Polowanie z zachowaniem ostrożności: to mały drapieżnik, ale jednak drapieżnik.
Zalecane jest przy polowaniu używanie wszelakich sztuczek, bez używania szerszego broni palnej (bo cenna amunicja, jeśli w  ogóle tą broń mamy). Sidła, wilcze doły, wnyki, cały asortyment naszych sprytnych przodków.

Polowanie na ptaki to osobne zagadnienie - trafienie w cel poruszający się w trójwymiarze to problem większy niż trafienie w jelenia, dlatego polowania z użyciem cennej broni palnej (i para-palnej) uważam za marnotrawstwo; ale wszelkie próby z siatkami - rozpięte siatki między drzewami, i dopiero po tym próby polowań z kamieniami czy kijami - podchody nadrzewne i tak dalej mogą być bardziej opłacalne, zwłaszcza jak się dojdzie do wprawy w rzucaniu kamulcami. W wypadku osób umiejących chodzić po drzewach, zdobycie jajek ptaków też może być wzbogaceniem posiłków grupy - jajka nie latają, a możliwe że ptaki same zaatakują "złodziejów" (i tym samym, z punktu widzenia myśliwych, wskoczą do gara).
Innym rodzajem "łowiectwa" można nazwać rybołówstwo. Trudno znaleźć jednak rzeki pełne ryb - a po apokalipsie tym bardziej, bo ludzie się rzucą łowić - ale jeśli już taki potok znajdziemy, to zamiast się bawić w wędki, staramy się go przegrodzić na szerokim zakresie i wyłapywać ryby pomiędzy tymi siatkami. jeśli myślimy bardziej przyszłościowo, można wypuścić narybek - ale to zależy od tego czy go rozpoznamy i czy nasz głód jest odpowiedniej skali...
Do tego wszystkiego, dochodzi jeszcze hodowla. Jest to według mnie najbardziej istotna sprawa, ponieważ o ile rolnictwo (z uwagi na trudności z jałowymi, sterylnymi nasionami) jest w większości poza naszymi możliwościami - o tyle hodowla jest nieco prostsza. Nie mówię że "łatwiejsza", ale prostsza. Musimy mieć zwierzęta i musimy je tuczyć; najlepiej mieć samce i samiczki, bo wtedy będą się mnożyć. Hodowla ma tą zaletę, że zwierzęta hodowlane - wymienione wyżej miejskie niewielkie chomiki, szczury, świnki morskie i króliki, ale także takie niezbyt dostępne w mieście, jak krowy, kozy, konie, owce - jedzą trawę, która jest dla ludzi niestrawna; a same są dla ludzi i owszem strawne, przez co udanie zagospodarują część natury, której my wykorzystać nie możemy. A trawa to jednak wszędzie rośnie i łatwo ją znaleźć...
Z wymienionych zwierząt hodowlanych miejskich, jedynymi których hodowlą możemy naprawdę istotnie wzmocnić nasz budżet żywnościowy, są świnki morskie i króliki (z uwagi na wymiary); jeśli grupa będzie miała możliwość udomowić lub zdobyć w czasie ewakuacji większe ssaki (koniec, owce, kozy, krowy - i tutaj chyba zwłaszcza konie, bo ich stadniny są obecne w okolicach miast. Choć i kozy też są czasem spotykane na osobnych hodowlach, ale na pewno rzadziej), to taki większy ssak lub ich grupa może istotnie zabezpieczyć bezpieczeństwo żywnościowe. Nawet pojedynczy może służyć stale jako pomoc (silny w  końcu), a może też być zabezpieczeniem na zimę lub trudne czasy, jako duża kupa mięsa. Jako grupa mieszana (samce i samice)... korzyści rosną ex-potencjalnie - raz, że się mnożą (czyli będzie ich więcej i zjedzenie "kozy na czarną godzinę" nie będzie likwidacją stada), dwa, że dają mleko (końskie ponoć da się pić - w Mongolii na przykład to robią - a innych jest i teraz możliwe gdzieniegdzie do kupienia). Stado mieszane dużych ssaków to najlepsze co się grupie ewakuacyjnej może przytrafić, bo umożliwia solidne zabezpieczenie się zaopatrzeniowo, potencjalnie też kości i skóry po dużych ssakach łatwiej wykorzystać niż po małych zwierzątkach.
Udomowione ptaki też się mogą przydać, ale to skala jeszcze mniejsza niż duże ssaki. Za to dają jajka - wzbogacenie diety na stałe może być mile widziane. A jeśli problemy związane z hodowlą okażą się większe niż zyski, zawsze można je zjeść; problematyczne jest to, że ptaki normalnie hodowlane są raczej latające i w klatkach, a kury czy gęsi to po miastach się raczej nie hoduje (i mało kto wie jak to robić); ale próbować można, tak samo jak ewentualnego udomowienia dzikich ptaków - zwłaszcza gołębi.
Koty w hodowli nieprzydatne. Jeśli nie masz zaplecza rolniczego, które mogą zjeść myszy, to są nieprzydatne dla grupy. Przykro mi. psy mogą być przydatne, jeśli z powrotem odkryją swój instynkt łowiecki, albo jeśli będą wspomagać pastersko przy posiadanym większym stadzie; koty niet. Przykro mi, kociarze, ale sami się wpędziliście w relację master&slave, gdzie nie Wy jesteście masterem...

Ostatnią opcją, desperacką, są korzonki i owady. Wiem że to niektórym zabrzmi obrzydliwie... wróć, to jest obrzydliwe, ale w warunkach paskudnego głodu i owady można przysmażyć i spróbować jeść. O gotowanych ślimakach nawet nie wspominam; pędy młodych roślin normalnie niejadalnych dla ludzi mogą ponoć po ugotowaniu chociaż zapełnić i ogłuszyć żołądek (oszukać - żeby nie przeszkadzał, gdy żarcia szukasz).

A tak swoją drogą - ciekaw jestem, czy wielcy czciciele chomików i świnek morskich, mając wybór woleliby zjeść takie milusi puszyste zwierzątko, czy w imię miłości do futerkowych zjeść pieczoną mrówkę...?
Nawiązując do powyższego - a może taka osoba wolałaby głodować? Z drugiej strony, deklaracje o głodowaniu nie brzmią przekonująco w erze takiego dobrobytu, jaki teraz mamy. Really.


Podsumowując możliwe gospodarstwo: hodowla na ile to możliwe! Łowiectwo, jeśli macie inklinacje i zwierzynę (zawsze jakaś jest, ale czy odpowiednia...)! Zbieractwo, na dopełnienie potrzeb.
Rolnictwo to najtrudniejsza sztuka i u nas zależy od ziaren (bulw?). Jak komuś się uda, to będzie ustawiony (chociaż... ze stadem kopytnych łatwiej potencjalnie zwiać niż z kilkoma arami ziemniaków...).


Ciekawą ideą jest wędrowny tryb życia dla grupki - w celu maksymalizacji wykorzystania zasobów z mniejszych obszarów. Jak przodkowie!
Aha. I jeszcze ważna dewiza na temat pozyskiwania żywności. "Nie trać więcej energii na poszukiwania, niż uzyskasz ze znalezionej żywności." Z kijem nie ganiamy za zającem. Poziomki może mniej nasycą, ale łatwiej, je, hmm, złapać (choć, oczywiście, kto nie próbuje, ten nie złapie).


Konserwacja

Z uwagi na istotę sprawy, wspomnę jeszcze pokrótce o konserwacji żywności, która może być bardzo istotna przy braku lodówki, bo prądu ni ma a  my tutaj zresztą i tak już ewakuowani z miasta, a zima się zbliża...

1) Zamrażanie vel chłodzenie. Metoda najprostsza, ale przy braku lodówki paskudnie utrudniona. Proponuję sposób syberyjski - w zimie wystawić po prostu na dwór (ale zabezpieczone, by zwierzęta się nie dobrały); można też wykopać sobie "piwniczkę", jak najbardziej podziemną - w celu zachowania niskich temperatur. W zimie nanieść tam, śniegu, ewentualnie wykopać osobną piwniczkę/jamę na śnieg i przetrzymywanie produktów "zamrożonych" w śniegu. Głęboko w ziemi, w prowizorycznej "piwniczce" śnieg może utrzymywać się miesiącami, mimo skwaru na zewnątrz (zwłaszcza że zadbamy o odpowiednią izolację np drewnem... prawda, że zadbamy?), a póki śnieg, póty niskie temperatury.
"Zamrażać" można tak owoce, warzywa, mięso. 

"Chłodzić" (piwnica) można praktycznie wszystko wydłużając termin przydatności (ale nie jajka i mleko - je trzeba na świeżo; ryby też należy wcześniej posolić, mięso uwędzić... eh. Zamrozić lepiej.) - czasem nieznacznie, ale najlepiej rzeczy które planujemy niedługo wykorzystać - wot, przetrzymanie na parę dni dłużej.

2) Kiszenie. Kapusta i ogórki - jeśli mamy i uprawiamy (i chcemy mieć jeszcze trochę). Kapustę ubijamy, by było w zbiorniku jak najmniej powietrza i kisimy; ogórki kisimy w roztworze soli 4-7%. Jeśli mamy sól... Jeśli mamy: koper, chrzan, czosnek, gorczyca, liście laurowe, majeranek lub estragon, można dodać do kiszonych ogórków. Taaaak.

3) Marynowanie. Ogórki, grzyby, cebulę, dynię, gruszkę, śliwkę, buraka, chrzan, mieszanki warzywne. Marynatę stanowi mieszanina wody; 0,3-0,6% octu (ocet można łatwo uzyskać jak nam się nie uda robienie wina); przyprawy (chrzan, pieprz majeranek, czosnek); 2% soli kuchennej; 0,5% cukru. Grzyby wymagają 2-3% octu; śliwki 1,5-2,5%. Grzyby i śliwki wymagają wstępnego podduszenia. Należy pamiętać o pasteryzacji słojów z gotowymi produktami (gotowanie słoików we wrzącej wodzie). Ryby zalewamy octem w proporcji 1l wody na 0,5 szklanki octu.

4) Solenie. Solić można przede wszystkim mięso (słoninę), z surowym gorzej.
W solance (o różnych roztworach) moczymy i podduszamy(jeśli mamy jak, of course): grzyby (12-16% stężenia solanki), marchew, pietruszkę, seler, por (16-18%), ryby (17-26%, zależy jak bardzo solone chcemy) - ryby należy przechowywać w temperaturze 2-3 stopni Celsjusza. Z grubsza. jak uzyskamy w piwniczce.

5) Cukier. Konfitury i dżemy - jeśli mamy cukier. 
Jeśli mamy oliwę, to w oliwie można "utrwalić" smażone i solone ryby.

6) Suszenie - potrzebne odizolowane pomieszczenie do suszenia, o minimalnej wilgotności, stałej temperaturze i dobrym przepływie powietrza. Suszymy warzywa, owoce i grzyby. Warzywa korzeniowe, groszek i kapustę przed suszeniem poddaje się wstępnemu podgotowaniu na patelni (jeśli mamy).
Suszymy mięso wołowe i wieprzowe, ale tylko chude oraz drób.

7)  Wędzenie. Do prymitywnego wędzenia możemy użyć  beczki z drążkiem przykrytej mokrym workiem; od dołu do beczki rurą doprowadzamy dym z ogniska.

Zdjęcie jak i gros informacji o wędzeniu pochodzi ze strony Sztuka wędzenia. Jak ktoś jest zainteresowany szerzej tematem wędzenia, polecam poczytać. Przepisywanie całości jest bezcelowe, daję więc skrót.

Wędzenie mięsa na gorąco (temperatura dymu od 25 do 45 stopni Celsjusza) trwa około 2-3 godziny; 40 minut staramy się najpierw by obeschły, potem 1,5 h wędzimy w gęstym dymie, a potem 20 minut podpiekamy w gorącym dymie. Produkt jest do spożycia nie od razu, ale raczej w miarę szybko. Przechowujemy w piwnicy, rozwieszone, tak by kawałki mięsa się nie stykały ze sobą.

Wędzenie na zimno (temperatura od 16 do 22 stopni Celsjusza); wędzimy 14-16 dni. Metoda bardzo pracochłonna (polecam doczytać), ale produkt ma wyższa trwałość niż przy prowizorycznym wędzeniu gorącym.


***

Mam nadzieję, że moje porady żywnościowe i przemyślenia sprawią, że z większym smakiem będziecie się zajadać szynką/kiełbasą/serem/chlebem, pijąc wodę mineralną lub napoje z mniej lub bardziej bakteriobójcza zawartością alkoholu. Z góry zapowiadam, że za próby realizacji moich propozycji w czasach przedapokaliptycznych nie odpowiadam i się odeń odcinam 
- noż kurde ludzie! Macie dwieście metrów do sklepu gdzie możecie kupić pyszne bułeczki a obok w mięsnym kiełbasę, a Wy chcecie w survival się bawić!

Za to życzę smacznego gdy niebo spadnie nam na głowy.

Następny wpis z cyklu dotyczyć będzie kategoryzacji apokalips względem skali. Oi, lads, będzie się działo i znów będą mnie odsączać od czci i wiary za paranoję i militaryzm...

Prosty filtr do mechanicznego oczyszczenia wody z mułu, pyłu, resztek roślin. Zdjęcie ze strony 17 Wielkopolskiej Brygady Zmechanizowanej

3 komentarze:

  1. Jak dla mnie pominąłeś kilka istotnych rzeczy.
    1. Życzę powodzenia Twojej wędrownej grupie z dużymi zwierzętami zimą. Niezbędne jest nagromadzeniem zapasów, chociażby głupiego siana.
    2. Zboże jest świetnym rozwiązaniem. Jego nasiona nie są jałowe, obecne odmiany rodzą mnóstwo kolejnych nasion z jednego i łatwo nim nakarmić chociażby ptaki. Tylko jak dupnie gospodarka i nie będzie oprysków ani nawozów, to wtedy trzeba będzie zasiewać większe obszary i tylko wybierać te bardziej żyzne.
    3. W sumie nie wiem czy w chwili obecnej możliwa jest uprawa czegokolwiek bez nawozów i oprysków. Obecnie uprawiane odmiany wszystkiego nie są dobierane ze względu na odporność, a na wydajność. Więc jestem ciekaw po ilu latach rośliny by poumierały od chorób/szkodników. Stawaim, że po kilku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ad. 1. Kto zna choćby minimalnie sposób wędrówek przodków, ten wie że zimą nei wędrowali, bo, nie byli idiotami. Wędrowny tryb oznacza coroczną zmianę pastwisk.
      Ad 2. Nie wiem jak jest ze zbożem. Ale zdobycia zboża w mieście jest problematyczne.
      A jak dupnie gospodarka, to nie zasiejesz ani nie zbierzesz większych obszarów, bo nie będziesz miał paliwa do maszyn. Motyka i radło ciągnięte przez żonę.
      Ad. 3. Też nie wiem. Wiem za to, że ja tutaj cały czas nie mówię o skali wielu lat ;)

      Usuń